Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięsa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

Singapurska laksa



Pogoda ostatnio różna, niby zapowiadają upały, ale póki co – różnie z tym bywa. Mam dla Was w zanadrzu kilka bardzo letnich przepisów, ponieważ jednak nasz klimat nie może się zdecydować – ja też póki co nie będę.

Dziś więc potrawa neutralna pogodowo – i na słońce, i na deszcz. Szybka, łatwa – jak prawie wszystko, co Wam proponuję – a przy tym bardzo efektowna i bardzo pyszna.

Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi z książki „Zupy” z serii Le Cordon Bleu, po próbach i doświadczeniach został przeze mnie zmodyfikowany – zamiast proponowanego 1 litra mleka kokosowego i 250 ml bulionu, daję 400 ml (1 puszkę) mleka kokosowego i 800 ml bulionu warzywnego lub drobiowego.



Dla 4 osób:

18 gotowanych, obranych krewetek królewskich lub tygrysich
4 dymki, posiekane
3 ząbki czosnku, posiekane
5 suszonych papryczek chilli (lub 3 świeże), pokrojonych
2 łodygi trawy cytrynowej (tylko białe części), pokrojone
3 łyżeczki mielonej kurkumy
1 łyżka pasty krewetkowej (pominęłam)
½ łyżeczki nasion kolendry
1 l mleka kokosowego (użyłam 400 ml mleka kokosowego i 800 ml bulionu)
2 łyżki oleju
2 łyżki cukru
500 g filetów z piersi kurczaka
250 ml bulionu drobiowego
250 g ulubionego makaronu azjatyckiego (ja używam stosunkowo cienkiego makaronu pszennego)

Do przybrania:

Listki mięty i/lub kolendru
1 porcja szczypioru sałatkowego, posiekana
1 papryczka chilli, posiekana
4 ćwiartki limonki


Szalotki i czosnek zmiksuj w malakserze na gładką masę. Dodaj paprykę chilli, trawę cytrynową, kurkumę, pastę krewetkową (opcjonalnie), kolendrę oraz 60 ml mleka kokosowego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę.

W średniej wielkości garnku rozgrzej olej, dodaj przyrządzoną pastę i smaż przez 1 minutę, cały czas mieszając. Dodaj pozostałe mleko kokosowe, bulion, cukier i 1 łyżeczkę soli. Mieszaj całość aż do momentu zagotowania. Zmniejsz ogień i gotuj przez kolejne 10 minut.

Do małego garnka włóż kurczaka, wlej do niego 250 ml bulionu (tak, aby przykryć mięso). Gotuj pod przykryciem przez 8 minut, następnie wyjmij i pokrój w kostkę.
Makaron ugotuj zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu i odcedź.

Makaron, krewetki i kurczaka rozdziel na 4 miseczki, następnie zalej gorącą zupą. Przybierz listkami świeżej mięty i kolendry, limonką, posiekanym szczypiorem i dymką. Podawaj od razu.

                                                                                    

sobota, 12 marca 2011

Wiosenny stir-fry, czyli co gotujemy, gdy za oknem słońce…:)


Jest fajnie. Naprawdę. Dziś słońce świeciło nie przez 15 minut, tylko przez cały dzień.

Jest super. Serio! Bo jak pojawia się słońce, super po prostu być musi.

Jest pięknie. Mówię Wam! Pięknie, kolorowo, cudownie. Bo przecież wspaniały jest świat!

Jest ciepło. Ach, jak ciepło! Niedawno szczypał nas w nosy mróz, teraz buzie smaga słońce:)

Jest miło. Tak po prostu.

Jest przyjemnie. Tak, jak chciałoby się, żeby było zawsze.

Jest wiosna. Nareszcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :)

Moi drodzy, z okazji wiosny mam dziś dla Was piękne danie – kolorowe, urozmaicone i przepyszne. I jeszcze życzenia – byście potrafili czuć wiosnę w sercu nie tylko wtedy, gdy jest za oknem, ale i przez cały czas… gdy tylko to możliwe:)

Pozdrawiam Was bardzo cieplutko i dziękuję – nieustająco – że do mnie zaglądacie, że czytacie… i że zostawiacie takie miłe komentarze! Wywołują uśmiech na mojej buzi tak samo, jak wiosenne słońce za oknem:)

Miłego weekendu!


Dla 4 osób:

0,5 kg karkówki lub schabu wieprzowego, pokrojonej w cienkie, małe kawałki
1 czerwona papryka, pokrojona w cienkie paski
1 pęczek listków kapusty bok choi/pak choi (można zastąpić szpinakiem lub kapustą pekińską)
1 bakłażan, pokrojony w cienkie, ale spore kawałki
kawałek imbiru długości ok. 5 cm, posiekany
1 papryczka chilli, drobno posiekana
1 ząbek czosnku, pokrojony w cienkie plasterki
1 spory pęczek szczypioru sałatkowego (czyli zielonej części dymki), posiekany
1 limonka, pokrojona w „szóstki”
3 porcje średniej grubości azjatyckiego makaronu (użyłam makaronu pszennego)
garść kolendry, do posypania (opcjonalnie)
1 łyżka przyprawy „5 smaków”
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki słodkiego sosu chilli lub sosu miodowo-czosnkowego (opcjonalnie)
2 łyżki sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka tajskiej pasty z chilli, bazylii i oliwy (opcjonalnie)
Olej lub oliwa

Marynata:

2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego
1 łyżka octu (najlepiej ryżowego)

Opcjonalnie: 1 łyżka hinduskich pikli z chilli, 1 łyżka pasty z chilli i bazylii lub sambal oelek, 1 łyżka sosu imbirowego

Składniki marynaty wymieszaj w misce. Dodaj mięso, wymieszaj i odstaw minimum na 20 minut, a najlepiej na 2-3 godziny.

W woku lub na dużej patelni rozgrzej olej lub oliwę, i gdy będzie gorący, dodaj mięso, smaż, aż będzie złociste, po czym zdejmij z woka i odstaw. Na woka wrzuć bakłażana (dolewając oleju, jeśli trzeba), smaż, aż się przyrumieni i również zdejmij go i odstaw na bok. Dodaj papryczkę chilli, imbir, czosnek i część szczypioru sałatkowego, smaż przez chwilę, po czym dodaj przyprawę „5 smaków”, a po ok. 15 sekundach – pozostałe warzywa. Smaż przez ok. 3-4 minuty, aż warzywa będą złociste i stracą surowość, ale wciąż będą chrupiące i jędrne.

W międzyczasie przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Gotowy makaron odcedź z wody, zachowując jej ok. pół szklanki.

Gdy makaron i warzywa w woku będą gotowe, dodaj pozostałe sosy i przyprawy wraz z odłożoną wodą. Dodaj bakłażana, mięso i makaron, całość starannie wymieszaj i – jeśli trzeba – dopraw do smaku.

Podawaj z posiekanym szczypiorem i kawałkami limonki, oraz – opcjonalnie – ze  świeżą, posiekaną kolendrą. Tuż przed jedzeniem wyciśnij sok z limonki prosto na swoją porcję makaronu… smakuje wyśmienicie:)

 

środa, 2 marca 2011

Du-Za Mi-Ha… i pikantna zupa kokosowa z kurczakiem


W weekend odwiedziłam knajpkę wietnamską Du-Za Mi-Ha na ulicy Widok w samym centrum Warszawy. Słyszeliście już o niej? Ja wybrałam się tam po raz pierwszy, zachęcona bardzo dobrymi recenzjami w prasie i na gastronauci.pl.

I muszę powiedzieć… podobało mi się. A to z trzech powodów.

Po pierwsze – charakter serwowanych dań. Pojawiają się powoli w Warszawie miejsca z azjatyckim jedzeniem, które nie sprowadza się do glutowatych sosów na bazie mąki kukurydzianej i kapusty pekińskiej. Jest ich jednak wciąż mało. Mnie, uformowanej kulinarnie (jak to szumnie brzmi!) na wszelkich noodle soups, którymi szczególnie zachwycałam się tu i tu, bardzo brakowało tego, co w kuchni wschodu stanowi podstawę – aromatycznych dań z makaronem i dodatkami wszelkiej maści. Piszę, że brakowało – ale odnalazłam je właśnie w Du-Za Mi-Ha. Menu jest bardzo proste, zawiera w sobie jednak to, co moim zdaniem w kuchni wietnamskiej najcenniejsze – bogactwo smaków, aromatów i tekstur, zawarte w dość nieskomplikowanych wbrew pozorom kompozycjach. Choć więc lista dań jest bardzo długa, sprowadza się tak naprawdę do dwóch kategorii – zupa Pho z różnymi rodzajami makaronów i dodatków do wyboru, obficie posypana kolendrą i kiełkami soi, oraz makarony smażone, również w wielu wariantach. Do tego kilka przystawek, w tym pokaźne menu sajgonkowe (nemy), obejmujące wersje zarówno na ciepło, jak i na zimno.

Zjadłam zupę Pho z makaronem Bun (średnio-cienki ryżowy) i kaczką po pekińsku i muszę powiedzieć, że była przepyszna! Byłam pod szczególnym wrażeniem kaczki – rzadko zdarza mi się trafić na tak dobrze przyrządzoną – była krucha i miękka, a przy tym soczysta.

Po drugie – zachęca też standard miejsca. Nie jest to poziom restauracyjny – nawet zupełnie nie – a mimo to znacznie przewyższa jakość typowych azjatyckich barków. Jest tam czysto, jasno i przyjemnie, oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to raczej bar, niż restauracja. Nim powstała Du-Za Mi-Ha, był tam lokal z sushi, i choć miejsce trochę przerobiono i powstawiano więcej stolików, to jednak klimat pozostał. Dodatkową atrakcję stanowią w jednej z sal stoły i siedziska wpuszczone w ziemię, które dają wrażenie jedzenia na podłodze, w stylu dalekowschodnim.

Po trzecie wreszcie – niskie ceny. Wielka miska bulionu z kaczką po pekińsku kosztowała… 17 zł, a większość zup i makaronów oscylowała wokół 13-15 zł. Jak na wielką porcję naprawdę smacznego wietnamskiego jedzenie w przyzwoitym otoczeniu i samym centrum Warszawy, to naprawdę niedużo.

Wszystko to powoduje, że Du-Za Mi-Ha zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i będę tam wracać – i chyba nie tylko ja. W niedzielne popołudnie knajpka tętniła życiem, przewijało się przez nią mnóstwo grupek zamawiających dania na miejscu lub na wynos (jeśli dobre wietnamskie jedzenie wolisz zjeść w zaciszu własnego domu – może to być dobre rozwiązanie!).

Du-Za Mi-Ha jest więc zdecydowanie warta wypróbowania. Taka rekomendacja wiele znaczy w moim wypadku, bo gdy chodzi o azjatyckie makarony – jestem dość wybrdna:)

Przepraszam Was, niestety nie udało mi się zrobić zdjęć (widziałam kilka fotografii Du-Za Mi-Ha w Internecie, jeśli chcecie zobaczyć wnętrze). Tym bardziej jednak będę Was namawiała, byście poszli i wypróbowali sami…:)

Du-Za Mi-Ha
ul. Widok 16
00-023 Warszawa
tel.: (22) 826 18 71

A teraz, by pozostać w klimacie azjatyckich makaronów, mam dla Was fenomenalną pikantną zupę kokosową z kurczakiem. Nie jest wprawdzie wietnamska, ale smakuje absolutnie rewelacyjnie. Oryginalny przepis znalazłam swego czasu u Niny i od tej pory gotuję ją bardzo często, z małymi modyfikacjami. Mam nadzieję, że Wam posmakuje!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
500 ml bulionu drobiowego lub warzywnego
2 piersi kurczaka, pokrojone w kawałki
kawałek imbiru o długości 5 cm, pokrojony na kawałki
4 łodygi trawy cytrynowej, pokrojone na kawałki (ewentualnie użyj mrożonej)
1 spora papryczka chilli
4 łyżki sosu rybnego
1 łyżka cukru (najlepiej brązowego)
1 limonka
3 porcje makaronu won-ton lub ramen (azjatycki makaron pszenny)
¼ szklanki wrzątku
kolendra i dymka, posiekane (do posypania)

Marynata:

1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżeczka octu ryżowego (opcjonalnie)
1 łyżka sosu miodowego lub słodkiego sosu chilli
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)

W misce połącz składniki marynaty. Dodaj kawałki kurczaka, wymieszaj i odstaw na ok. 20 minut.

W garnku rozgrzej bulion, dodaj trawę cytrynową i imbir. Gotuj na małym ogniu przez 10-12 minut. Przecedź, trawę cytrynową wyrzuć, natomiast zachowaj kawałki imbiru i przeciśnij przez praskę do czosnku, z powrotem do zupy. Dodaj chilli, mleko kokosowe, sos rybny i cukier, po czym gotuj przez ok. 7 mnut. Dodaj makaron i ok. ¼ szklanki wrzątku, gotuj przez ok. 2 minuty, po czym dodaj kurczaka i gotuj przez kolejne 2-3 minuty, czyli aż makaron zmięknie, a kurczak będzie już ugotowany, ale ciągle miękki. Tuż przed podaniem skrop sokiem z limonki i wymieszaj.

Zupę podawaj w miseczkach, posypaną kolendrą i dymką.


środa, 23 lutego 2011

Cytrynowy kurczak z szynką Serrano i tymiankiem


Macie swojego kulinarnego idola? Bo ja mam, i to aż dwóch! Jeden to niejaki Heston Blumenthal,  kulinarny eksperymentator-wynalazca, który najbardziej ze wszystkiego lubi wybuchy i ciekły azot. Odkryłam go nie tak dawno temu, ale zachwyciłam się aż po sam sufit. Jego kolacja à la Charlie i fabryka czekolady z przystawkami zlizywanymi ze ściany, albo zupa „zjedz mnie” w stylu Alicji w Krainie Czarów, którą musisz najpierw zaparzyć w dzbanuszku niczym popołudniową herbatę – to naprawdę było coś. Ponieważ jednak kulinarne dokonania Hestona nie tak łatwo odtworzyć w zaciszu własnej kuchni, gotując, częściej inspiruję się przepisami mojego idola numer 2, czyli Jamiego O. Poniższa potrawa pochodzi z jego książki Ministry of Food (Każdy może gotować), którą zdecydowanie polecam wszystkim chętnym zgłębiania tajników przygotowania sztandarowych, acz niekoniecznie często przygotowywanych samemu dań. Książka świetnie sprawdzi się też tym z Was, którzy gubią się w nieraz dość ogólnych i skrótowych przepisach w książkach kucharskich – w Ministry of Food Jamie szczegółowo opowie Ci o przygotowaniu każdej potrawy, krok po kroku, informując Cię nawet, kiedy masz coś zamieszać albo doprawić:)

Poniższy przepis świetnie nada się na ważną kolację dla gości lub na spotkanie dla przyjaciół. Jego niekwestionowaną zaletą jest to, że przygotowanie jest łatwe i szybkie, zaś efekt – wyśmienity. To naprawdę pyszna potrawa, polecam ją Wam bardzo! Na ogół robię do niej risotto z gruszkami i serem gorgonzola, o którym opowiem Wam już niedługo:)


Dla 4 osób:

1 kg piersi kurczaka
10 dkg szynki Serrano lub parmeńskiej, pokrojonej w cienkie plasterki
2-3 łyżki tartego parmezanu
2-3 łyżki otartej skórki z cytryny
garść listków świeżego tymianku
sok z ½ cytryny
sól
świeżo zmielony pieprz
Oliwa z oliwek (do smażenia)


Kurczaka oczyść z błonek i chrząstek, każdą pierś przekrój na 2 lub 3 części. Pobij kawałki kurczaka, aż będą cienkie, następnie wszystkie powstałe w ten sposób kotlety rozłóż na jednej desce/tacy/talerzu (nie kładź jednych kotletów na drugich!). Każdy z kawałków posyp solą, pieprzem, skórką z cytryny, parmezanem i listkami tymianku. Skrop kilkoma kroplami oliwy, po czym na wierzchu każdego z kotletów połóż plasterek szynki, tak, by dobrze przykrył kotlet. Dociśnij szynkę do kurczaka, następnie przykryj kotlety folią, jeszcze raz dociśnij, i odstaw do lodówki na min. 1 godzinę.

Na patelni rozgrzej oliwę. Gdy będzie już gorąca, kładź na niej kotlety, szynką do dołu, i smaż przez ok. 2-3 minuty, w zależności od wielości kawałków kurczaka. W czasie smażenia podlej częścią soku z cytryny. Następnie odwróć kurczaka i smaż po drugiej stronie przez mniej-więcej tyle samo czasu, również podlewając sokiem z cytryny w trakcie smażenia.

Podawaj z listkami świeżego tymianku, w towarzystwie swojego ulubionego białego wina!

środa, 16 lutego 2011

Schab z bekonem i rozmarynem duszony w czerwonym winie


Och, tyle do zrobienia, a czasu na wszystko zawsze za mało! Dlatego dziś proponuję Wam potrawę w  sam raz na niedzielny obiad lub dobrą kolację, która świetnie smakuje, a przygotowań przy niej naprawdę niewiele – schab w czerwonym winie ze świeżym rozmarynem i bekonem. To naprawdę pyszna, wytrawna potrawa o dużej smakowej głębi i zróżnicowaniu, a co najważniejsze - gdy raz wstawisz ją do piekarnika, piecze się sama:). Świetnie smakuje nawet po prostu z ryżem/makaronem i sałatą, choć przy bardziej odświętnych okazjach podaję ją z domowymi gnocchi podsmażonymi na oliwie, bazylii i pomidorach, oraz z guacamole własnej roboty. Tym razem zrobiłam wersję ze schabem, bardzo dobra jest też karkówka – bardziej soczysta, choć też niestety bardziej tłusta – decyzja należy więc do was…;)

Miłego wieczoru!


Dla 4-6 osób:

1,2 kg schabu lub karkówki, pokrojona w plastry
20 dkg bekonu w średniej grubości plastrach
3-4 gałązki świeżego rozmarynu
1 puszka pomidorów
3/4 butelki półsłodkiego czerwonego wina
2 ząbki czosnku, przekrojone na kilka mniejszych kawałków
1 posiekana papryczka chilli (opcjonalnie)
2 łyżki cukru
sól
pieprz
mąka (do panierowania)
oliwa (do smażenia)

Marynata do mięsa:

3 łyżki octu balsamicznego
sól
pieprz
2 przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku

Plastry mięsa dobrze pobij. Przełóż je do miski, dodaj składniki marynaty i całość dobrze wymieszaj. Odstaw na min. 1 godzinę, a najlepiej na całą noc.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. Na patelni rozgrzej oliwę. Podsmaż boczek, po czym zdejmij i odsącz go na ręczniku papierowym. Plastry mięsa obtaczaj w mące i smaż z obu stron, aż będą rumiane. W miarę smażenia przekładaj je do dużego żaroodpornego naczynia, na każdą warstwę kotletów kładź plastry bekonu i kawałki rozmarynu. Gdy skończysz, dodaj do naczynia pomidory, wino, cukier, sól i pieprz do smaku. Przykryj naczynie pokrywką lub folią aluminiową. Piecz przez ok. 40-60 minut (co jakiś czas sprawdzając, czy potrawa się nie przypala), aż mięso będzie kruche, a sos nabierze brązowo-złocistego koloru. Przed podaniem całość możesz posypać świeżymi ziołami i orzeszkami pinii.


niedziela, 13 lutego 2011

Wieprzowina słodko-kwaśna w chrupiącej panierce


Lubicie sobie pochrupać? Bo ja tak. Owszem, chętnie marchewkę i jabłka – ale czasem jeszcze chętniej coś gorącego i wytrawnego.

Lubicie sobie posmażyć? Bo ja bardzo. Uwielbiam tę chwilę, gdy na gorący tłuszcz kładziemy smakowite kąski i widzimy, jak momentalnie zaczynają się rumienić; słyszymy, jak zaczynają skwierczeć.

Lubicie porcje na jeden kęs? Bo ja właśnie takie lubię najbardziej. Sięgasz ręką, widelcem, pałeczkami… i hop, prosto do buzi. To taki śliczny sposób jedzenia, danie sporządzone z porcji mini: mini-tarty, mini-kanapeczki, mini-kotleciki… A weźmy sushi – sushi to jakby mini-wersja całego obiadu – ryż, ryba i zielenina, wszystko ładnie zwinięte, ładnie opakowane, ładnie zredukowane:)

Pisałam Wam kiedyś, że podstawy wiedzy o kuchni orientalnej zdobyłam, cichcem podpatrując koleżanki–Azjatki w naszej akademikowej kuchni. To tam po raz pierwszy zauważyłam, że Chińczycy przygotowują na wspólny posiłek kilka różnych potraw, które stawiają na środku i z których wspólnie podjadają przez cały wieczór pałeczkami, i że w związku z tym wszystko pomyślane jest tak, by łatwo dało się pałeczkami chwycić. Zauważyliście, że w kuchni chińskiej mięsa podawane są na ogół w małych kawałeczkach, nawet, jeśli wyraźnie pieczone były w całości? To proste – kroi się je w ten sposób, by łatwo dało się chwycić pałeczkami mini-porcyjkę ze znajdującego się na środku talerza.

Moja dzisiejsza propozycja też taka właśnie jest – porcjowana. Przepis znalazłam kiedyś w programie o kuchni azjatyckiej na kuchnia.tv i tu odtwarzam go trochę na oko, ale generalnie rzecz biorąc zgodnie ze wskazówkami autorki programu. Tak podane kawałki mięsa możecie jeść samodzielnie, np. ze słodkim sosem chilli, ja jednak bardzo lubię przełamywać smaki i tekstury, dlatego wysmażone kąski podaje często na lekkim bulionie, zbliżonym do tego (choć w tym wypadku dodałabym mniej imbiru, a  więcej cukru lub słodkiego sosu chilli/ miodowego).

To jak? Chrupiemy?

Dla 4 głodnych chrupaczy:

1 kg karkówki wieprzowej
4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej (można ewentualnie użyć pszennej)
Olej lub oliwa – do smażenia
Szczypiorek lub szczypior sałatkowy (spring onion) – do posypania

Marynata:

5 łyżek octu ryżowego (lub 3 łyżki octy zwykłego + 2 łyżki wody lub soku owocowego)
2 łyżki miodu
2 rozgniecione ząbki czosnku (pominęłam)
2-3 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
2 łyżki oleju
1 jajko


Karkówkę pokrój bardzo ostrym nożem na cienkie plasterki, po czym przekrój je na mniejsze kawałki, by po przygotowaniu były na jeden kęs. Przełóż je do miski, dodaj wszystkie składniki, całość starannie wymieszaj i odstaw na co najmniej 1 godzinę (a optymalnie na ok. 4 godziny). Następnie dodaj do mięsa mąkę i całość starannie wymieszaj, by wszystkie kawałki pokryły się powstałą masą.

Na woku lub patelni rozgrzej olej, po czym partiami smaż kawałeczki mięsa z każdej strony, aż będę rumiane. Odkładaj na ręcznik papierowy, by odciekły z tłuszczu. Podawaj partiami, w miarę smażenia, lub osuszone z tłuszczu kawałki wkładaj do pieca nastawionego na ok. 50- 80° C, by nie straciły ciepła, po czym podaj całość. Podawaj posypane posiekanym szczypiorkiem, z sosem chilli lub z lekką azjatycką zupą bulionową (patrz w tekście powyżej).

czwartek, 20 stycznia 2011

Brukselkowy misz-masz, czyli coś dobrego, coś szybkiego


Rzadko zdarza mi się oglądać programy Marthy Stewart, ale gdy już to robię, mam na ogół mieszane uczucia. Po pierwsze: trudno mi uwierzyć, że naprawdę widzom jak Ameryka długa i szeroka trzeba tłumaczyć, jak nakrywać stół, albo dlaczego jedzenie domowych potraw za pomocą prawdziwych sztućców i z normalnych talerzy jest lepsze od pochłaniania wprost z kartonowych pudełek fast-food’owych dań na wynos. Może nawet rzeczywiście z przestrzeganiem elementarnych zasad przy stole jest w USA raczej krucho i Martha robi świetną robotę, próbując pokazać, że można inaczej i ładniej. Ale i tak jakoś trudno mi się do tych ciągłych nauk dostroić.

Po drugie: nie do końca potrafię wczuć się w ten gawędziarsko-gwiazdorski klimat, w którym Martha zaprasza do studia sławy większego i mniejszego formatu, po czym przeprowadza z nimi rozmowę niby-to o jedzeniu, ale bardziej pod hasłem „zobaczcie-jacy-jesteśmy-fajni”, a zachwycona widownia co chwile bije brawo na wzmiankę o kimś znanym lub w reakcji na kiepski dowcip. Samo w sobie właściwie by mi to nie przeszkadzało (każdy lubi się trochę powozić), ale jakoś tak nie bardzo pasuje mi do programu kulinarnego. Być może dlatego, że w całym tym gadaniu o najmodniejszych trendach dekorowania kubków i ulubionych potrawach kasowych aktorek nie wyczuwa się prawdziwej pasji do gotowania albo chociaż jedzenia, tak bardzo obecnej wszędzie tam, gdzie normalnie się o jedzeniu mówi. Nie ma tego, że ślinka leci Ci na sam widok przedstawianych potraw, bo też i nie czujesz, by sami prezentujący byli do nich szczególnie przekonani. Mogą sobie być naprawdę pyszne, ale jeśli nawet autorzy mają do nich stosunek dość obojętny – tym bardziej trudno się nimi zachwycać z odległości tysięcy kilometrów i to mając na podorędziu jedynie nic nie mówiącą o smakach czy zapachach taflę telewizora.

Z tego też powodu nieczęsto oglądam program Marthy, a gdy już to robię, na ogół niczego szczególnego się nie spodziewam. Wyobraźcie więc sobie moje przyjemne zaskoczenie, gdy kiedyś zobaczyłam w programie przepis, który o razu powalił mnie na kolana swoją prostotą i harmonią smaków: brukselki zapiekane na blasze z bekonem i jabłkiem. Kroisz, przyprawiasz, wstawiasz i zapominasz. A gdy zadzwoni alarm, by Ci o nich przypomnieć, triumfalnie wyciągasz z pieca złocistą, zielono-jabłkową extravaganzę kolorów i aromatów.

Tak przygotowaną brukselkę można zjeść na lekki lunch lub jako dodatek do dań, ponieważ jednak chciałam zrobić z niej szybką, ale solidną kolację, wzbogaciłam ją jeszcze o angielskie kiełbaski, które zawsze staram się mieć w zamrażalniku. Wybieram je, ponieważ charakter potrawy – warzywa zapiekane na blasze – sam w sobie jest bardzo angielski (nawet, jeśli danie zobaczyłam w amerykańskim programie!). Spokojnie jednak można zastąpić je innymi ulubionymi kiełbaskami: frankfurterkami, dobrej jakości parówkami, białą lub wędzoną kiełbasą. Ogromną zaletą tego dania jest błyskawiczne przygotowanie – wszystko (nawet zamrożone) wrzucasz niedbale na blachę, skrapiasz oliwą, przyprawiasz, mieszasz – i czekasz:)

Dla 2-3 osób:

450 g świeżej, umytej brukselki (lub 1 opakowanie brukselki mrożonej)
2-3 jabłka (ja nie obieram), umyte, pozbawione pestek i pokrojone w kostkę
30 dkg pokrojonego w kostkę bekonu
6 (lub więcej;)) Twoich ulubionych kiełbasek
2 łyżki miodu
1 łyżka słodkiego sosu chilli (opcjonalnie)
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do ok. 180°C.  Brukselkę, bekon i jabłka ułóż na blasze lub żaroodpornym naczyniu. Polej miodem, sosem chilli i oliwą z oliwek, dodaj do smaku sól i pieprz. Całość wymieszaj (najlepiej rękoma) i wstaw do piekarnika na ok. 40 minut. (UWAGA! Jeśli używasz cienkich parówek, dodaj je dopiero w trakcie pieczenia, by się nie spaliły!). Podawaj od razu, posypane świeżo zmielonym pieprzem.

 

czwartek, 30 grudnia 2010

Jak nakarmić armię gości, czyli orientalne żeberka Nigelli


Jeśli nieopatrznie zaprosiliście do siebie na Sylwestra gości i zastanawiacie się, co by im tu dać do jedzenia - ten wpis może Wam się przydać:) Dziś mam dla Was absolutny hit wszystkich imprez, kolacji dla znajomych, wieczorów filmowych czy nawet rodzinnych obiadów. Wymarzona potrawa zarówno gości, jak i każdej gospodyni. Panie i panowie, przedstawiam Wam łatwe do zrobienia, szybkie, nieabsorbujące, ale za to zdecydowanie WSPANIAŁE orientalne żeberka Nigelli!

Pierwszy raz potrawę tę zobaczyłam kilka lat temu w programie Forever Summer, i pamiętam, że zachwyciła mnie już wtedy. Ale że Nigella złapała mnie znienacka, kompletnie nieprzygotowaną do robienia kulinarnych notatek, pokiwałam tylko z uznaniem głową i gładko przeszłam do realizacji kolejnych ekscytujących punktów w moim planie dnia. Gdy jednak kilka miesięcy temu znów przypadkiem natknęłam się w telewizji na ten sam odcinek, na hasło „orientalne żeberka” zastrzygłam uszami i skupiłam uwagę, tak, by spokojnie móc odtworzyć w przyszłości tę fantastyczną potrawę. Znacie to uczucie, że słyszycie o jakimś daniu i po prostu wiecie, że musicie je spróbować? Tak było właśnie ze mną i z żeberkami Nigelli. Dlaczego? Po pierwsze, sama mieszanina smaków i przypraw podziałała mi na wyobraźnię, a po drugie od razu uderzyło mnie, jak świetnie nadawałyby się na imprezę, bo brzmią pysznie, łatwo się je zjada (taki typowy finger food!), można zrobić je wcześniej i nie poświęcić im w czasie wieczoru ani minuty – no oczywiście poza tą chwilą, gdy gorące wyjmujesz je z piekarnika i zaczynasz nakładać gościom. Pierwszy raz zrobiłam je jako ciepłe danie na imprezie dla ok. 20 osób – dla urozmaicenia dodałam też skrzydełka, co bardzo polecam (UWAGA: potrzebowałam ok. 1,5 kg żeberek i 2 kg skrzydełek, starczyło z dokładką dla każdego, z tym, że było też kilka dań zimnych, więc goście zdążyli się już trochę najeść:)). Wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: choć było to latem (gdy w ogóle mniej jemy) a goście zdążyli skosztować już i innych dań, i tak zmietli żeberka do końca! Tymczasem pracy było przy nich tylko tyle, ile wymaga pokrojenie mięsa, zrobienie marynaty, a potem wrzucenie całości do pieca!

UWAGA! Tak przygotowane żeberka powinny marynować się co najmniej 2-4 godziny, ale optymalnie jest, jeśli możecie przygotować je do 24 godzin wcześniej.

Zanim przejdziecie do samego przepisu, muszę się do czegoś przyznać. Choć oficjalna nazwa żeberek brzmi ‘Sticky spare ribs’ (czy jakoś tak), moje nie wychodzą znowu aż takie ‘sticky’, jak te Nigelli (na fenomenalne, „klejące” żeberka podam Wam niedługo inny przepis, na który natrafiłam). Myślę, że jest to kwestia odmiennych proporcji – Nigella daje mniej płynów, a więcej miodu, ja stawiam bardziej na mieszaninę sosów i dodanej „siekaniny”, bo dopiero przy takich proporcjach mamy gwarancję, że wszystkie smaki dobrze się przegryzą, żeberka staną się kruche i soczyste, a warzywne „dodatki” puszczą soki, zamiast się spalić.

Poniżej podaję przepis jako główne danie dla ok. 4-6 osób. W nawiasach podaję liczby dla potrzeb imprezy, tylko z założeniem, że nie jest to jedyna potrawa wieczoru! Obawiam się, że proporcje są trochę „na oko”, bo tak naprawdę sama doprawiam wszystko do smaku, a już szczególnie, gdy chodzi o marynaty… Generalnie, jeśli czegoś nie lubicie lub lubicie, zmniejszajcie lub zwiększajcie ilości wg swoich preferencji – smak może i będzie trochę inny, ale na pewno równie ciekawy! Jedyne, na czym bym nie oszczędzała, to sos sojowy (żeby na pewno było wystarczająco słone) i olej (bo inaczej żeberka wyjdą suche); za to nie dawałabym więcej, niż 2 gwiazdki anyżu (jeśli w ogóle) bo jest on szalenie aromatyczny i to w sposób, który nie wszystkim odpowiada.

1,5 kg żeberek wieprzowych (ok. 3.5-4kg)
2-3 papryczki chilli, posiekane, pestki zostawiamy lub usuwamy w zależności od tego, czy ma być łagodniejsze, czy ostrzejsze (dla potrzeb imprezy proponuję zostawić tyle samo; bo wśród tylu gości na pewno nie wszyscy będą lubili bardzo ostre potrawy)
ok. 5 cm kłącza imbiru (tak samo, jak wyżej), posiekane w małe kawałki
3 duże dymki pokrojone w kostkę wraz ze szczypiorkiem
3 łyżki płynnego miodu (ok. 6 łyżek)
5-6 łyżek sosu sojowego (ok. 7-8 łyżek)
5 łyżek octu ryżowego (ok. 7-8 łyżek)
4 łyżki oleju (6 łyżek)
2-3 pokruszone laski cynamonu
Opcjonalnie: 2 pokruszone gwiazdki anyżu (za pierwszym razem dodałam, potem już nie, bo sama nie przepadam za jego smakiem;))

Można dodać w trakcie pieczenia:
Troszkę miodu
Przyprawa „5 smaków”

Do przybrania:

Poszatkowane chilli (bez pestek)
Poszatkowany szczypiorek z dymki

Pokrojona bagietka do maczania w sosie

Żeberka pokrój na wąskie kawałki (tak, by w każdym była tylko jedna kość). Wrzuć na blachę do pieczenia lub (jak Nigella) do dużej plastikowej zamykanej torby spożywczej (ziplock). Dodaj posiekany imbir, chilli, dymkę i szczypiorek, a także miód, sos sojowy, ocet ryżowy, olej, cynamon i (opcjonalnie) anyżek. Jeśli używasz torby spożywczej, zamknij ją i poprzewracaj w rękach, żeby składniki dobrze się wymieszały, jeśli robisz żeberka bezpośrednio na blasze, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma lub dużą łyżką. Odstaw do lodówki na co najmniej 2-4 godziny, a najlepiej na ok. dobę.

Żeberka piecz na blasze przykrytej folią aluminiową, w temperaturze ok. 200° C, przez ok. 1,5 h. I teraz macie dwie opcje. Opcja Nigelli: wyciągacie blachę, żeberka smarujecie po wierzchu dodatkową porcją miodu i posypujecie przyprawą „5 smaków”, po czym pieczecie bez przykrycia przez ok. 0.5 h; lub moja: wyjmujecie blachę z pieca, zdejmujecie folię, nastawiacie piekarnik na silne grzanie z góry po czym pieczecie jeszcze przez jakieś 10-15 minut, albo aż żeberka się zarumienią. Podawać na półmisku posypane świeżym szczypiorkiem i posiekanym chilli (bez pestek), lub serwować prosto na talerze. UWAGA! Na dnie blachy powinien znajdować się absolutnie rewelacyjny, orientalny sos – dlatego dobrze mieć w zanadrzu pokrojoną bagietkę, którą goście będą mogli w nim zamoczyć!

Rada dla zainteresowanych opcją "Sylwester" lub „Impreza”: żeberka dobrze jest wstawić do pieca tuż przed przyjściem gości i liczyć, że będą gotowe w mniej-więcej 2 h, a więc akurat w momencie, gdy nasi znajomi zjedzą już zimne przekąski i chętnie spróbują czegoś nowego:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...