Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne różności. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 5 lutego 2012
O rewolucji francuskiej, nie tej z podręcznika
Przychodzi po cichu i niespodziewanie. Wkrada się tylnym wejściem, gdy Ty przy frontowych drzwiach oczekujesz czegoś zupełnie innego. Śmieje się z Ciebie, gdy analizujesz swoje życie i snujesz plany. I na ogół zjawia się wtedy, gdy najmniej na nią czekasz.
Zmiana.
Mnie też zaszła od tyłu. Nie spodziewałam się jej, nie przyjmowałam do wiadomości nawet wtedy, gdy już zamajaczyła w oddali, nie wiedziałam, czy i jak ją powitać.
Ale przyszła, i tak zrobiła swoje, cóż więc mogłam zrobić innego, niż się z nią zaprzyjaźnić?
No więc się zaprzyjaźniłam. Jeszcze pisząc poprzedniego posta siedziałam sobie wygodnie w Warszawie, dziś piszę do Was z Paryża, i tak będzie przez kilka najbliższych miesięcy. Mój blog ucierpiał wprawdzie na nagłej przeprowadzce, od grudnia nie zagościł to ani nowy wpis, ani jego autorka, ale teraz, gdy już zadomowiłam się w nowym miejscu, mam nadzieję wrócić do blogowania, choć od czasu do czasu – o jedzeniu, o piciu, i o Paryżu po prostu. Bo jak tu o nim nie pisać?
Nie miałam okazji złożyć Wam w tym roku życzeń Świątecznych ani Noworocznych, dlatego pozwalam sobie zrobić to teraz – życzę Wam w tym Roku Wszystkiego Najcudowniejszego, oby obfitował w ciepło, miłość, radość i spokój... no i w mnóstwo nowych, kulinarnych przygód, oczywiście!
Pozdrawiam Was serdecznie, à bientôt!
czwartek, 8 grudnia 2011
Pierwsze urodziny „Delikatesów”. I najłatwiejsze ciasto drożdżowe w świecie:)
Moi drodzy,
Dziś bardzo szczególny dla mnie dzień – Blog „Delikatessen” obchodzi pierwsze urodziny!
Co ciekawe – choć w czasie, gdy publikowałam kolejne przepisy na zupy, przekąski i wypieki w moim życiu zdarzyło się bardzo wiele, to w dniu, gdy mija rok mam okazję siedzieć na tej samej kanapie, po turecku, z laptopem na kolanach i kubkiem mocno osłodzonej herbaty przed sobą – tak, jak wtedy, gdy pod wpływem impulsu zdecydowałam się na stworzenie bloga.
Kilka dni zajęło mi ogarnięcie podstawowych mechanizmów działania serwisu, i w środę, 8 grudnia 2010, opublikowałam na stronie pierwszy wpis.
Jest wiele osób, którym zawdzięczam pomoc w rozruszaniu „Delikatesów” – w tym Ninie, która pierwsza poddała mi myśl założenia takiej strony i wyjaśniła podstawy działania Bloggera. Masie innych osób dziękowałam i dziękuję za inspirację, zachęty i różnego rodzaju pomoc w tym, by mój blog rozwijał się i prosperował.
Specjalne podziękowania należą się jednak Wam, moi drodzy Czytelnicy – gdy zakładałam „Delikatessen”, robiłam to głównie dla siebie, nie sądząc, że ktoś naprawdę będzie chciał czytać moje wynurzenia i czerpać inspirację moich przepisów. A potem zainstalowałam sobie statystykę wejść i zobaczyłam, jak z miesiąca na miesiąc rośnie liczba wejść, jak – nawet wtedy, gdy czasu na pisanie bardzo mi nagle zabrakło – Wy wciąż wchodziliście i czytaliście:)
I choć bloga piszę niby dla siebie, to jednak – DZIĘKUJĘ. Dziękuję, bo to Wy powodujecie, że gotowanie i pisanie o nim sprawia mi taką radość.
„Delikatessen” to miejsce, w którym jedzenie jednoczy ludzi. Wpadają po chleb, konfitury, francsuki ser i lasagne z garmażerii, zamawiają kawę i wypijają ją przy jednym z przygotowanych przez właścicieli stoliczków. I ja też chciałam, by mój blog był miejscem takich spotkań – może nie dosłownie, ale wirtualnie na pewno:) I jak dbały właściciel dobrych delikatesów zapraszam Was gorąco – wpadajcie na bloga jak najczęściej, bo to Wy tworzycie jego klimat!:)
W ramach podziękowań chciałabym dać Wam urodzinowy prezent od Delikatesów – najłatwiejszy przepis na ciasto drożdżowe, z jakim się kiedykolwiek spotkałam! Przepis przekazała mi ostatnio moja Babcia. Jego ogromna zaleta polega na tym, że nie wymaga wyrabiania i ugniatania (zmory wszystkich kucharek), a mimo to wychodzi lekkie, pulchne i aromatyczne – jak włoskie panettone. Zdumiewające jest to, że efekt końcowy w niczym nie ustępuje tradycyjnym puchowym babom, które wymagają ton jajek i całych godzin wyrabiania – a ciasto smakuje przepysznie!
½ kg mąki
3 całe jajka + 2 żółtka (białka zachowaj do posmarowania ciasta)
¾ szklanki cukru
10 dkg masła
6 dkg drożdży
1 opakowanie cukru waniliowego
garść rodzynek
¾ szklanki mleka
szczypta soli
Kruszonka:
200 g mąki
100 g masła
100 g cukru
1) W ciepłym mleku rozetrzyj drożdże i 2 łyżeczki cukru. Odstaw na ok. 20 minut, aby całość podrosła.
2) W międzyczasie wbij do garnka 3 jajka i 2 żółtka, wsyp cały cukier i szczyptę soli.
3) Masło rozpuść i wlej wąską strużką do jajek, stale mieszając.
4) Do tak powstałej mieszaniny wlej wyrośnięte drożdże.
5) Całość dokładnie wymieszaj i pozostaw do wyrośnięcia na min. 3 godziny. Pamiętaj jednak, że po upływie tego czasu mieszanka nie będzie miała ciekawego wyglądu – bardziej będzie przypominać zważone, lekko sfermentowane „coś”, niż wyrośnięty zaczyn. Nie przestrasz się – tak właśnie ma to wyglądać:)
6) Pod koniec czasu wyrastania masy zrób kruszonkę, siekając masło, mąkę i cukier (prosty przepis znajdziesz np. tutaj). Rodzynki sparz w gorącej wodzie.
7) Gdy mieszanina drożdży i jajek urośnie, wsyp mąkę i rodzynki. Całość dokładnie wymieszaj, aż powstanie gęsta, gładka masa – możesz zrobić to w malakserze (z mieszakami hakowymi), ale mieszanie powinno być na tyle łatwe, że możesz zrobić to ręcznie. Bardzo szybko i łatwo powinna powstać gładka, gęsta masa.
8) Formę wyłóż papierem do pieczenia, następnie wylej masę drożdżową i dobrze posmaruj białkiem, jednocześnie wyrównując powierzchnię ciasta. Na wierzch wysyp kruszonkę.
9) Wstaw do ZIMNEGO piekarnika (nie nagrzewaj go wcześniej!), ustawionego na 150º C dopiero w momencie wstawiania ciasta.
10) Piecz przez 30 min w temperaturze 150º C. Następnie zwiększ temperaturę do 200º C i piecz, aż ciasto się zrumieni, a wkładany do niego patyczek będzie suchy – w moim wypadku było to ok. 10-15 minut.
sobota, 3 grudnia 2011
Nie tak dawno temu...
Piszę z "pożyczonego" komputera, daleko od domu, w zupełnie innym trybie...:) Już wkrótce powrót do rzeczywistości (i do nowych przepisów), ale dziś jeszcze inny, powolny świat.
Jak Wam wspominałam, jeszcze nie tak dawno temu wygrzewałam się we włoskim słońcu i włóczyłam po zaułkach Rzymu i Florencji (no i może jeszcze po kilku sklepach w Mediolanie...;)). Dziś, gdy za oknem ciemno i zimno, publikuję kilka zdjęć z podróży - nie tak dalekiej, ale jakże innej klimatycznie!
Jak Wam wspominałam, jeszcze nie tak dawno temu wygrzewałam się we włoskim słońcu i włóczyłam po zaułkach Rzymu i Florencji (no i może jeszcze po kilku sklepach w Mediolanie...;)). Dziś, gdy za oknem ciemno i zimno, publikuję kilka zdjęć z podróży - nie tak dalekiej, ale jakże innej klimatycznie!
niedziela, 16 października 2011
Festiwal Kuchni Brytyjskiej. Pochwała kuchni (wbrew pozorom) nieznanej.
Moi drodzy,
Z prawdziwą przyjemnością i podekscytowaniem donoszę, że dołączyłam do akcji nawiązującej do jakże bliskiej mojemu sercu kuchni brytyjskiej. O kuchni tej pisałam już wielokrotnie, dzieląc się z Wami zarówno przepisami, jak i moimi przemyśleniami i spostrzeżeniami dotyczącymi kultury i stylu życia Anglików. Cieszę się więc niezmiernie, że Karolina wpadła na pomysł zebrania w jedno przepisów z tej dziedziny, bo – co powtarzałam zawsze i powtarzać będę nadal – kuchnia brytyjska jest jedną z najbardziej niedocenianych i zbyt pochopnie lekceważonych.
Akcja trwa do końca roku i w związku z tym od czasu do czasu będę dzieliła się z Wami kolejnymi angielskimi przepisami. A ponieważ można dodawać do akcji wcześniejsze posty, póki co dołączyłam do niej już istniejące wpisy, do których odkrycia bardzo Was zachęcam:
Zupa z pieczonej pietruszki i fenkułu (mało urodziwa, ale naprawdę przepyszna!)
Flapjacks: karmelowo-owocowe owsiane batoniki
Zupa krem z brokułów i sera Stilton (lub łatwiejszego do dostania u nas sera Roquefort)
Niestety z przyczyn technicznych udało mi się póki co dodać do akcji tylko część postów, liczę jednak, że wkrótce rozwiążę ten problem, a Was i tak zapraszam w międzyczasie do odkrycia wymienionych przepisów.
A może i Was namówię, byście dołączyli do akcji i poeksperymentowali z brytyjską kuchnią? :)
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Zapiski z dalekiej podróży, czyli Delikatessen is back:)
Znacie to uczucie, gdy po wielu miesiącach wracacie do domu z dalekiej podróży? Niepewnie naciskacie klamkę, otwieracie drzwi wejściowe, przestępujecie próg? Czujecie znajomy zapach pastowanej podłogi i kwiatów zdobiących salon, zapach, który rozpoznalibyście bezbłędnie nawet na końcu świata... Ostrożnie stawiacie na podłodze plecak, zdejmujecie płaszcz, rozglądacie się dookoła, jakby na nowo odkrywając obecność wszystkich mebli, sprzętów, dodatków... Z ulgą odkrywacie, że wszystko stoi na swoim miejscu, choć po drodze baliście się, czy aby na pewno tak będzie.
Witacie się z domownikami, siadacie przy stole nakrytym do kolacji, a potem zaczynacie opowiadać, opowiadać, opowiadać... A gdy już nagadacie się do woli, zaczyna zżerać Was ciekawość, co też działo się pod Waszą nieobecność. Wypytujecie o krewnych, dzwonicie do znajomych, lecicie odwiedzić sąsiadów... Każdy ma Wam coś do powiedzenia, u każdego zaszły w międzyczasie mniejsze lub większe zmiany, każdy chce podzielić się z Wami swoimi nowinami... z wielkim zainteresowaniem rejestrujecie nowości, ale gdzieś w głębi serca czujecie, że choć wiele się zdarzyło, tak naprawdę wszystko pozostało takie, jak zawsze. I wtedy czujecie jeszcze większą ulgę, ulgę, ulgę, że Wasza mała przystań czekała na Was, choć Wy byliście daleko.
Powrót do własnego bloga także przypomina przyjazd do domu po długiej podróży. Niepewnie wpisujesz adres strony, wchodzisz z niepokojem, czy aby wszystko jest na swoim miejscu, i z ulgą odkrywasz, że Twoje wpisy i zdjęcia są tam, gdzie były. Ze wzruszeniem odkrywasz, że choć Ciebie tu nie było, byli u Ciebie inni, zostawiając Ci miłe komentarze i pytania, kiedy wrócisz. Zaglądasz do innych Blogerek i widzisz, że ich strony wzbogaciły się o wiele kolejnych wpisów, nowin i obserwatorów... ale przede wszystkim z ulgą odkrywasz, że nadal tam są i nadal dzielą się z innymi swymi świetnymi przepisami i myślami.
No więc wróciłam... i rozgościłam się na dobre. Dzisiejszy wpis nie ma nic wspólnego z kulinariami, bo przecież od kogoś, kto właśnie przyjechał, nie oczekuje się, że rzuci wszystko i pójdzie do kuchni gotować. Chciałabym za to podziękować Wam za Wasze komentarze i wpisy, szczególnie Ninie, która nie dawała mi zapomnieć, że mam jak najszybciej wziąć się do roboty...;) No i oczywiście kulinarne-smaki - dziękuję za wyróżnienie "One lovely blog award" - jest mi naprawdę szalenie miło! :)
Ponieważ już późno, informację o sobie i moje nominacje pozostawię do następnego razu, ale - naprawdę - to takie miłe wyróżnienie, szczególnie w sytuacji, gdy już dawno niczego nowego Wam nie proponowałam... kulinarne-smaki, dziękuję!
A Was wszystkich pozdrawiam serdecznie, słodkich snów, i do napisania niedługo!
*Zdjęcie tytułowe pochodzi ze strony http://www.artpasje.pl, Teresa Collins Design - z kolekcji Welcome Home.
sobota, 23 kwietnia 2011
Życzenia Świąteczne… i Wielkanocne babeczki:)
Moi drodzy Blogerzy i Blogerki,
I znów przyszłą wiosna, znów świeci słońce (choć może nie dziś;)), znów cały dom wypełnia się zapachem świątecznych wypieków… Znów mamy Wielkanoc.
Dlatego życzę Wam dziś Zdrowych, Spokojnych, Wiosennych Świąt w rodzinnym gronie i ciepłej, serdecznej atmosferze, wielu wspaniałych smakołyków na stole i czasu, by w oderwaniu od codziennej bieganiny i stresu przystanąć na chwilę, usiąść z filiżanką pysznej herbaty i słodkiego drożdżowego ciasta, zastanowić się nad tym, co najważniejsze, a na co nieraz nie mamy czasu… i porozkoszować życiem, które przecież jest piękne – tak po prostu:)
Korzystając z okazji chciałam też podziękować Wam, że już od kilku miesięcy towarzyszycie mi w mojej kulinarno-blogerskiej podróży, że czytacie moje posty, okraszacie je komentarzami i wzbogacacie dobrymi radami…:)
Dziękuję i pozdrawiam:)
Marta (Delikatessen)
Mini biszkoptowe babeczki do Wielkanocnego Koszyka
Przepis na 2 babeczki*
2 jajka
4 łyżki mąki
4 łyżki cukru
4 łyżki oleju
1/2 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
Kilka kropel esencji waniliowej lub jedna saszetka cukru waniliowego.
Jajka ubij z cukrem na kogel-mogel (najlepiej mikserem). Wsyp mąkę i cukier, miksuj dalej. Gdy masa będzie gładka, dodaj proszek do pieczenia i olej. Pomieszaj jeszcze chwilę i wlej do natłuszczonych, posypanych mąką form do małych babek (powinny mieć u podstawy ok. 10-12 cm średnicy). Piecz w temp. 150°-160° C przez ok. 20 minut, aż ciasto podrośnie i się zrumieni. Następnie nakłuj babeczki patyczkiem by sprawdzić, czy ciasto jest upieczone (patyczek powinien wychodzić suchy). Gdy będą gotowe, wyłącz grzanie, uchyl drzwiczki piekarnika i zostaw babeczki w cieple do powolnego ostygnięcia – wtedy nie oklapną po wyjęciu.
Chłodne babeczki udekoruj lukrem – by go przygotować, pół szklanki cukru-pudru rozetrzyj z 2-3 łyżkami ciepłej wody.
* Bardzo łatwo zrobić więcej ciasta; należy po prostu zawsze utrzymywać następujące proporcje:
Na 1 jajko - po 2 łyżki mąki, cukru i oleju oraz ¼ łyżeczki proszku do pieczenia. Podany przepis możecie wykorzystać nie tylko do produkcji babeczek – tak przygotowany biszkopt wychodzi niezawodnie i ma wiele zastosowań, jak choćby jabłka w biszkopcie czy biszkopt ze śliwkami.
niedziela, 6 lutego 2011
Nim przeczytacie moje recenzje…:)
Już wkrótce w Delikatesach pojawi się moja pierwsza gastronomiczna recenzja. Bardzo lubię odwiedzać nowe miejsca i dzielić się potem wrażeniami z innymi, szczególnie, jeśli jakaś napotkana przeze mnie restauracja czy kawiarnia jest moim zdaniem szczególnie warta odwiedzenia. Dlatego nierzadko o jakiejś Wam napiszę, zachęcając do jej odwiedzenia. Będzie mi zawsze bardzo miło, jeśli po przeczytaniu mojego opisu postanowicie odwiedzić nowe miejsce:)… choć oczywiście całkowicie szanuję to, że różne są gusta i smaki.
Wydaje mi się, że opisuję odwiedzone restauracje dość rzetelnie. Jest jednak kilka rzeczy, które chciałabym Wam powiedzieć, nim zaczniecie czytać moje recenzje:
1) Lubię jedzenie i lubię ludzi. Lubię spotkania z przyjaciółmi, wyjścia w najbliższym gronie i świergot dzieci wcinających lody przy sąsiednim stoliku. Dlatego miejsca, które odwiedzam są bardzo zróżnicowane – od eleganckich restauracji, aż po bardzo wyluzowane knajpko-kafejki czy bary. Nie chcę pisać tylko o tych pierwszych, lecz także o tych ostatnich – nieraz właśnie w niepozornie wyglądających miejscach można spróbować czegoś dobrego, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
2) Wybór prezentowanych miejsc i sposób ich opisywania jest czysto subiektywny; jeśli namawiam do odwiedzin, to tylko z własnego przekonania.
3) Każde z opisywanych na blogu miejsc zostało przeze mnie odwiedzone – jeśli kiedykolwiek w ramach ciekawostki wspominałabym o nowym miejscu, o którym słyszałam, ale jeszcze go nie odwiedziłam – wyraźnie to zaznaczę.
4) Wychowano mnie w przekonaniu, że o osobach trzecich należy mówić dobrze albo wcale. Choć nikt nie jest idealny i ja też nie zawsze potrafię powstrzymać się przed złośliwością, staram się, przynajmniej tam, gdzie to nietrudne, nie krytykować przesadnie innych, i dotyczy to również restauracji. Jeśli odkryję miejsce (moim zdaniem) godne polecenia, napiszę Wam o nim; jeśli wyjdę nieprzekonana – pewnie po prostu o nim nie wspomnę… chyba, że ktoś aktywnie mnie zirytuje, obsługa będzie nieuprzejma, talerze brudne, jedzenie niesmaczne a rachunek – odpowiednio (czy raczej nieodpowiednio;)) wysoki. Tak jednoznacznie kiepskich miejsc jest jednak mało, więc i mało będzie zapewne takich recenzji. Skupię się raczej na restauracjach, w których byłam, które polubiłam i które z pełnym przekonaniem mogłabym polecić.
5) Na studiach pracowałam przez jakiś czas jako kelnerka i barmanka, stąd moja niezwykła wręcz sympatia i zrozumienie dla tych profesji. Pracując nauczyłam się nie tylko nalewania piwa i mieszania drinków, ale przede wszystkim ogromnej pokory w ocenie gastronomicznego personelu. Nikt, kto nie przepracował za barem iluś-godzinnej zmiany w szaloną piątkową noc nie zrozumie, jak to jest – być samą jedną przeciw tłumowi kilkudziesięciu osób, z których każda chce zamówić ileś-tam napojów naraz i jeszcze zapłacić za nie kartą przez terminal, który ciągle się psuje. Dlatego jeśli w tętniącej życiem, oblężonej przez gości restauracji muszę długo czekać na przyjęcie zamówienia lub otrzymanie jedzenia od ewidentnie zagonionych kelnerów, nie czuję nic poza współczuciem i tym bardziej mam ochotę zostawić im napiwek:) Rzecz ma się oczywiście inaczej, jeśli idę w miejsce bardzo eleganckie i drogie, gdzie adekwatnie wysoka liczba personelu wliczona jest w ceny dań (choć i tu, jeśli kelnerów jest ewidentnie za mało, mam pretensje nie tyle do nich, co do kierownictwa za skąpstwo;)) – ale jeśli wybrane przeze mnie miejsce ma charakter, powiedzmy, biesiadowy – czyli niedrogo, wesoło i smacznie – nie mogę mieć żalu do już i tak padającej z nóg obsługi, szczególnie, jeśli stara się przy tym zachowywać pogodę ducha.
6) Gdy odwiedzam jakiekolwiek miejsca, najważniejsze są dla mnie trzy elementy: jakość jedzenia (i stopień adekwatności cen), atmosfera i elementarna higiena. Reszta mało mnie obchodzi. Rzeczywiście, bardzo przeszkadzają mi wyszczerbione talerze czy niedomyte sztućce, natomiast raczej nie czepiam się tego, że porcje są za małe, jedzenie za drogie (to akurat w dzisiejszych czasach można łatwo sprawdzić wcześniej), albo że kelner, choć bardzo miły, nie z tej strony co trzeba podaje mi talerz. O wiele ważniejsze jest dla mnie, czy przyjemnie w danym miejscu spędzam czas, czy dobrze się tam czuję, czy jego atmosfera dobrze wpływa na przebieg spotkania i samopoczucie moje i moich współtowarzyszy… czy jedzenie jest dobre, czy próbuję go z przyjemnością, czy składniki są świeże… czy z głośników leci fajna muzyka, czy oświetlenie jest kameralne i ciepłe… słowem, czy czuję się tam miło i komfortowo. Zdaję sobie jednak sprawę, że różne są priorytety i że każdy zwraca uwagę na co innego – być może dla kogoś kwestia absolutnie nienagannej obsługi chociażby jest tak ważna, że wszystko inne przy niej blednie, i całkowicie to szanuję – dlatego pamiętajcie proszę, by do moich gastronomicznych tekstów podchodzić z różnym stopniem zaufania, w zależności od tego, na ile Wasze podejście przy ocenianiu restauracji podobne jest do mojego.
Nie zrozumcie mnie źle – oczywiście to, co opiszę, opiszę rzetelnie, ale recenzja zawsze koniec końców będzie trochę subiektywna, bo to od oceny odwiedzającego zależy, czy poleci jakieś miejsce, czy nie. Nie zakładam też, że moja opinia będzie dla Was jednoznacznie wyrokująca, ale tak czy siak, bardzo nie chciałabym wprowadzać kogokolwiek w błąd. Pomyślałam, że jeśli dokładnie napiszę, co lubię i na co zwracam uwagę, łatwiej będzie ocenić Wam, czy moją opinię w ogóle brać pod uwagę, czy nie, w zależności od tego, co w odwiedzanych miejscach ważne jest dla Was. Bo różne są przecież preferencje, i to całkowicie zrozumiałe!
Pozdrawiam Was serdecznie, już wkrótce zamieszczę pierwszą restauracyjną recenzję!
sobota, 1 stycznia 2011
Szczęśliwego Nowego Roku!
Mam nadzieję, że Sylwestrowa noc bardzo się Wam udała niezależnie od tego, czy balowaliście na wielkiej imprezie, bawiliście się w mniejszym gronie czy kameralnie spędziliście ten wieczór przy filmie i szampanie.
No cóż, przed nami Nowy Rok i nowe wyzwania. Życzę Wam więc, by w 2011 roku spotkało Was wiele dobrych rzeczy i wspaniałych przeżyć, by w Waszym życiu nie zabrakło pięknych przygód a w Waszych kuchniach - pysznego jedzenia i nowych kulinarnych inspiracji.
Ponieważ ja byłam wczoraj na prawdziwej "prywatce", czyli dużej bibie w stylu lat 70-tych i 80-tych, przesyłam Wam noworoczny prezent w tych właśnie klimatach, czyli piosenkę Abby z tamtych lat:
Szczęśliwego Nowego Roku!
czwartek, 30 grudnia 2010
Pomidorowa niespodzianka:)
Pamiętacie moje pełne afektu wywody o zupach pomidorowych? Zrobiłam tam małą wzmianeczkę o niekwestionowanych urokach zupy Heinza z puszki, którą – nie ukrywam – bardzo lubiłam jadać podczas moich studenckich lat i to POMIMO, że wtedy też potrafiłam i lubiłam gotować. Puszkowe to wspomnienie okrasiłam smutną konstatacją, że dziś prawdziwych takich zup w Polsce już nie ma, a potem powzdychałam sobie chwilę i wróciłam do codziennych zajęć. Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie i wzruszenie, gdy wczoraj wieczorem moja przyjaciółka podarowała mi w prezencie z zagranicznych wojaży… dwie puszki najprawdziwszej, kremowej pomidorówki. Co prawda nie Heinza, tylko Campbella, ale smak podobny, a sama puszka (między nami) ładniejsza, więc już ostrzę sobie zęby na to, jaki ładny będzie z niej flakonik na kwiatki i dodatek do blogowych zdjęć. Zanim ktoś posądzi mnie o propagowanie gotowej przemysłowej żywności zaapeluję do Waszego poczucia humoru i poproszę, byście potraktowali to jako taki mały, kulinarny żart wobec czegoś, do czego mam prawdziwy sentyment i z czym wiąże się cała masa studenckich wspomnień – taki ich bouquet garni;)
A Ewie – jeśli to czyta – jeszcze raz bardzo, BARDZO dziękuję. Ta puszkowana zupa wywołuje uśmiech na mojej buzi za każdym razem, gdy na nią patrzę. Jak to mówią Anglicy – you've made my day! :))))))
środa, 15 grudnia 2010
Kilka słów o kuchni azjatyckiej, czyli kulinarną podróż czas zacząć!
Przygotowałam na dziś przepis na absolutnie przepyszną zupę tajską z krabem i czerwonym curry. Być może nawet niektórzy z Was myślą sobie teraz „hmmm, to super, uwielbiam tajską kuchnię, chętnie nauczę się ją przygotowywać’. I chociaż już właściwie miałam publikować ten post, w ostatniej chwili, spojrzawszy jeszcze raz na listę składników, uświadomiłam sobie, że raczej tak nie pomyślicie. Pomyślelibyście raczej: „hmmmm, no niby bardzo fajnie, ale w życiu nie chciałoby mi się gromadzić tych wszystkich składników”. I dlatego przyszło mi do głowy, że zanim podzielę się z Wami moimi azjatyckimi przepisami, opowiem Wam, w co powinniście się zaopatrzyć, by bez problemu móc z nich skorzystać.
Mówimy o niej „kuchnia azjatycka”, ale tak naprawdę wrzucamy w ten sposób do jednego worka wiele bardzo różnych wpływów. Tajska, chińska, malezyjska, indonezyjska, hinduska czy japońska – tak naprawdę każda z nich smakuje inaczej, a przecież wymieniłam tylko te najbardziej nam znane. Jeśli dodamy do tego, że tylko na terenie Chin czy Indii składniki i sposoby przyrządzania potraw znacząco różnią się od siebie w zależności od regionu, zaczynamy rozumieć, ile odmiennych smaków i form mamy tak naprawdę na myśli.
Niemniej jednak ja też zmuszona jestem w tej chwili do pewnych uogólnień, bo gdybym tak o każdym z tych wpływów i ich specyfice miała napisać osobno, zajęłoby mi to ładnych kilka stron, a Was szybko by znudziło. Dlatego zamiast tego napiszę tylko, że kuchnię azjatycką uwielbiam w całej jej rozciągłości i różnorodności, że towarzyszy mi w mojej kuchni już od wielu, wielu lat, i że niejednym przepisem i historią chciałabym się z Wami podzielić. Jeśli chcielibyście wraz ze mną wybrać się w kulinarną podróż po Azji, byłoby super – nauczę Was, co i jak przyrządzać, i pokażę, jakie to łatwe i szybkie. Równocześnie nie obiecuję, że moje dania są w stu procentach właśnie „takie”, jak w Azji, ale na pewno stanowią ciekawe urozmaicenie menu.
Wybierając się w podróż, musicie spakować walizkę; do podróży kulinarnej też trzeba się więc odpowiednio przygotować. By gotowanie szło łatwo i gładko, „spakujcie” więc do swoich szafek następujące produkty:
Klasyczny sos sojowy (ja używam lekko słodkawego sosu firmy Blue Dragon, ale to rzecz gustu)
Słodki sos sojowy (Sweet Soya Sauce) – jest zdecydowanie inny: gęsty i… SŁODKI
Sos rybny (Fish Sauce) – klasyk kuchni tajskiej
Sos ostrygowy* (Oyster Sauce)
Słodki sos chilli (sweet chilli sauce)
Pasta z czerwonego curry (Red Curry Paste) – jest bardzo pikantna. Jeśli wolicie, możecie zastąpić ją pastą z curry zielonego (również pikantne, lekko gorzkawe w smaku) lub żółtego (łagodne, leciutko słodkawe)
Mleko kokosowe (można kupić je w puszkach lub kartonikach)
Makaron azjatycki: ryżowy, pszenny i/lub jajeczny. Ja osobiście najbardziej lubię średniej grubości makaron pszenny, używany do zup ramen, ale to już rzecz gustu
* Sos ostrygowy i sos rybny różnią się trochę od siebie, ale w razie czego – jeśli dysponujecie tylko jednym z nich – możecie wzajemnie zastępować je w przepisach :)
Stopniowo (ale opcjonalnie) warto wypróbowywać też następujące produkty:
Olej sezamowy (Sesame Oil)
Olej chilli (Chilli Oil)
Sos miodowo-czosnkowy (Honey & Garlic Sauce)
Pasta z galangalu
Inne sosy/pasty dostępne w sklepach lub działach z orientalną żywnością
Wszystkie wymienione wyżej produkty są łatwo dostępne i niedrogie. Możecie kupić je w specjalistycznych sklepach takich jak np. Kuchnie Świata, ale też po prostu w działach z kuchnią międzynarodową w dużych supermarketach. Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – te przyprawy są jak sól, pieprz czy ziele angielskie – jak raz je kupicie, starczą Wam na baaardzo długo i przydadzą się praktycznie do każdej orientalnej potrawy:)
Bądźcie też przygotowani do kupowania od czasu do czasu następujących świeżych produktów:
Papryczki chilli
Świeży imbir
Szczypiorek z dymki
Oraz, trochę trudniejsze do dostania, ale dostępne:
Świeża kolendra
Liście limonki kaffir (można kupić suszone w działach orientalnych)
Trawa cytrynowa (najlepsza jest świeża, nieraz dostępna mrożona; w Kuchniach Świata można dostać też pojemniczki z trawą suszoną i rozdrobnioną – zawsze coś)
Osobom mieszkającym w Warszawie przyda się pewnie informacja, że ponoć pod Halą Mirowską można wszystkie te składniki i przyprawy kupić na jednym ze stanowisk. Jeszcze nie wypróbowałam, ale jak tylko to zrobię - dam Wam znać!
Skoro wiecie już, co spakować w Waszą kulinarną walizkę – do dzieła! Bo wyruszamy już niedługo!
środa, 8 grudnia 2010
Witajcie w Delikatesach!
Tym wpisem zaczynam moją nową, blogerską przygodę! Już wkrótce – czyli gdy tylko w trochę większym stopniu rozgryzę techniczne zakamarki blogspota – na tej stronie zaczną pojawiać się posty – przepisy, kulinarne inspiracje, historie o jedzeniu, garść obserwacji i refleksji, trochę imprezowych porad… a czasem po prostu szwarc, mydło i powidło, jak to na prawdziwe delikatesy przystało:)
O jedzeniu mogę opowiadać godzinami, bo tyle się z nim wiąże – nie tylko wyraziste, nieraz odległe, ale do dziś pamiętane smaki, ale też przygody i doświadczenia. Nigdy o nim jednak dotąd nie pisałam, więc będzie to całkiem nowe wyzwanie, równe temu związanemu z koniecznością doszkolenia się w dziedzinie fotografii i operowania stroną internetową.
Choć pomysł założenia bloga chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu, pewnie nie doszłoby do tego, gdyby nie pomoc i inspiracja kilku osób. Szczególnie dziękuję moim Rodzicom, Ewie i Karolinie za wsparcie nie tylko moralne, ale i artystyczne, Ninie i Kubie za konsultacje merytoryczne, Fryderykowi za uwagi lingwistyczne i wszystkim tym, którzy swoimi zachętami i radami pomogli mi wcielić mój mały kulinarno-literacki projekt w życie:) Wasze opinie i rady były, są i będą bardzo mile widziane:)
A zatem – do dzieła! Bo kulinarne majstersztyki mogą przecież powstawać nie tylko w najbardziej osławionych restauracjach, ale też – a nawet przede wszystkim – na naszym sfatygowanym, drewnianym kuchennym stole.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












