Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na słodko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2011

Pierwsze urodziny „Delikatesów”. I najłatwiejsze ciasto drożdżowe w świecie:)


 
Moi drodzy, 

Dziś bardzo szczególny dla mnie dzień – Blog „Delikatessen” obchodzi pierwsze urodziny!

Co ciekawe – choć w czasie, gdy publikowałam kolejne przepisy na zupy, przekąski i wypieki w moim życiu zdarzyło się bardzo wiele, to w dniu, gdy mija rok mam okazję siedzieć na tej samej kanapie, po turecku, z laptopem na kolanach i kubkiem mocno osłodzonej herbaty przed sobą – tak, jak wtedy, gdy pod wpływem impulsu zdecydowałam się na stworzenie bloga.

Kilka dni zajęło mi ogarnięcie podstawowych mechanizmów działania serwisu, i w środę, 8 grudnia 2010, opublikowałam na stronie pierwszy wpis.

Jest wiele osób, którym zawdzięczam pomoc w rozruszaniu „Delikatesów” – w tym Ninie, która pierwsza poddała mi myśl założenia takiej strony i wyjaśniła podstawy działania Bloggera. Masie innych osób dziękowałam i dziękuję za inspirację, zachęty i różnego rodzaju pomoc w tym, by mój blog rozwijał się i prosperował.

Specjalne podziękowania należą się jednak Wam, moi drodzy Czytelnicy – gdy zakładałam „Delikatessen”, robiłam to głównie dla siebie, nie sądząc, że ktoś naprawdę będzie chciał czytać moje wynurzenia i czerpać inspirację  moich przepisów. A potem zainstalowałam sobie statystykę wejść i zobaczyłam, jak z miesiąca na miesiąc rośnie liczba wejść, jak – nawet wtedy, gdy czasu na pisanie bardzo mi nagle zabrakło – Wy wciąż wchodziliście i czytaliście:)

I choć bloga piszę niby dla siebie, to jednak – DZIĘKUJĘ. Dziękuję, bo to Wy powodujecie, że gotowanie i pisanie o nim sprawia mi taką radość.

„Delikatessen” to miejsce, w którym jedzenie jednoczy ludzi. Wpadają po chleb, konfitury, francsuki ser i lasagne z garmażerii, zamawiają kawę i wypijają ją przy jednym z przygotowanych przez właścicieli stoliczków. I ja też chciałam, by mój blog był miejscem takich spotkań – może nie dosłownie, ale wirtualnie na pewno:) I jak dbały właściciel dobrych delikatesów zapraszam Was gorąco – wpadajcie na bloga jak najczęściej, bo to Wy tworzycie jego klimat!:)

W ramach podziękowań chciałabym dać Wam urodzinowy prezent od Delikatesów – najłatwiejszy przepis na ciasto drożdżowe, z jakim się kiedykolwiek spotkałam! Przepis przekazała mi ostatnio moja Babcia. Jego ogromna zaleta polega na tym, że nie wymaga wyrabiania i ugniatania (zmory wszystkich kucharek), a mimo to wychodzi lekkie, pulchne i aromatyczne – jak włoskie panettone. Zdumiewające jest to, że efekt końcowy w niczym nie ustępuje tradycyjnym puchowym babom, które wymagają ton jajek i całych godzin wyrabiania – a ciasto smakuje przepysznie!


½ kg mąki
3 całe jajka + 2 żółtka (białka zachowaj do posmarowania ciasta)
¾ szklanki cukru
10 dkg masła
6 dkg drożdży
1 opakowanie cukru waniliowego
garść rodzynek
¾ szklanki mleka
szczypta soli

Kruszonka:

200 g mąki
100 g masła
100 g cukru


1)      W ciepłym mleku rozetrzyj drożdże i 2 łyżeczki cukru. Odstaw na ok. 20 minut, aby całość podrosła.
2)      W międzyczasie wbij do garnka 3 jajka i 2 żółtka, wsyp cały cukier i szczyptę soli.
3)      Masło rozpuść i wlej wąską strużką do jajek, stale mieszając.
4)      Do tak powstałej mieszaniny wlej wyrośnięte drożdże.
5)      Całość dokładnie wymieszaj i pozostaw do wyrośnięcia na min. 3 godziny. Pamiętaj jednak, że po upływie tego czasu mieszanka nie będzie miała ciekawego wyglądu – bardziej będzie przypominać zważone, lekko sfermentowane „coś”, niż wyrośnięty zaczyn. Nie przestrasz się – tak właśnie ma to wyglądać:)
6)      Pod koniec czasu wyrastania masy zrób kruszonkę, siekając masło, mąkę i cukier (prosty przepis znajdziesz np. tutaj). Rodzynki sparz w gorącej wodzie.
7)      Gdy mieszanina drożdży i jajek urośnie, wsyp mąkę i rodzynki. Całość dokładnie wymieszaj, aż powstanie gęsta, gładka masa – możesz zrobić to w malakserze (z mieszakami hakowymi), ale mieszanie powinno być na tyle łatwe, że możesz zrobić to ręcznie. Bardzo szybko i łatwo powinna powstać gładka, gęsta masa.
8)      Formę wyłóż papierem do pieczenia, następnie wylej masę drożdżową i dobrze posmaruj białkiem, jednocześnie wyrównując powierzchnię ciasta. Na wierzch wysyp kruszonkę.
9)      Wstaw do ZIMNEGO piekarnika (nie nagrzewaj go wcześniej!), ustawionego na 150º C dopiero w momencie wstawiania ciasta.
10)  Piecz przez 30 min w temperaturze 150º C. Następnie zwiększ temperaturę do 200º C i piecz, aż ciasto się zrumieni, a wkładany do niego patyczek będzie suchy – w moim wypadku było to ok. 10-15 minut.


niedziela, 22 maja 2011

Angielskie ciasteczka maślane o migdałowym posmaku



Pisałam Wam kiedyś o zamiłowaniu Anglików do herbaty i całej kolekcji herbacianych przysmaków, które w związku z tym wymyślili. Wśród nich scones i flapjack’i to zdecydowany hit, ale całkowicie ex aequo zaszczytne pierwsze miejsce w herbaciano-zakąskowym rankingu zajmują z nimi angielskie maślane ciasteczka. Są rewelacyjne. Po prostu – przepyszne. Jakby Wam to wyjaśnić? Leżą sobie na tacy czy talerzyku – złociste i pulchniutkie, choć raczej nieregularne w kształtach i wizualnie niedoskonałe. Raczej nie chwaliłby się nimi cukiernik francuski czy belgijski, i nie postawiłby koło bakaliowych tart lub palmière’ów. Ale weź tylko takie maleństwo do buzi, a zaraz zrozumiesz, dlaczego Anglicy tak je kochają. Choć na pierwszy rzut oka wydają się twarde i chrupiące, dosłownie rozpływają się w ustach, zostawiając rozkoszny, maślano-słodkawy smak. Mają aksamitną konsystencję i rewelacyjnie smakują zarówno jako „zagryzka” do herbaty, jak i maczane w ciepłych napojach.

A co naprawdę ważne – robi się je błyskawicznie. Pamiętam, że kiedyś bardzo spieszyłam się do mojej przyjaciółki na jakiś nasz babski wieczór, ale bardzo chciałam przynieść jej coś domowego. Ciasto nie wchodziło w grę, bo czasu miałam naprawdę mało, wybór padł więc właśnie na takie angielskie cookies. Zrobiłam je dosłownie w ostatniej chwili, a potem z wielkim smakiem zagryzałyśmy nimi słodkie wino deserowe…

W kuchni nie jestem szczególnie ortodoksyjna, ani nawet konserwatywna. Wypróbowuję wszystko, co wpadnie mi w oko, i na ogół maksymalnie upraszczam sobie życie. Nie lubię kulinarnego zawracania głowy i zazwyczaj skrzętnie omijam przepisy, które zapowiadają się czasochłonnie (o ile oczywiście nie chodzi o coś specjalnego, jak na przykład o sushi, które potrafię wyrabiać przez cały dzień na wieczorną kolację czy imprezę). Ale na domowe ciasteczka bardzo Was namawiam. Tak samo, jak w wypadku własnoręcznie robionego majonezu – pracy jest przy nich mało, a efekt – nieporównanie lepszy od tego, który osiągniecie, sięgając po towar ze sklepowej półki.

Dlatego – pieczcie ciasteczka! Z pewnością bardzo posmakują Wam i Waszym gościom podczas popołudniowej herbatki:)

Pieczenia ciasteczek według poniższego przepisu nauczyła mnie moja Mama:) Obie uwielbiamy je robić!


Na ok. 40 ciasteczek potrzebujesz:

1,5 szklanki mąki
1 kostka miękkiego masła, pokrojona na mniejsze kawałki
2 jajka
½ szklanki cukru
1 paczka cukru waniliowego (ok. 16 g)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
3-4 łyżki płatków owsianych
kilka kropel esencji migdałowej
100 g płatków migdałowych lub mielonych migdałów (opcjonalnie)

Piekarnik nastaw na 180° C. W robocie kuchennym utrzyj na krem masło z cukrem i cukrem waniliowym. Wciąż ubijając, dodaj mąkę, proszek do pieczenia, esencję migdałową i całe jajka. Ubijaj, aż całość nabierze gładkiej, jednolitej konsystencji. Dodaj płatki owsiane i (opcjonalnie) migdały. Wymieszaj. Masa powinna być gęsta i kleista, ale zwarta. Jeśli masz wrażenie, że jest zbyt rzadka, dodaj 1 lub 2 dodatkowe łyżki płatków owsianych. Łyżeczką wykładaj „kupki” masy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zachowując dość duże odległości, bo ciasteczka bardzo urosną. Wstaw blachę do piekarnika. Piecz partiami przez ok. 8 min, aż ciasteczka staną się pulchne i rumiane. Ciasteczka będą miękkie w momencie wyjęcia – stwardnieją dopiero, gdy wystygną. Podawaj do herbaty lub podjadaj, gdy tylko masz ochotę;) Noooo, może nie aż tak – te ciasteczka to niestety straszny kaloryczny zdrajca;)

sobota, 23 kwietnia 2011

Życzenia Świąteczne… i Wielkanocne babeczki:)



Moi drodzy Blogerzy i Blogerki,

I znów przyszłą wiosna, znów świeci słońce (choć może nie dziś;)), znów cały dom wypełnia się zapachem świątecznych wypieków… Znów mamy Wielkanoc.

Dlatego życzę Wam dziś Zdrowych, Spokojnych, Wiosennych Świąt w rodzinnym gronie i ciepłej, serdecznej atmosferze, wielu wspaniałych smakołyków na stole i czasu, by w oderwaniu od codziennej bieganiny i stresu przystanąć na chwilę, usiąść z filiżanką pysznej herbaty i słodkiego drożdżowego ciasta, zastanowić się nad tym, co najważniejsze, a na co nieraz nie mamy czasu… i porozkoszować życiem, które przecież jest piękne – tak po prostu:)

Korzystając z okazji chciałam też podziękować Wam, że już od kilku miesięcy towarzyszycie mi w mojej kulinarno-blogerskiej podróży, że czytacie moje posty, okraszacie je komentarzami i wzbogacacie dobrymi radami…:)

Dziękuję i pozdrawiam:)

Marta (Delikatessen)

------------------------------


Mini biszkoptowe babeczki do Wielkanocnego Koszyka

 
Przepis na 2 babeczki*

2 jajka
4 łyżki mąki
4 łyżki cukru
4 łyżki oleju
1/2 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
Kilka kropel esencji waniliowej lub jedna saszetka cukru waniliowego.

Jajka ubij z cukrem na kogel-mogel (najlepiej mikserem). Wsyp mąkę i cukier, miksuj dalej. Gdy masa będzie gładka, dodaj proszek do pieczenia i olej. Pomieszaj jeszcze chwilę i wlej do natłuszczonych, posypanych mąką form do małych babek (powinny mieć u podstawy ok. 10-12 cm średnicy). Piecz w temp. 150°-160° C przez ok. 20 minut, aż ciasto podrośnie i się zrumieni. Następnie nakłuj babeczki patyczkiem by sprawdzić, czy ciasto jest upieczone (patyczek powinien wychodzić suchy). Gdy będą gotowe, wyłącz grzanie, uchyl drzwiczki piekarnika i zostaw babeczki w cieple do powolnego ostygnięcia – wtedy nie oklapną po wyjęciu.

Chłodne babeczki udekoruj lukrem – by go przygotować, pół szklanki cukru-pudru rozetrzyj z 2-3 łyżkami ciepłej wody.

* Bardzo łatwo zrobić więcej ciasta; należy po prostu zawsze utrzymywać następujące proporcje:

Na 1 jajko - po 2 łyżki mąki, cukru i oleju oraz ¼ łyżeczki proszku do pieczenia. Podany przepis możecie wykorzystać nie tylko do produkcji babeczek – tak przygotowany biszkopt wychodzi niezawodnie i ma wiele zastosowań, jak choćby jabłka w biszkopcie czy biszkopt ze śliwkami.


poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Jogurt miodowo-waniliowy


Jak wiele innych propozycji w moim kuchennym repertuarze, także i tę przywiozłam do Polski z Anglii. Z Anglii – choć właściwie napój pochodzi z krajów śródziemnomorskich. No ale że z braku południowej pogody Anglicy muszą posiłkować się wszystkim, co mogłoby stanowić jakąś jej namiastkę, śródziemnomorskich akcentów Ci tam dostatek.

Pierwszy raz miodowo-waniliowy jogurt zobaczyłam na półce w supermarkecie – na tle innych produktów mlecznych zaliczał się zdecydowanie do tych bardziej wypasionych, był organiczny, produkowany przez niszowych dostawców i zawierał nasionka wanilii. Czasem pozwalałam sobie na jego kupno, choć w moim studenckim budżecie plasował się zdecydowanie jako luksus.


Aż kiedyś szukałam szybkiego i lekkiego deseru na kolację dla znajomych i przyszło mi do głowy, by wypasiony jogurt ze sklepowej półki zrobić w domu. Do dziś pamiętam tę bardzo miłą okazję… pamiętam też, że goście się zajadali. Od tej pory minęło już ładnych kilka lat, ja zdążyłam przenieść się z jednego końca Europy na drugi, a przepis towarzyszy mi przez cały ten czas.


Robi się go naprawdę ekspresowo, a smakuje… naprawdę nieziemsko. Jak nektar i ambrozja po prostu:) Jadłam też kiedyś gęsty jogurt naturalny polany obficie miodem i posypany orzechami (deser w jednej z greckich restauracji w Warszawie) – był pyszny, ja jednak jeszcze bardziej lubię właśnie wersję zmiksowaną:) Spróbujcie koniecznie!

A już wkrótce podzielę się z Wami prawdziwym wielkanocnym rarytasem, czyli błyskawicznym przepisem na domowy majonez. Zapraszam!


Na 1 dzbanek jogurtu:

1 l jogurtu naturalnego, najlepiej greckiego
4 łyżki miodu
16-20 g cukru waniliowego (można zastąpić pesteczkami ze strąka wanilii, ja jednak wbrew pozorom wolę właśnie cukier waniliowy)
2-3 łyżki cukru
Sok z ½ cytryny

Składniki wrzuć do blendera lub malaksera. Całość zmiksuj na napój o gładkiej konsystencji (najlepiej miksować bardzo krótko i na średnich obrotach, tak, by nie zaczęła ubijać się pianka). Napój podawaj schłodzony, ze świeżymi owocami i/lub kruchymi ciasteczkami.


wtorek, 22 marca 2011

Karmelowo, ekspresowo. Flapjack.


Flapjack. Pamiętam bardzo dobrze, gdy zjadłam go po raz pierwszy. To było wiele, wiele lat temu w Anglii, w jakiś deszczowy, pochmurny dzień, gdy brak ogrzewania i nieszczelne okna w naszym starym college’u rekompensowaliśmy sobie ciepłą herbatą i „czymś do niej”.

Nietrudno się zorientować, że w Anglii w ogóle wszystko kręci się wokół herbaty, a co za tym idzie – również wokół całego jej entourage’u. Jak w powietrzu wisi kłótnia – to herbata. Jak wybucha wojna – herbata. Ojciec dowiaduje się, że jego na wskroś nieodpowiedzialny, zepsuty syn i dziedzic przeputał właśnie cały majątek? Herbata.

Kulisz się z zimna, bo temperatura spada, a Anglicy nie wierzą w centralne ogrzewanie? Cóż z tego? Herbata.

No, ale skoro herbata, to również coś do niej. Czajniczki, spodeczki, filiżaneczki, kubeczki… ale też ciasteczka, bułeczki, kanapeczki i wszystko inne, co z herbatą tworzy zgrany team.

Stąd wysokie notowania scones, biscuits, digestives, teacakes i innych tam takich herbacianych zagryzek.

No i jest jeszcze flapjack. Zupełnie inna liga. Coś jakby… hmmm… połączenie krówek, ciasteczek maślanych, müsli i karmelków:) Coś, w czym się zagłębiasz, zatapiasz, gubisz… w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Owoce i masło. Masło i karmel. Karmel i miód.

Macie coś takiego, że niektóre słowa wyjątkowo dobrze Wam się wymawia? Ja mam coś takiego właśnie z flapjackiem.

Flap… Jack… FLAPJACK!


Poniższy przepis jest właściwie kompilacją dwóch innych, znalezionych na BBC Food: autorstwa Sophie Dahl i Celii Brooks Brown. Ja zrobiłam, jak zawsze, całkiem po swojemu z lekką nutą inspiracji;)

Również jak zawsze, przepis jest łatwy (chyba nie sposób go zepsuć) i błyskawiczny. Przygotowanie to dosłownie 5 minut, zapieczenie – jakieś 15 do 20. I tyle.

Jedyna rzecz, którą bym poprawiła w moim flapjack’u, to stosunek płatków owsianych do wilgotnej, maślano-karmelowej masy. Może jej być więcej. Nie wiem, czy po prostu powinnam była dodać mniej płatków, czy krócej piec (następnym razem spróbuję pewnie obu tych rzeczy naraz;)), ale – jak dla mnie – flapjack mógł wyjść jeszcze bardziej wilgotny i lepki. Jest to jednak rzecz gustu, więc jeśli lubicie lepkie ciasteczka – nie dosypujcie dodatkowych porcji płatków czasie mieszania masy, i pieczcie tylko ok. 15 minut.

Do flapjack’a warto dodać suszone owoce. U mnie nieprzypadkowo były to żurawiny i rodzynki, bo są dość kwaśne, a chodziło mi o to, by przełamać słodycz karmelu. Możecie jednak zastąpić je tym, co lubicie lub co akurat macie pod ręką: suszoną papają, mango, wiórkami kokosowymi, kandyzowaną papają, skórką pomarańczową… lub czym tylko będziecie chcieli:)

Na 1 blachę flapjack’a:
200 g masła
200 g brązowego cukru*
2-3 łyżki miodu
sok z 1/2 cytryny
ok. 200 g płatków owsianych (+ dodatkowe 100 g do ewentualnego dodania później)
1 standardowe opakowanie suszonych owoców żurawiny
1-2 garście rodzynek

* Jeśli jesteś doświadczoną kucharką lub kucharzem, możesz użyć białego cukru i skarmelizować go w maśle – jeśli jednak nie czujesz się w kuchni wystarczająco pewnie, postaraj się o brązowy cukier.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. W rondelku rozgrzej masło, cukier i miód. Gdy wszystko roztopi się na jednolity płyn, dodaj płatki owsiane, suszone owoce i sok z cytryny. Całość wymieszaj; powinna powstać jednolita masa. Jeśli mieszanka jest zbyt rzadka – podsyp płatkami owsianymi.

Blachę przykryj papierem do pieczenia, następnie wyłóż na nią równomiernie masę. Wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, tak, by flapjack przyrumienił się z wierzchu, ale zachował w środku lepką, wilgotną konsystencję .

Wyjmij z piekarnika i pozostaw do ostudzenia. Podawaj pokrojone w małe kwadraciki lub – jeśli wolisz – w prostokąciki.


sobota, 19 lutego 2011

Cytrusowa tarta z kremem mascarpone


Ostatnio jestem w ciągłym niedoczasie. Tyle do zrobienia, a życie nie chce zwolnić, by się dostosować;) Tym ważniejsze są te chwile, gdy możemy choć na krótko zatrzymać się, odpocząć, i porozkoszować tym, co piękne, choć pozornie przyziemne.

Czas na relaks to dziś dobro deficytowe. Gdy byłam na studiach, nawet nie zauważałam nieraz, jak szybko potrafi lecieć przez palce, gdy mamy go dużo. A potem nagle, pewnego dnia przestajemy już tyle go mieć, i wtedy każda spokojna chwila staje się na wagę złota.

Zawsze uwielbiałam gotować, zawsze uwielbiałam piec. Nigdy nawet nie przychodziło mi do głowy, że mogłoby zabraknąć mi na to czasu. Dziś wiem, że gotowanie to też przywilej:) Przywilej, który chcę sobie zapewniać nawet wtedy, gdy - w czasowej walucie:) – kosztuje mnie to dużo.

Moje dania są na ogół szybkie i łatwe – nie bez powodu. Tylko na to mogę sobie pozwolić, ale nie uważam, że to źle. Tak długo, jak długo możemy cieszyć się dobrym, własnoręcznie przyrządzonym posiłkiem w gronie bliskich nam osób, życie posiada dodatkowy, piękny wymiar:)

Wiem, że skoro tu zaglądacie, lubicie zapewne gotować i robicie to często. Ale może być i tak, że należycie do osób, które o jedzeniu lubią czytać, lecz boją się gotować z powodu braku czasu i umiejętności. Być może ktoś Wam kiedyś powiedział, że się do tego nie nadajecie, albo wmówił, że tylko bardzo wymyślne i organiczne jedzenie może naprawdę dobrze smakować. Nic bardziej błędnego. W gotowanie musicie włożyć przede wszystkim pasję – swoją miłość do życia, do jedzenia… i do ludzi, których chcecie nakarmić. I wtedy nawet najprostszy przepis wyjdzie Wam rewelacyjnie – tylko nie bójcie się spróbować!

Dzisiejsza tarta właśnie taka jest – prosta, szybka, ale bardzo smaczna. Nigdy nie umiałam pięknie dekorować tortów ani godzinami wyrabiać kremów. Robię więc to, co potrafię. Albo, mówiąc inaczej – to, na co mnie stać – w walucie zarówno talentowej, jak i czasowej.

Cytrusowa tarta z kremem mascarpone*

1 opakowanie ciasta francuskiego, rozmrożone
3 opakowania serka mascarpone
2 dojrzałe owoce mango (lub zawartość 2 mango z puszki)
sok z ½ cytryny
kilka kropli esencji cytrynowej
2-3 opakowania cukru waniliowego (do smaku)
2 żółtka (opcjonalnie)
1 łyżeczka żelatyny, rozpuszczona w wodzie
3 duże pomarańcze
3 łyżki miodu
4 łyżki cukru

Zacznij od przygotowania kremu. W blenderze zmiksuj mango i miąższ z dwóch pomarańczy (usuń wcześniej pestki!). Przelej do dużej miski, dodaj mascarpone, cukier, sok z cytryny oraz rozpuszczoną w wodzie żelatynę (opcjonalnie) i miksuj na jednolity krem. Jeśli powstałą masa będzie za rzadka, dodaj dwa żółtka i ubijaj dalej. Spróbuj i w razie potrzeby dodaj do smaku kilka kropel esencji cytrynowej i więcej cukru waniliowego. Schładzaj w lodówce. Jeśli dodałeś żelatynę, schładzaj przez co najmniej 1-2 godz.

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż papier do pieczenia, następnie wyłóż na nim ciasto francuskie. Nie musisz zawijać pionowych „krawędzi” z ciasta. Wierzch ciasta posyp równomiernie 2 łyżkami cukru, a następnie wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 15-20 minut, aż ciasto ładnie się przyrumieni a cukier – skarmelizuje. Wyjmij ciasto z piekarnika i „ubij” widelcem (nie przejmuj się, że urosło podczas pieczenia, wykorzystasz to w przepisie!). Powstałe w ten sposób, „ubite” kawałeczki – skrawki ciasta odłóż na bok.

Pozostałe pomarańcze obierz ze skórki i pokrój w plasterki. Na patelni rozgrzej miód z odrobinką wody, następnie skarmelizuj w nim pomarańcze i odstaw do ostygnięcia.

Na tarcie ułóż krem i skarmelizowane pomarańcze, posyp odłożonymi wcześniej skrawkami ciasta. Nawet ja (osoba o ambiwalentnym stosunku do ciast i słodkości) muszę przyznać, że smakuje naprawdę wyjątkowo:))))))) Może nie jak ambrozja, ale jednak bardzo, bardzo blisko:)

* przepis wymyśliłam sama, ale inspirowałam się dwoma innymi: tym na tort cytrusowy Anny tym na krem kataloński ze skarmelizowanymi pomarańczami autorstwa lo.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Crème brûlée, czyli fajny krem wczoraj upiekłam…



Pisałam Wam ostatnio o górze kulinarnych prezentów, które dostałam na urodziny. Znalazły się wśród nich także prześliczne, maleńkie, białe ceramiczne foremki do zapiekania. Zdaje się, że ich fachowa nazwa – ramekiny – byłaby tu bardziej na miejscu, ale jakoś za nią nie przepadam, kojarzy mi się ze skrzyżowaniem różnych nie przystających do siebie wyrazów, jak rekin, manekin, świecznik i rafineria… co kompletnie nie pasuje mi do słodyczy i jedwabistości tego, co miałabym do nich włożyć. Szczególnie ta rafineria wprowadza tu dla mnie posmak jakiegoś przemysłowego smaru, a przemysłowy smar to nie jest koniecznie to, co – nawet tylko w wyobraźni – chciałabym czuć w jedzeniu. Precz więc z ramekinami, przynajmniej na mój własny użytek – ceramiczne miseczki do zapiekania i już;)


A jak miseczki, to co w nich? Dla mnie odpowiedź była jasna – niejedno, ale póki co, na sam początek – koniecznie crème brûlée, który dotąd dane mi było jadać tylko w restauracjach, a który uważam za najpyszniejszy ze wszystkich pysznych kremów… za crème de la crème, po prostu;) Ale crème brûlée kocham za coś jeszcze – za cieniutką, szklistą warstewkę karmelu, którą zawsze rozbijam łyżeczką. Uwielbiam to robić, tak samo, jak ubóstwiam chodzić jesienią po suchych liściach i słuchać, jak trzeszczą, albo brodzić zimą po cienkim lodzie zmrożonych kałuż, i czuć, jak trzaska mi pod stopami:) To takie moje małe życiowe przyjemności, tak maleńkie, że prawie niezauważalne – a jednak bardzo dla mnie ważne.

Jakby na akord, odkąd dostałam te moje śliczne białe naczynka, przepisy na crème brûlée zaczęły wyskakiwać na mnie z każdego kulinarnego zakamarka. Wszyscy je piekli, wszyscy o nich mówili, a lutowy miesięcznik KUCHNIA zrobił z nich całe cover story. Na magazynowe przepisy skusić się wprawdzie nie dałam (coś strasznie dużo przy nich było zawracania głowy, a ja, jak Wam już nieraz pisałam, lubię sobie życie upraszczać), ale absolutnie zachwyciłam się przepisem na crème brûlée z gruszkami i czekoladą, który znalazłam u Anoushki. Czeka na wykonanie, a ja tymczasem zrobiłam wersję bardziej podstawową, według przepisu znalezionego przez moją Mamę na BBC Food – niedziela upłynęła więc pod bardzo waniliowo-kremowym znakiem:)

Jak obiecałam, moja pierwsza restauracyjna recenzja już niedługo, a póki co – naprawdę łatwy przepis na crème brûlée, czyli deser, który bardzo wysoko plasuje się w moim nektarowo-ambrozjowym rankingu.

Jest szybki z przygotowaniu, ale potrzeba na niego dużo czasu o tyle, że musi długo stać i zastygać. Dlatego, jeśli np. chcielibyście zrobić go jako deser na wieczorną kolację dla gości – przygotujcie i upieczcie masę w ciągu dnia, po czym wstawcie miseczki z zapieczonym kremem do lodówki i wyjmijcie na krótko przed podaniem, by skarmelizować wierzch.

 
Podaję proporcje na ok. 6 porcji kremu za przepisem na BBC Food (z malutkimi modyfikacjami w nawiasach):

500 ml słodkiej śmietanki 30% lub 36%
1 laska wanilii
100 g drobnego cukru + 4 kopiaste łyżeczki do posypania na koniec
6 żółtek
1 opakowanie cukru waniliowego (moja modyfikacja; według oryginalnych wskazówek krem był jak dla mnie za mało waniliowy)

1)      Rozgrzej piekarnik do temperatury 150° C.
2)      Do rondla wlej śmietankę. Laskę wanilii przekrój wzdłuż i wyskrob z niej ziarnka; dodaj je do śmietanki.
3)      Resztę strączka wanilii pokrój w małe kawałki, po czym również dodaj do śmietanki.
4)      Doprowadź śmietankę do granicy wrzenia, po czym maksymalnie zmniejsz ogień i podgrzewaj śmietankę przez ok. 5 min (ważne – staraj się, by nie wytworzyła się pianka!)
5)      W osobnej misce utrzyj mikserem cukier, cukier waniliowy i żółtka, aż powstanie gęsty kogel-mogel.
6)      Znów doprowadź śmietankę do punktu wrzenia, po czym cienkim strumieniem dodawaj ją do masy z żółtek, cały czas ubijając mikserem (tak, by masa się nie zwarzyła). Masa żółtkowa powinna odrobinę zgęstnieć.
7)      Następnie przecedź masę przez drobniutkie sito i wlej do dzbanka, za pomocą którego będziesz napełniać ramekiny (aaaaah, znowu to słowo! ;)). Jeśli używasz większych naczynek (jak do mini-suflecików) wylej masę do mniej-więcej 2/3 ich wysokości; jeśli używasz bardzo płytkich miseczek, wypełnij je masą prawie po same brzegi.
8)      Ostrożnie umieść naczynka z kremem na dużej blasze, po czym wypełnij ją gorącą wodą w taki sposób, by dochodziła od zewnątrz do połowy wysokości miseczek (ale oczywiście nie może przelać się do środka). Takie rozwiązanie nazywa się techniką bain-marie (czyli coś jakby kąpiel wodna, tylko troszkę inaczej i ładniej brzmi;))
9)      Ostrożnie włóż blachę z miseczkami na środkową „półeczkę” w piekarniku i piecz przez ok. 40-45 min, albo do momentu, w którym krem już się w zasadzie zestali, ale jeszcze będzie odrobinę niedopieczony na środku.
10)  Wyjmij blachę z piekarnika, odstaw naczynka z kremem, aż troszkę ostygną, po czym wstaw do lodówki aż do podania (wiele przepisów mówi o obowiązkowych kilku godzinach, ten nie stawia takich wymagań).
11)  Wyjmij miseczki na kilka minut przed podaniem, po czym każdą posyp z wierzchu cukrem i skarmelizuj za pomocą palnika ręcznego (ja go nie posiadam, więc skarmelizowałam krem pod grillem, wstawiając blachę z miseczkami – już bez wody – na najwyższy poziom, na grzanie z góry w najwyższej temperaturze; co ważne – zostawiłam uchylone drzwiczki piekarnika, wtedy efekt jest lepszy).
12)  Wyjmij miseczki z kremem z piekarnika, odstaw na chwilę, by odrobinę ostygły, po czym podawaj od razu.

wtorek, 25 stycznia 2011

Biała czekolada i pomarańcze, czyli ambrozja w cieście


Zastanawialiście się kiedyś, jak smakowały nektar i ambrozja? Ja myślę o tym bardzo często.

Mitologia grecka niewiele o nich mówi, poza tym, że były godne podniebienia olimpijskich bogów i dawały im nieśmiertelność. Ja wyobrażam je sobie jako lekkie, z lekka kremowe, kwiatowo-owocowe i delikatnie, acz wyraziście słodkie. Choć tak naprawdę trudno natknąć się na coś, co właśnie tak by smakowało. Ja więc moich kandydatów na olimpijski pokarm typuję empirycznie – czasem po prostu próbuję czegoś i myślę sobie – o! Tak mogłoby właśnie smakować to, co wedle starożytnych Greków Zeus czy Atena jadali na śniadanie:) Przyznam, że niewiele takich smaków póki co odkryłam, a nawet – by pokusić się o większą precyzję – odkryłam ich dokładnie dwa. Jeden to deserowe wino Moscatel – słodkie (acz zadziwiająco lekkie), z wyraźną nutą miodu, kwiatów, owoców, i czegoś jakby… no właśnie, jakby kremowego lub śmietankowego (choć oczywiście ani krzty nie ma w nim ani śmietany, ani masła). To jeden z najcudowniejszych, najpiękniejszych, najlepiej skomponowanych smaków, jakie kiedykolwiek miałam w ustach… i nieraz myślę, że jakoś tak właśnie musiał smakować nektar.

A ambrozja? Ambrozja to dla mnie smak białej czekolady – słodkiej, ale lekkiej, śmietankowo-kremowej, rozkosznie innej niż wszystko, czego zdarzyło mi się próbować… i takiej niby-kwiatowej, choć kwiatów w niej przecież nie uświadczysz. Ale biała czekolada to nie wszystko – w ambrozji powinna być jeszcze dla mnie wyraźnie owocowa nuta, najlepiej taka świeża, cytrusowa…taka biała czekolada „z czymś”. I tym czymś są dla mnie właśnie pomarańcze.

Gdy więc zobaczyłam u Moniki przepis na ciasto z białą czekoladą i pomarańczami, wiedziałam, że muszę jak najszybciej je upiec. I upiekłam. Wyszło… naprawdę rewelacyjnie. Robi się je łatwo i szybko, a smakuje… po prostu…CUDOWNIE.

Upieczcie razem ze mną, a sami się przekonacie:)


Ciasto z białą czekoladą i syropem pomarańczowym (przepis z małymi modyfikacjami):

185 g masła
1 szklanka mleka
¾ szklanki cukru
2 małe opakowania cukru waniliowego
150 g białej czekolady
2 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka

Syrop:

1 szklanka soku z pomarańczy
½ szklanki cukru
skórka z 1/2 pomarańczy, pozbawiona białych części i pokrojona w cieniutkie paseczki

Nagrzej piekarnik do 180° C. W rondelku podgrzej na malutki ogniu masło, mleko i czekoladę, aż składniki się rozpuszczą i połączą (ale nie powinny zacząć wrzeć!). Zdejmij z ognia i odstaw, aż masa lekko ostygnie. Do dużej miski przesiej mąkę i dodaj proszek do pieczenia, następnie wbij jajka i odrobinę masy czekoladowej. Miksuj całość na niewielkich obrotach, stopniowo dolewając czekoladową substancję, aż wszystkie składniki się połączą powstanie równomierna masa. Dodaj cukier (zwykły i waniliowy) i miksuj jeszcze przez chwilę, do całkowitego wymieszania składników. Masę przełóż do formy wyłożonej papierem do pieczenia (to ważne, bo potem ciasto trzeba będzie zalać syropem, i dzięki pergaminowi nie przyklei się do formy) i wstaw do piekarnika na ok. 70 minut, po czym wyjmij, sprawdź, czy się upiekło, do końca wbijając w nie patyczek (jeśli patyczek wyjdzie suchy, ciasto jest gotowe, jeśli obklejony – ciasto potrzebuje jeszcze dopieczenia). Jeśli ciasto wciąż nie będzie gotowe, przykryj je z góry papierem, po czym ponownie wstaw do piekarnika na ok. 20 min., by się dopiekło (czas podaję orientacyjny, w rzeczywistości może to zająć odrobinę krócej lub dłużej, wiec monitoruj sytuację na bieżąco).

W międzyczasie przygotuj syrop. Do rondelka wlej sok z pomarańczy, dodaj cukier i skórkę z cytryny, po czym podgrzewaj na niewielkim ogniu, w razie potrzeby co jakiś czas mieszając, aż cukier się rozpuści, a syrop stanie się przezroczysty. Zdejmij z ognia i odstaw do ostygnięcia.

Gdy ciasto będzie gotowe, równomiernie i głęboko ponakłuwaj je nożem. Skórką z syropu udekoruj wierzch ciasta, następnie równomiernie zalej je pomarańczowym płynem (oryginalny przepis zakładał zalanie ciasta połową syropu i podanie drugiej połowy w sosjerce, by każdy mógł dodać sobie syropu na talerzu wedle uznania; ja od razu zalałam całością, ale decyzja należy do Was:)) Ciasto podawaj po ostygnięciu.


Miłego smakowania!


środa, 12 stycznia 2011

Chillibites, czyli czekolada i chilli w jednym:)


Po sekwencji świątecznych wydarzeń pełnych tradycyjnych dań z utęsknieniem czekałam na powrót do kulinarnych eksperymentów, które normalnie towarzyszą mi w kuchni. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem udało mi się wypróbować przepis, który chodził za mną już od wielu tygodni. Być może już go widzieliście i wypróbowaliście, może tylko przeczytaliście o nim i zapomnieliście, a może po prostu nigdy o nim nie słyszeliście – tak czy siak mam nadzieję, że zdecydujecie się spróbować (a może nawet upiec samemu) to, o czym Wam za chwilę napiszę.


Ciasteczka z czekoladą i chilli. Bardzo czekoladowe i bardzo chilli’owe;) Przepis znalazłam u ChilliBite (vel SzeLLki), która z kolei podpatrzyła go u Clotilde z Chocolate & Zucchini i - jak sama pisze - właśnie od nich wzięła nazwę swojego bloga. Od razu urzekł mnie zarówno ich smak (czy raczej moje o nim wyobrażenie), jak i przepiękny opis Autorki, która mówi o nich „małe, niewyględne brzydactwa”, a potem tak dokładnie pisze o tym, co poczujesz, gdy je zjesz, że od razu doceniasz prawdziwość powiedzenia „nie wszystko złoto, co się świeci”. W ogóle, bardzo polecam Wam blog ChilliBite. Jej przepisy są proste i smaczne (wiele wypróbowałam!), a teksty – lekkie i niezwykle wręcz apetyczne;)

No ale wracając do ciasteczek. Są pyszne. Prze-pyszne. Wcale nie dlatego, że ostre. Powiem więcej – celem nie jest, by nie wiadomo jak piekły Cię w gardle. O nie. To by było zbyt przewidywalne. A nie o to wcale chodzi.

A o co w takim razie? Gdy bierzesz je do ust, najpierw czujesz po prostu czekoladę. Trochę, jak w Brownie, a trochę – jak w naszym poczciwym Murzynku. Skąpaną w maśle, zanurzoną w mące – ale jednak… czekoladę. Ale potem, gdy z miną zblazowanego czekoladowego znawcy gotów już jesteś przełknąć chillibite i sięgnąć po następne… czujesz coś jeszcze. A to, co zaczynasz rozpoznawać, nie ma ściąć Cię z nóg swoją ostrością, ale z pewnością Cię zaskoczy – nie dlatego, że tam nie pasuje, ale dlatego, że tak dalece nie spodziewasz się tam tego znaleźć. I dopiero po chwili, gdy skonfundowany zajadasz już kolejną porcję, odkrywasz, że choć w zasadzie nie oczekiwałeś takiego połączenia, to jednak naprawdę Ci ono smakuje, nawet jeśli sam nie do końca rozumiesz, dlaczego. I widzisz tylko jeden sposób na rozwikłanie tej zagadki – jedząc chillibite za chillibite w nadziei, że odkryjesz, czemu właściwie czekolada i chilli tak dobrze do siebie pasują i tak miło razem obchodzą się z Twoim podniebieniem:)

Jak Wam już kiedyś pisałam, rzadko kiedy wiernie podążam za przepisem – w tym jednak wypadku zrobiłam wszystko zgodnie z oryginalnymi zaleceniami. Jedyne modyfikacje, jakie wprowadziłam, to rozpuszczenie czekolady w kąpieli wodnej, zamiast w mikrofalówce (bo takowej, o dziwo, nie posiadam) i… (trochę przez pomyłkę) zastąpienie czekolady deserowej czekoladą gorzką. Choć wyszło tak przez przypadek, planuję chyba trzymać się tego przepisu, bo chillibites wychodzą wtedy bardzo wytrawne… a ja nie przepadam za słodkościami, przynajmniej czekoladowymi. Ale Wam pozostawiam wybór w zależności od tego, jaki smak pasuje Wam najbardziej. Ważna informacja dla osób uczulonych na produkty z krowiego mleka – masło można zastąpić podwójną porcją gorzkiej czekolady (upewnij się tylko, że mleka nie ma w jej składzie – spokojnie daje się takie znaleźć, wiem bo próbowałam:)) Za pierwszym razem zrobiłam chillibites w wersji najbardziej klasycznej; za drugim - spróbowałam modyfikacji polecanych przez ChilliBite (dodałam wiśnie i trochę więcej chilli) i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Z tym, że o ile dodanie owoców (wiśni lub malin) polecałabym Wam za każdym razem, o tyle z dodawaniem chilli trzeba uważać… klasyczny przepis pozwala osiągnąć efekt, który powinien zachwycić nawet niezaprzyjaźnionych z chilli smakoszy. Większa ilość mnie osobiście smakuje jeszcze bardziej, ale zdaję sobie sprawę, że to już coś dla koneserów ostrości;)


Na ok. 70 szt. chillibites potrzebujesz:

200 g czekolady (ChilliBite używa deserowej, ja wzięłam gorzką)
200 g masła (dla nabiałowych alergików: zastąpcie drugą porcją gorzkiej czekolady)
200 g cukru
25 g kakao
25 g mąki (tak tak, dwadzieścia pięć gramów, nie brakuje tu zera!)
5 jajek
2-3 łyżeczki chilli (za pierwszym razem dodałam „ostrożne” 3, za drugim – kopiate 3 i pół;)
maliny lub oczyszczone z pestek wiśnie (mogą być mrożone)

Piekarnik rozgrzej do 200º C. Czekoladę i masło rozpuść w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce (ChilliBite zaleca 3 x 30 s, mieszając między kolejnymi etapami). Przełóż do dużej miski, którą również ustaw nad delikatnie parującym garnkiem (może być w nim po prostu gorąca woda, lub leciutko tylko wrząca). Dzięki temu czekolada nie będzie zbytnio zastygać. Dodaj kakao i cukier, następnie wymieszaj. Następnie, pojedynczo, wbijaj jajka, cały czas mieszając i uważając, by się nie ścięły!!!!!!!! Zdejmij znad pary, dodaj mąkię i chilli i dokładnie przemieszaj (ja robię to mikserem, najniższych obrotach). Powstała masa będzie bardzo rzadka. Przelej ją do dzbanka lub starodawnej miarki kuchennej (ma podobny kształt;)). Jeśli je macie, to chillibites najlepiej ponoć piec w foremkach do mini muffinek (wtedy napełnijcie je do ok. 1/3 wysokości); ja użyłam papierowych foremek do dużych muffinek i po prostu napełniłam masą samo denko – chillibites powinny być na jeden kęs, a w czasie pieczenia bardzo urosną:) Jeśli chcesz dać owoce, ułóż je albo na dnie foremek jeszcze przed wlaniem masy, albo (już po wylaniu) na sam wierzch, jak kto woli:) Wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 10-12 minut, ale – jak uprzedza ChilliBite: „Wierzch ciasteczek powinien być już suchy, ale wnętrze pozostać wilgotne i miękkie. Lepiej ich nie dopiec, niż przesuszyć. Po upieczeniu pierwszej partii już będziesz wiedzieć ile dokładnie czasu należy je piec.”

Po wyjęciu z piekarnika ostrożnie wyjmuj ciasteczka z foremek, jeśli trzeba, podważając łyżeczką. Pozostaw do ostygnięcia, a następnie schowaj i przechowuj w puszkach, na bieżąco wykładając je na patery lub tace. Są po prostu wspaniałe, choć – uwaga – naprawdę uzależniają!

wtorek, 28 grudnia 2010

Christmas Pudding, czyli pijane bakaliowe „coś”... i kilka słów o nowym Jamiem

Mam nadzieję, że Święta minęły Wam w dobrej, rodzinnej, ciepłej atmosferze. Moje były piękne i śnieżne, pełne pysznego jedzenia, które szykuje się tylko raz lub dwa razy w roku. Prócz innych wspaniałych prezentów znalazłam pod choinką dwie książki z przepisami kuchni azjatyckiej, które z pewnością zawitają wkrótce na łamach Delikatesów.

W stosiku prezentów pewnego członka rodziny podejrzałam natomiast inny świetny kulinarny kąsek: Jamie’s 30 Minute Meals, czyli najnowszą książkę wiecie-kogo. Dopiero niedawno wyszła w UK i o ile wiem, nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia, ale odkąd Amazon wprowadził bezpłatną dostawę większych przesyłek do Polski, łatwo zamówić oryginał, lub poczekać kilka miesięcy, bo zapewne tylko tyle zajmie lokalnym wydawcom edycja polskiej wersji:) Książka jest fenomenalna i stanowi świetną inspirację dla wszystkich tych, którzy lubią dobrze gotować i dobrze jeść, nawet, jeśli na co dzień nie mają czasu, by godzinami siedzieć w kuchni.

 
I jeszcze kilka zdjęć ze środka... jak widać, w pół godziny wiele daje się zrobić (choć trzeba wziąć poprawkę na to, że w Anglii wiele produktów jest tak przygotowanych do sprzedaży, że znacznie skracają czas gotowania...)






Na naszym świątecznym stole pojawiło się wiele pysznych potraw, ale zdecydowanie najciekawszą był angielski Pudding Bożonarodzeniowy, wykonany przez naszego Bardzo Ważnego Gościa z Wysp. Zrobiony z bakalii i skąpany w rumie jest naprawdę wyśmienity, choć – jak mówią Anglicy – to naprawdę acquired taste, czyli specyficzny smak, do którego nieraz długo trzeba się przekonywać. I rzeczywiście – gdy pierwszy raz spotkałam się z Christmas Pudding wiele lat temu w Anglii, nie zachwycił mnie zupełnie. Ale z upływem czasu i każdym kolejnym kęsem CP smakuje mi coraz bardziej. Podany z sosem waniliowym, lodami, śmietanką – wychodzi naprawdę wyśmienicie.

Napisałam, że CP to bakaliowe „coś” i rzeczywiście, tak właśnie jest. Trudno powiedzieć, że to ciasto – to bardziej zlepek orzechów, rodzynek, skórki pomarańczowej i innych słodkich pyszności, związanych masą naleśnikową i masłem. A że pijane? No pewnie, że pijane – jakby nie było, przez trzy miesiące przesiąkało systematycznie dolewanym rumem.

Nie będę teraz podawać Wam przepisu na Christmas Pudding – choć robi się go z dużym wyprzedzeniem i długo trzyma, by dojrzał, większy sens będzie miało, jeśli wrócę do sprawy na jesieni, gdy czas po temu będzie odpowiedni – i mam nadzieję, że wtedy wspólnie przygotujemy pudding. Dla mnie będzie to debiut tak samo, jak dla Was!

Choć to nie ja przygotowywałam go w tym roku muszę przyznać, że zdecydowanie warto – jest pyszny, ma głęboki, rumowy smak i stanowi wspaniałe antidotum na typowe świąteczne zasłodzenie, do którego nieustannie dochodzi po spożyciu wszystkich makowców, serników i keksów. A gdy podaje się go na stół i podpala, po raz ostatni podlawszy uprzednio alkoholem – efekt jest naprawdę świetny.

Poniżej zdjęcia – obawiam się, że niezbyt efektowne, ale w Święta tyle się działo, że dosłownie w ostatniej chwili zdążyłam złapać za aparat, gdy pudding pojawił się na świątecznym stole.


I jeszcze zapalone...

piątek, 24 grudnia 2010

A Very Merry (English) Christmas to You All, czyli życzenia i tarta bakaliowa z Mincemeat w prezencie:)


Słyszeliście kiedykolwiek o mince pies? To słodkie babeczki z nadzieniem z bakalii i brandy, jeden ze sztandarowych słodkich przysmaków Bożonarodzeniowych w Wielkiej Brytanii. Mincemeat, czyli nadzienie babeczek, oznacza właściwie mięso mielone. W dawnych, staroangielskich czasach rzeczywiście była to zaskakująca mieszanka mięs, owoców i korzennych przypraw, ale dziś – to najczęściej owocowo-bakaliowa symfonia smaków, podlana alkoholem (choć nawet współcześnie zdarza się spotkać wykwintne, historyczne wersje mince pies z dziczyzną lub wołowiną).

Uwielbiam, uwielbiam, UWIELBIAM mince pies, choć w Polsce trudno się oczywiście na nie natknąć. Co prawda są dla mnie trochę za słodkie (nie jestem wielką fanką słodyczy), ale i tak – smakują wspaniałe. Dlatego miałam wielką nadzieję, że w jakiś sposób zaistnieją w tym roku na świątecznym stole, i tak się stało. Dotarły do mnie z Anglii dwa słoiki pysznego Mincemeat i planowałam zrobić z niego tradycyjne mince pies. Natknęłam się jednak na ten wspaniały przepis na blogu Moje Wypieki i postanowiłam go wypróbować, choć z pewnymi małymi modyfikacjami.

Jest szybki, bardzo efektowny i baaaaardzo angielski, mimo, że w wersji fusion;)            

Mincemeat trudno kupić w Polsce, ale w Anglii już od wakacji mają je w prawie każdym sklepie. Jeśli więc Wy lub ktoś z Waszych znajomych będziecie wybierać się w tamtą stronę, koniecznie zaopatrzcie się w słoik lub dwa. A jeśli nie – warto sprawdzić w okolicach Bożego Narodzenia w spożywczym dziale Marks & Spencer’s, powinni mieć:)

800 g ciasta francuskiego (kupuję mrożone i zostawiam do rozmrożenia)
800 g Mincemeat (2 słoiki)
2 garście orzechów włoskich, posiekanych
2 łyżki skórki pomarańczowej
1 jabłko, pozbawione gniazda nasiennego pokrojone w kostkę
1 białko
½ szklanki mleka
Foremki świąteczne – gwiazdki, serduszka czy co tam lubicie najbardziej:)

Lukier:

Sok z ½ cytryny
5-6 łyżek cukru pudru
ciepła woda (w razie potrzeby, do roztarcia cukru)

Piekarnik rozgrzejcie do temp. 220° C. Blachę wyłóżcie papierem do pieczenia, i ułóżcie na nim ciasto, odkrawając hojny kawałek, z którego wytniecie foremkami gwiazdki lub inne piękne kształty. Na cieście rozprowadźcie Mincemeat, posypcie orzechami, jabłkami i skórką pomarańczową. Z odłożonego ciasta wytnijcie piękne kształty i przyozdóbcie nimi tartę. W kubeczku rozbełtajcie białko z mlekiem i posmarujcie pędzelkiem wierzch tarty (szczególnie ciasteczkowe gwiazdki), by tarta się przyrumieniła. Następnie całość włóżcie do piekarnika i pieczcie przez ok. 20 minut.

Gdy tarta wystygnie, polukrujcie ją: cukier puder rozetrzyjcie z sokiem z cytryny i (ewentualnie) z odrobiną wody, następnie udekorujcie nim ciasto.

Gotowe!



No cóż, pozostaje mi życzyć Wam

Radosnych, Zdrowych, Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia i Wspaniałego Nowego Roku 2011. Choć trudno w to uwierzyć, wchodzimy właśnie w drugą dekadę XXI wieku!



wtorek, 21 grudnia 2010

Świąteczne pierniczki


Bożonarodzeniowe pierniki pieczemy i zdobimy w naszej rodzinie od wielu, wielu lat. Byłam jeszcze zupełnie malutką dziewczynką, gdy zrobiliśmy je po raz pierwszy. Robienie ciasta należało co prawda do mojej Mamy (no, właściwie dotąd troszkę tak jest;)), ale już wycinanie kształtów, pieczenie i lukrowanie było domeną nas, dzieci:) Zdobiliśmy je zawsze z moim Bratem dzień-dwa po upieczeniu, i nieodmiennie zapraszaliśmy wtedy Asię i Zbyszka – naszych przyjaciół z podwórka i nie tylko z podwórka:) No i potem zawsze było tak, że nasza czwórka gromadziła się przy kuchennym stole i małymi rączkami dekorowała pierniczki w najpiękniejszy – jak nam się wtedy wydawało – sposób. Krótko mówiąc, każde z nas nacierało na biedne małe ciasteczka, uszczęśliwiając je lukrem w trzech kolorach, rodzynkami, orzeszkami i – co najważniejsze – wielobarwną cukrową posypką. Dopiero wtedy pierniczki były naszym zdaniem wystarczająco „ładne”, i w ogóle nie przeszkadzał nam fakt, że były zdecydowanie za słodkie od całego tego lukru, i że od samego patrzenia na nie można było dostać oczopląsu;)
 
Jak widać lata lecą, ale w sumie nic się fundamentalnie nie zmienia. Może i zdążyliśmy dorosnąć, może nasze pierniczki są mniej polukrowane, a za to bardziej estetyczne – ale tak samo dekorujemy je wokół kuchennego stołu na kilka dni przed Wigilią. Nie było tylko A i Z (jeśli to czytacie, pamiętajcie – brakowało mi Was wczoraj, ale za to cały czas stawały mi przed oczami te nasze dziecięce piernikowe poczynania:)) Bardzo dziękuję artystom lukro-malarzom – w sumie najładniejsze pierniki wcale nie były moje:)


Pamiętajcie – jeszcze wcale nie jest za późno, bo zrobić świąteczne pierniczki! Poniższy przepis jest łatwy, prosty i - co najważniejsze – błyskawiczny. Od razu przyznam, że przygotowanie ciasta to przede wszystkim zasługa mojej Mamy – ja co prawda powiedziałam, co chciałabym do niego dodać, ale to Mama włączyła te moje postulaty do przepisu, który następnie zrealizowała:) W zakresie doboru przypraw inspiracją był dla nas przepis Agnieszki Kręglickiej, który zamieściła na swoim blogu Nina. Jeśli jednak chodzi o samo ciasto, użyłyśmy przepisu na kruche ciasteczka, by było szybciej i wygodniej. Rezultat – muszę przyznać – rewelacyjny, zwłaszcza, że w przedświątecznym ferworze możliwość uproszczenia receptury bez szwanku dla jakości potraw przydaje się bardziej niż kiedykolwiek.

Można dodatkowo uprościć sobie zadanie, wycinając kształty z gotowych foremek. W tym roku pożyczyłam naprawdę wypasione kształty od koleżanki i możecie zobaczyć je na zdjęciach (pochodzą z DUKA, ale nie widziałam ich już w sklepach od dobrego tygodnia). Natomiast wczoraj, już po upieczeniu pierników, natrafiłam w IKEI na zestaw, któremu nie mogłam się oprzeć. Naprawdę rozbroił mnie renifer, ale pozostałe kształty – wiewiórka, jeż, niedźwiadek i kilka innych – też są po prostu rozkoszne:) Jeśli wciąż nie kupiliście foremek, te z IKEI polecam bardzo gorąco – są przepiękne! Zresztą, co ja tu będę Was przekonywać – sami zobaczcie na zdjęciu:



Dlatego jeśli nie zrobiliście jeszcze pierniczków, albo nawet nie planowaliście ich robić – mimo wszystko upieczcie je koniecznie. Dla dzieci to wielka atrakcja (wiem, bo pamiętam, jak ważne było to dla mnie wiele lat temu), a dla dorosłych – to wspomnienia dzieciństwa, bajkowych Świąt i czasów, w których prezenty przynosił prawdziwy Święty Mikołaj, podjeżdżając pod dom saniami:)

Na ok. 80 pierników średniej wielkości:

60 dkg mąki pszennej
20 dkg masła lub (dla osób uczulonych na nabiał) 20 dkg smalcu, świeżo wytopionego ze słoniny)
2 jajka + 1 żółtko
20 dkg cukru
1 paczka przyprawy do pierników
2 łyżeczki mielonej gałki
1 łyżka mielonego imbiru
½ łyżeczki pieprzu
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
1 łyżka kakao
1 łyżka miodu
100 ml czerwonego wina

Lukier:

250 g cukru pudru
1 białko
gorąca woda (w razie potrzeby)

Piekarnik rozgrzej do temp. 180° C. Wino podgrzać z miodem, aż ten ostatni się rozpuści. Masło (lub smalec) zasyp mąką przesianą z proszkiem do pieczenia i rozetrzyj w rękach (jak przy kruchym cieście) aż całość przybierze konsystencję tartej bułki. Dosyp przyprawy, kawę i kakao. Dodaj jajka i żółtko i wyrabiaj, dodając wino z miodem. Jeśli po wyrobieniu masa jest zbyt wolna i lepka, podsyp mąką, aż ciasto przestanie się kleić do rąk (UWAGA! – mąkę dosypujcie bardzo małymi porcjami, bo na ogół wystarczy jej dodać bardzo niewiele). Wyrobione ciasto uformuj w kulę i odstaw w chłodne miejsce na pół godziny. Następnie od kuli odcinaj małe porcje i każdą cienko rozwałkuj na stolnicy, po czym foremkami lub nożem wycinaj dowolne kształty. Ogromną zaletą tego przepisu jest to, że ciasto nie będzie się rozpływać, więc spokojnie możesz tworzyć formy, jakie tylko Ci się podobają:) Wycięte pierniczki układać na blasze, wyłożonej uprzednio papierem do pieczenia. Piec przez ok. 5-10 minut. UWAGA – pierniczki stwardnieją dopiero po wystygnięciu, dlatego nie przejmujcie się, jeśli po wyjęciu będą bardzo miękkie – jeśli ciasto nie jest już surowe, to znaczy, że pierniczki są gotowe.

1-2 dni później dekoruj pierniczki orzeszkami, rodzynkami, kolorową posypką lub cukrowymi perełkami, a przede wszystkim – lukrem:) Cukier puder rozcieraj z białkiem (warto dosypywać go stopniowo, wtedy gładziej się rozetrze). Jeśli będzie zbyt gęsty – dodaj odrobinkę ciepłej wody. Dla uzyskania kolorowego lukru można dodać sok malinowy lub kilka kropel koncentratu buraczanego (róż), lub odrobinę soku ze szpinaku (zieleń).

Widzicie, jakie to proste?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...