Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytrusowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytrusowo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2011

Orient Express. Błyskawiczna zupa ostro-kwaśna.



Nawet przepyszne dania nie muszą oznaczać wielu godzin spędzonych w kuchni. Oczywiście – przecieranie warzyw, peklowanie pieczeni  czy lepienie kołdunów może dać wiele radości i satysfakcji, ale czasem wystarczy tylko dobry przepis, kilka składników i wolny kwadrans lub dwa, by stworzyć coś naprawdę smacznego.

Nieważne, czy jesteście mistrzami sztuki kulinarnej, czy tylko jej sympatykami lub początkującymi uczniami – ekspresowe gotowanie warto opanować! Jeśli rozsmakowujecie się w pieczeniu chleba i robieniu domowych przetworów – zachowajcie sobie błyskawiczne gotowanie na sytuacje awaryjne. Jeśli z kolei gotujecie mało lub wcale – zachęcam Was do opanowywania kolejnych prostych, niezawodnych, acz smacznych przepisów, które uchronią Was od życia na zamawianej pizzy i hamburgerach.

Ja sama ekspresowych przepisów poszukuję zawsze i wszędzie, bo to dzięki nim znajduję czas na gotowanie nawet kilkudaniowych posiłków dla siebie i innych :)

Specjalnie z myślą o Was (i o sobie;)) stworzyłam zakładkę „ekspresowo”, do której włożyłam wszystkie szybkie i proste przepisy na pyszne, lekkie dania – niektóre tradycyjne, inne mniej, ale każdy powinien znaleźć w nich coś dla siebie. Dzisiejszy przepis na chińską zupę ostro-kwaśną również się do nich zalicza. Wprawdzie na pierwszy rzut oka lista składników wygląda podejrzanie długo, ale zapewniam Was, że to tylko pozory:) Zatem – do dzieła!


Zupa pikantno-kwaśna*

Dla 6 osób

600 g filetów z piersi kurczaka
2+3 łyżki oleju (najlepiej arachidowego)
4 ząbki czosnku
2 szalotki lub 1 średnia cebula
5 łodyżek świeżej kolendry wraz z liśćmi, posiekanych
30 g świeżego imbiru, przekrojonego na kilka kawałków
2 papryczki chilli, posiekane
3 łodygi trawy cytrynowej
6 liści limonki kaffir
2 l bulionu warzywnego lub drobiowego
3 łyżki sosu rybnego
100 g makaronu sojowego
1 pęczek zielonej cebulki, pokrojonej po przekątnej)
sok z 1-2 cytryn
garść liści kolendry, posiekanych

1)      Filety z kurczaka pokrój na paski i wymieszaj w misce z odrobiną oleju oraz szczyptą soli i pieprzu. Odstaw na bok.
2)      Do blendera wrzuć kawałki imbiru, przekrojone na ćwiartki szalotki, czosnek i trawę cytrynową. Dolej kilka kropli oleju. Zmiksuj na gładką masę.
3)      W dużym garnku rozgrzej 2 łyżki oleju, następnie dorzuć posiekane chilli i kolendrę. Smaż przez ok. 20 sekund, po czym dodaj zmiksowaną pastę i smaż na mniejszym ogniu przez kolejną minutę.
4)      Do rondla dolej bulion i dorzuć liście limonki. Całość wymieszaj i doprowadź do wrzenia. Przykryj i gotuj na małym ogniu przez ok. 20 minut.
5)      Gdy zupa będzie się gotować, rozgrzej w woku 3 łyżki oleju. Wrzuć paski kurczaka i smaż przez ok. 3 minuty z każdej strony, tak, by się przyrumieniły. Gotowe kawałki kurczaka zdejmij z ognia i osusz z tłuszczu na bibule.
6)      Po upływie 20 minut dodaj do bulionu sos rybny i makaron i gotuj jeszcze przez 2 minuty. Następnie usuń liście limonki i dorzuć: kurczaka, plasterki cebuli, liście kolendry i sok z cytryny. Podawaj od razu.


*Przepis pochodzi z książki KUCHNIA AZJATYCKA, Wydawnictwo Olesiejuk 2009

niedziela, 8 maja 2011

Domowy majonez i kilka słów o Czterdziestolatku


Wróciłam. Tyle się ostatnio działo, że nie miałam kiedy spokojnie usiąść przed laptopem, ba, nie miałam nawet kiedy gotować albo fotografować. Brakowało mi tych moich blogowych chwil i cieszę się na nie ponownie, tak samo, jak cieszę się na nadchodzące lato, słońce i szparagi;)

Ale dziś jeszcze o majonezie. I o Czterdziestolatku;) Pamiętacie taki odcinek, w którym do Madzi przyjeżdża z wizytą rodzina? Nosi tytuł „Obcy w domu” i jest chyba moim ulubionym odcinkiem w ogóle. Do Stefana Karwowskiego,  przyjeżdża jego szwagier-prywaciarz z piękną żoną pod pachą i zrzędliwym ojcem, byłym leśnikiem, dla którego wszystko co dobre odbyło się przed wojną, po wojnie zaś – nastały czasu, które skomentować można tylko w jeden sposób: ręce opadają – po prostu lipa i tyle.

Stefcio ma więc przechlapane – dla szwagra-prywaciarza jest frajerem, który za małe pieniądze zapracowuje się na państwowej budowie, zamiast – tak jak on – zrobić kasę na broilerach, królikach lub szklarniowych hodowlach. No a dla teścia – to już w ogóle szkoda gadać. Dla teścia jest może i ideowcem, ale stojącym po niewłaściwej stronie barykady, a do tego ideowcem całkowicie niezaradnym, bo na mikrej państwowej pensyjce; inaczej niż jego niedoszły zięć Bronek, dyrektor lasów państwowych, który kupił sobie piękne auto, postawił wspaniały dom i najlepiej w okolicy wychował dzieci.


No ale Madzia Karwowska, choć przez ojca i brata traktowana trochę bardziej ulgowo – w końcu to rodzina – też podpada szybko staremu leśnikowi. Czym? Ano, kupnym majonezem. - Czy majonez w tej salatce to kupny czy domowy? – pyta w serialu z wyraźnym wschodnim akcentem grający ojca Madzi Władysław Hańcza.
- Ano, kupny – odpowiada bezradnie jego córka.
- Iiiiii – krzywi się ojciec. – Wasza matka nigdy nie dopuścilaby do tego, żeby na jej stole pojawilo się coś kupnego.

Albo jakoś tak. Dla mnie ta właśnie scena przy stole, genialna w swej prostocie, wspaniale ukazuje polskie mechanizmy społeczne znane chyba każdemu: tarcia na styku teścia i zięcia, męża i szwagra (którzy trochę sobie dokuczają, ale trzymają po cichu sztamę) starszego i młodszego pokolenia, konserwatywnego i liberalnego podejścia…

Wracając zaś do majonezu, choć nigdy nie czuliśmy w domu wyrzutów sumienia z powodu obecności „kupnego” produktu w lodówce, to jednak z chwilą pojawienia się robota kuchennego postanowiliśmy zaryzykować domowy wyrób. I co? Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Majonez robi się błyskawicznie i bardzo łatwo, a smakuje o wiele lepiej, niż jakikolwiek produkt sklepowy. Ma lekki smak i wspaniałą, piankowo-kremową konsystencję.

A co najważniejsze – czujesz się jak prawdziwa Domestic Goddess, która przed nikim nie musi świecić oczami za to, że posiłkuje się wyrobami przemysłu spożywczego…;)



Domowy majonez z trzech żółtek
Porcja na 1 słoik

3 żółtka*
125 ml oleju roślinnego
1-2 łyżki ulubionej musztardy (do smaku)
1 łyżka cukru (do smaku)
sok z 1/2 cytryny
opcjonalnie: czosnek, kapary lub świeże zioła

Żółtka, musztardę i cukier wrzuć do blendera. Nastaw na średnie ubijanie i małą strużką dolewaj olej przez mały otworek na górze (wiele nowych robotów kuchennych ma specjalne dozowniki, do których wlewa się od razu cały olej, przelewający się następnie przez malutki otworek do wnętrza blendera). Gdy cały olej zostanie dodany a majonez osiągnie właściwą konsystencję i żółtą, kremową barwę, wyłącz blender, dodaj sok z cytryny i ewentualnie dopraw do smaku (opcjonalnie możesz wtedy dorzucić dodatki wspomniane wyżej). Miksuj jeszcze przez chwilę, by przyprawy dobrze się wchłonęły, po czym podawaj od razu lub przechowuj w pasteryzowanym słoiku.

* można ewentualnie użyć całych jajek, wtedy konsystencja majonezu będzie mniej ubita.


poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Jogurt miodowo-waniliowy


Jak wiele innych propozycji w moim kuchennym repertuarze, także i tę przywiozłam do Polski z Anglii. Z Anglii – choć właściwie napój pochodzi z krajów śródziemnomorskich. No ale że z braku południowej pogody Anglicy muszą posiłkować się wszystkim, co mogłoby stanowić jakąś jej namiastkę, śródziemnomorskich akcentów Ci tam dostatek.

Pierwszy raz miodowo-waniliowy jogurt zobaczyłam na półce w supermarkecie – na tle innych produktów mlecznych zaliczał się zdecydowanie do tych bardziej wypasionych, był organiczny, produkowany przez niszowych dostawców i zawierał nasionka wanilii. Czasem pozwalałam sobie na jego kupno, choć w moim studenckim budżecie plasował się zdecydowanie jako luksus.


Aż kiedyś szukałam szybkiego i lekkiego deseru na kolację dla znajomych i przyszło mi do głowy, by wypasiony jogurt ze sklepowej półki zrobić w domu. Do dziś pamiętam tę bardzo miłą okazję… pamiętam też, że goście się zajadali. Od tej pory minęło już ładnych kilka lat, ja zdążyłam przenieść się z jednego końca Europy na drugi, a przepis towarzyszy mi przez cały ten czas.


Robi się go naprawdę ekspresowo, a smakuje… naprawdę nieziemsko. Jak nektar i ambrozja po prostu:) Jadłam też kiedyś gęsty jogurt naturalny polany obficie miodem i posypany orzechami (deser w jednej z greckich restauracji w Warszawie) – był pyszny, ja jednak jeszcze bardziej lubię właśnie wersję zmiksowaną:) Spróbujcie koniecznie!

A już wkrótce podzielę się z Wami prawdziwym wielkanocnym rarytasem, czyli błyskawicznym przepisem na domowy majonez. Zapraszam!


Na 1 dzbanek jogurtu:

1 l jogurtu naturalnego, najlepiej greckiego
4 łyżki miodu
16-20 g cukru waniliowego (można zastąpić pesteczkami ze strąka wanilii, ja jednak wbrew pozorom wolę właśnie cukier waniliowy)
2-3 łyżki cukru
Sok z ½ cytryny

Składniki wrzuć do blendera lub malaksera. Całość zmiksuj na napój o gładkiej konsystencji (najlepiej miksować bardzo krótko i na średnich obrotach, tak, by nie zaczęła ubijać się pianka). Napój podawaj schłodzony, ze świeżymi owocami i/lub kruchymi ciasteczkami.


środa, 30 marca 2011

Sałatka z karmelizowanych gruszek, bekonu i niebieskiego sera



Nareszcie przyszła do nas wiosna – tak naprawdę. W moim komputerze jeszcze wiele zdjęć zimowych dań, którymi nie zdążyłam się z Wami podzielić, a tu nagle zrobiło się ciepło i słonecznie – w sam raz na coś lekkiego i kolorowego:)

Ten weekend należał więc do sałaty (noooo, a w każdym razie niedziela należała – w przypływie wyrzutów sumienia po sobotnim łakomstwie;)). Już wiele lat temu we Francji i w Belgii odkryłam, że sałata jest podłożem do rewelacyjnych dań – smacznych, urozmaiconych, a przy tym błyskawicznych. Może być kanwą dla wielu ciekawych połączeń, także tych, które stosujesz również w innych potrawach. Dzisiejsza kompozycja też do takowych należy, bo ostry niebieski ser i słodkie owoce świetnie ze sobą współgrają niezależnie od tego, czy towarzyszy im sałata, czy nie. A mimo to – na sałacie gruszki, ser i bekon zyskują nowy wymiar zarówno pod względem tekstury, jak i smaku, mogą poza tym stanowić pełnowartościowe danie, którym wszyscy będą się zajadać w (nareszcie) cieplejsze dni.


Przygotowanie tej sałatki to dosłownie kilka naście minut, a dobre wrażenie wśród gości – murowane. Spróbujcie koniecznie:)

Dla 4 osób:

1 duża główka sałaty lodowej lub 1 opakowanie mieszanki sałat
20 dkg bekonu wędzonego, pokrojonego w kostkę
20 dk niebieskiego sera (najlepiej Gorgonzoli, Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert, sera Rokpol lub Lazur), pokruszonego na kawałki.
4 duże gruszki, pozbawione pestek i pokrojone w ćwiartki
2 łyżki miodu
1 łyżka słodkiego sosu chilli (opcjonalnie)

Dressing:
4 łyżki oliwy
sok z ½ cytryny
1 łyżka cukru
1 łyżka sherry (opcjonalnie)

Krem balsamiczny:
150 ml octu balsamicznego
75 ml miodu

1)      Piekarnik nagrzej do 180° C. W żaroodpornym naczyniu umieść gruszki, zalej miodem, sosem chilli (opcjonalnie) i oliwą z oliwek. Wstaw całość do pieca na ok. 20 minut.
2)      W misce połącz składniki dressingu, po czym dodaj sałatę i (najlepiej rękoma) całość wymieszaj.
3)      Na patelni usmaż bekon, po czym odsącz go na ręczniku papierowym
4)      Przygotuj krem balsamiczny: w garnuszku podgrzewaj wolno ocet balsamiczny i miód, cały czas mieszając, aż powstanie gęsty, słodki sos.
5)      Rozłóż 4 talerze; na każdym zrób smugi z kremu balsamicznego, połóż sałatę, kilka kawałków gorącej gruszki, chrupiące kawałki bekonu i okruchy niebieskiego sera. Polej z wierzchu gęstym kremem balsamicznym.
6)      Podawaj od razu ze świeżym pieczywem lub tostami czosnkowymi.

środa, 23 lutego 2011

Cytrynowy kurczak z szynką Serrano i tymiankiem


Macie swojego kulinarnego idola? Bo ja mam, i to aż dwóch! Jeden to niejaki Heston Blumenthal,  kulinarny eksperymentator-wynalazca, który najbardziej ze wszystkiego lubi wybuchy i ciekły azot. Odkryłam go nie tak dawno temu, ale zachwyciłam się aż po sam sufit. Jego kolacja à la Charlie i fabryka czekolady z przystawkami zlizywanymi ze ściany, albo zupa „zjedz mnie” w stylu Alicji w Krainie Czarów, którą musisz najpierw zaparzyć w dzbanuszku niczym popołudniową herbatę – to naprawdę było coś. Ponieważ jednak kulinarne dokonania Hestona nie tak łatwo odtworzyć w zaciszu własnej kuchni, gotując, częściej inspiruję się przepisami mojego idola numer 2, czyli Jamiego O. Poniższa potrawa pochodzi z jego książki Ministry of Food (Każdy może gotować), którą zdecydowanie polecam wszystkim chętnym zgłębiania tajników przygotowania sztandarowych, acz niekoniecznie często przygotowywanych samemu dań. Książka świetnie sprawdzi się też tym z Was, którzy gubią się w nieraz dość ogólnych i skrótowych przepisach w książkach kucharskich – w Ministry of Food Jamie szczegółowo opowie Ci o przygotowaniu każdej potrawy, krok po kroku, informując Cię nawet, kiedy masz coś zamieszać albo doprawić:)

Poniższy przepis świetnie nada się na ważną kolację dla gości lub na spotkanie dla przyjaciół. Jego niekwestionowaną zaletą jest to, że przygotowanie jest łatwe i szybkie, zaś efekt – wyśmienity. To naprawdę pyszna potrawa, polecam ją Wam bardzo! Na ogół robię do niej risotto z gruszkami i serem gorgonzola, o którym opowiem Wam już niedługo:)


Dla 4 osób:

1 kg piersi kurczaka
10 dkg szynki Serrano lub parmeńskiej, pokrojonej w cienkie plasterki
2-3 łyżki tartego parmezanu
2-3 łyżki otartej skórki z cytryny
garść listków świeżego tymianku
sok z ½ cytryny
sól
świeżo zmielony pieprz
Oliwa z oliwek (do smażenia)


Kurczaka oczyść z błonek i chrząstek, każdą pierś przekrój na 2 lub 3 części. Pobij kawałki kurczaka, aż będą cienkie, następnie wszystkie powstałe w ten sposób kotlety rozłóż na jednej desce/tacy/talerzu (nie kładź jednych kotletów na drugich!). Każdy z kawałków posyp solą, pieprzem, skórką z cytryny, parmezanem i listkami tymianku. Skrop kilkoma kroplami oliwy, po czym na wierzchu każdego z kotletów połóż plasterek szynki, tak, by dobrze przykrył kotlet. Dociśnij szynkę do kurczaka, następnie przykryj kotlety folią, jeszcze raz dociśnij, i odstaw do lodówki na min. 1 godzinę.

Na patelni rozgrzej oliwę. Gdy będzie już gorąca, kładź na niej kotlety, szynką do dołu, i smaż przez ok. 2-3 minuty, w zależności od wielości kawałków kurczaka. W czasie smażenia podlej częścią soku z cytryny. Następnie odwróć kurczaka i smaż po drugiej stronie przez mniej-więcej tyle samo czasu, również podlewając sokiem z cytryny w trakcie smażenia.

Podawaj z listkami świeżego tymianku, w towarzystwie swojego ulubionego białego wina!

sobota, 19 lutego 2011

Cytrusowa tarta z kremem mascarpone


Ostatnio jestem w ciągłym niedoczasie. Tyle do zrobienia, a życie nie chce zwolnić, by się dostosować;) Tym ważniejsze są te chwile, gdy możemy choć na krótko zatrzymać się, odpocząć, i porozkoszować tym, co piękne, choć pozornie przyziemne.

Czas na relaks to dziś dobro deficytowe. Gdy byłam na studiach, nawet nie zauważałam nieraz, jak szybko potrafi lecieć przez palce, gdy mamy go dużo. A potem nagle, pewnego dnia przestajemy już tyle go mieć, i wtedy każda spokojna chwila staje się na wagę złota.

Zawsze uwielbiałam gotować, zawsze uwielbiałam piec. Nigdy nawet nie przychodziło mi do głowy, że mogłoby zabraknąć mi na to czasu. Dziś wiem, że gotowanie to też przywilej:) Przywilej, który chcę sobie zapewniać nawet wtedy, gdy - w czasowej walucie:) – kosztuje mnie to dużo.

Moje dania są na ogół szybkie i łatwe – nie bez powodu. Tylko na to mogę sobie pozwolić, ale nie uważam, że to źle. Tak długo, jak długo możemy cieszyć się dobrym, własnoręcznie przyrządzonym posiłkiem w gronie bliskich nam osób, życie posiada dodatkowy, piękny wymiar:)

Wiem, że skoro tu zaglądacie, lubicie zapewne gotować i robicie to często. Ale może być i tak, że należycie do osób, które o jedzeniu lubią czytać, lecz boją się gotować z powodu braku czasu i umiejętności. Być może ktoś Wam kiedyś powiedział, że się do tego nie nadajecie, albo wmówił, że tylko bardzo wymyślne i organiczne jedzenie może naprawdę dobrze smakować. Nic bardziej błędnego. W gotowanie musicie włożyć przede wszystkim pasję – swoją miłość do życia, do jedzenia… i do ludzi, których chcecie nakarmić. I wtedy nawet najprostszy przepis wyjdzie Wam rewelacyjnie – tylko nie bójcie się spróbować!

Dzisiejsza tarta właśnie taka jest – prosta, szybka, ale bardzo smaczna. Nigdy nie umiałam pięknie dekorować tortów ani godzinami wyrabiać kremów. Robię więc to, co potrafię. Albo, mówiąc inaczej – to, na co mnie stać – w walucie zarówno talentowej, jak i czasowej.

Cytrusowa tarta z kremem mascarpone*

1 opakowanie ciasta francuskiego, rozmrożone
3 opakowania serka mascarpone
2 dojrzałe owoce mango (lub zawartość 2 mango z puszki)
sok z ½ cytryny
kilka kropli esencji cytrynowej
2-3 opakowania cukru waniliowego (do smaku)
2 żółtka (opcjonalnie)
1 łyżeczka żelatyny, rozpuszczona w wodzie
3 duże pomarańcze
3 łyżki miodu
4 łyżki cukru

Zacznij od przygotowania kremu. W blenderze zmiksuj mango i miąższ z dwóch pomarańczy (usuń wcześniej pestki!). Przelej do dużej miski, dodaj mascarpone, cukier, sok z cytryny oraz rozpuszczoną w wodzie żelatynę (opcjonalnie) i miksuj na jednolity krem. Jeśli powstałą masa będzie za rzadka, dodaj dwa żółtka i ubijaj dalej. Spróbuj i w razie potrzeby dodaj do smaku kilka kropel esencji cytrynowej i więcej cukru waniliowego. Schładzaj w lodówce. Jeśli dodałeś żelatynę, schładzaj przez co najmniej 1-2 godz.

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż papier do pieczenia, następnie wyłóż na nim ciasto francuskie. Nie musisz zawijać pionowych „krawędzi” z ciasta. Wierzch ciasta posyp równomiernie 2 łyżkami cukru, a następnie wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 15-20 minut, aż ciasto ładnie się przyrumieni a cukier – skarmelizuje. Wyjmij ciasto z piekarnika i „ubij” widelcem (nie przejmuj się, że urosło podczas pieczenia, wykorzystasz to w przepisie!). Powstałe w ten sposób, „ubite” kawałeczki – skrawki ciasta odłóż na bok.

Pozostałe pomarańcze obierz ze skórki i pokrój w plasterki. Na patelni rozgrzej miód z odrobinką wody, następnie skarmelizuj w nim pomarańcze i odstaw do ostygnięcia.

Na tarcie ułóż krem i skarmelizowane pomarańcze, posyp odłożonymi wcześniej skrawkami ciasta. Nawet ja (osoba o ambiwalentnym stosunku do ciast i słodkości) muszę przyznać, że smakuje naprawdę wyjątkowo:))))))) Może nie jak ambrozja, ale jednak bardzo, bardzo blisko:)

* przepis wymyśliłam sama, ale inspirowałam się dwoma innymi: tym na tort cytrusowy Anny tym na krem kataloński ze skarmelizowanymi pomarańczami autorstwa lo.

wtorek, 25 stycznia 2011

Biała czekolada i pomarańcze, czyli ambrozja w cieście


Zastanawialiście się kiedyś, jak smakowały nektar i ambrozja? Ja myślę o tym bardzo często.

Mitologia grecka niewiele o nich mówi, poza tym, że były godne podniebienia olimpijskich bogów i dawały im nieśmiertelność. Ja wyobrażam je sobie jako lekkie, z lekka kremowe, kwiatowo-owocowe i delikatnie, acz wyraziście słodkie. Choć tak naprawdę trudno natknąć się na coś, co właśnie tak by smakowało. Ja więc moich kandydatów na olimpijski pokarm typuję empirycznie – czasem po prostu próbuję czegoś i myślę sobie – o! Tak mogłoby właśnie smakować to, co wedle starożytnych Greków Zeus czy Atena jadali na śniadanie:) Przyznam, że niewiele takich smaków póki co odkryłam, a nawet – by pokusić się o większą precyzję – odkryłam ich dokładnie dwa. Jeden to deserowe wino Moscatel – słodkie (acz zadziwiająco lekkie), z wyraźną nutą miodu, kwiatów, owoców, i czegoś jakby… no właśnie, jakby kremowego lub śmietankowego (choć oczywiście ani krzty nie ma w nim ani śmietany, ani masła). To jeden z najcudowniejszych, najpiękniejszych, najlepiej skomponowanych smaków, jakie kiedykolwiek miałam w ustach… i nieraz myślę, że jakoś tak właśnie musiał smakować nektar.

A ambrozja? Ambrozja to dla mnie smak białej czekolady – słodkiej, ale lekkiej, śmietankowo-kremowej, rozkosznie innej niż wszystko, czego zdarzyło mi się próbować… i takiej niby-kwiatowej, choć kwiatów w niej przecież nie uświadczysz. Ale biała czekolada to nie wszystko – w ambrozji powinna być jeszcze dla mnie wyraźnie owocowa nuta, najlepiej taka świeża, cytrusowa…taka biała czekolada „z czymś”. I tym czymś są dla mnie właśnie pomarańcze.

Gdy więc zobaczyłam u Moniki przepis na ciasto z białą czekoladą i pomarańczami, wiedziałam, że muszę jak najszybciej je upiec. I upiekłam. Wyszło… naprawdę rewelacyjnie. Robi się je łatwo i szybko, a smakuje… po prostu…CUDOWNIE.

Upieczcie razem ze mną, a sami się przekonacie:)


Ciasto z białą czekoladą i syropem pomarańczowym (przepis z małymi modyfikacjami):

185 g masła
1 szklanka mleka
¾ szklanki cukru
2 małe opakowania cukru waniliowego
150 g białej czekolady
2 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka

Syrop:

1 szklanka soku z pomarańczy
½ szklanki cukru
skórka z 1/2 pomarańczy, pozbawiona białych części i pokrojona w cieniutkie paseczki

Nagrzej piekarnik do 180° C. W rondelku podgrzej na malutki ogniu masło, mleko i czekoladę, aż składniki się rozpuszczą i połączą (ale nie powinny zacząć wrzeć!). Zdejmij z ognia i odstaw, aż masa lekko ostygnie. Do dużej miski przesiej mąkę i dodaj proszek do pieczenia, następnie wbij jajka i odrobinę masy czekoladowej. Miksuj całość na niewielkich obrotach, stopniowo dolewając czekoladową substancję, aż wszystkie składniki się połączą powstanie równomierna masa. Dodaj cukier (zwykły i waniliowy) i miksuj jeszcze przez chwilę, do całkowitego wymieszania składników. Masę przełóż do formy wyłożonej papierem do pieczenia (to ważne, bo potem ciasto trzeba będzie zalać syropem, i dzięki pergaminowi nie przyklei się do formy) i wstaw do piekarnika na ok. 70 minut, po czym wyjmij, sprawdź, czy się upiekło, do końca wbijając w nie patyczek (jeśli patyczek wyjdzie suchy, ciasto jest gotowe, jeśli obklejony – ciasto potrzebuje jeszcze dopieczenia). Jeśli ciasto wciąż nie będzie gotowe, przykryj je z góry papierem, po czym ponownie wstaw do piekarnika na ok. 20 min., by się dopiekło (czas podaję orientacyjny, w rzeczywistości może to zająć odrobinę krócej lub dłużej, wiec monitoruj sytuację na bieżąco).

W międzyczasie przygotuj syrop. Do rondelka wlej sok z pomarańczy, dodaj cukier i skórkę z cytryny, po czym podgrzewaj na niewielkim ogniu, w razie potrzeby co jakiś czas mieszając, aż cukier się rozpuści, a syrop stanie się przezroczysty. Zdejmij z ognia i odstaw do ostygnięcia.

Gdy ciasto będzie gotowe, równomiernie i głęboko ponakłuwaj je nożem. Skórką z syropu udekoruj wierzch ciasta, następnie równomiernie zalej je pomarańczowym płynem (oryginalny przepis zakładał zalanie ciasta połową syropu i podanie drugiej połowy w sosjerce, by każdy mógł dodać sobie syropu na talerzu wedle uznania; ja od razu zalałam całością, ale decyzja należy do Was:)) Ciasto podawaj po ostygnięciu.


Miłego smakowania!


poniedziałek, 10 stycznia 2011

Quesadillas z cytrynowym kurczakiem i papryką


Dziś coś naprawdę łatwego i szybkiego. QUESADILLAS! Każdy, kto choć raz zetknął się z kuchnią meksykańską będzie wiedział, o co chodzi, bo to tamtejsza sztandarowa narodowa potrawa. Zasada jest prosta: dwie tortille i serowo-urozmaicone nadzienie między nimi. Podstawowa quesadilla może mieć sam ser, ale moim zdaniem dobrze jest czymś ją urozmaicić.  Tym razem wzięłam specjalnie przyprawionego kurczaka, zieloną paprykę i chilli, ale tak naprawdę można do niej włożyć wszystko – chorizo i cebulę, szynkę Serrano i szczypiorek, kukurydzę i czerwoną fasolę… Jednym słowem – do wyboru, do koloru! Informacja dla wegetarian – Quesadilla nie potrzebuje w sobie mięsa czy wędlin, by być pyszna – równie dobrze możesz naładować do niej mieszankę swoich ulubionych warzyw. Jedyny absolutnie niezbędny składnik – to ser:)

Jedna dobra rada – mimo pokusy, by włożyć tam baaaardzo dużo wszystkiego, lepiej z tym uważać, w przeciwnym razie placek może się łatwo rozpaść w czasie smażenia. Znowu – jedyne, czego nie należy żałować – to sera;) A to dlatego, że ser wspaniale spaja wszystkie składniki i przytwierdza nadzienie do tortilli, tworząc z nich prawdziwy warstwowy placek. Nie mówiąc o tym, że wspaniale ciąąąąąąąągnie się przy każdym ugryzieniu, jeśli jest go wystarczająco dużo:)


Przyrządzanie Quesadillas jest błyskawiczne i pozwala szybko wyczarować solidny posiłek, ale… ma jedną wadę. Bo przygotowanie tych placków to coś, na co po angielsku mówi się hands-on job, czyli szybkie lecz intensywne zadanie, nad którym, niestety, musisz stać – coś jak smażenie naleśników albo robienie sushi. Niby nie trwa długo, ale nie możesz odejść od niego nawet na chwilę, tym bardziej, że każdy szczegół przygotowań jest dokładnie rozplanowany czasowo. Tyle, że o ile przy sushi wszystko wkładasz na trochę do lodówki i podajesz później, w wypadku naleśników czy Quesadillas gotowe danie musisz stawiać na stole natychmiast – zapomnij więc o tym, że usiądziesz i spokojnie zjesz ze wszystkimi, bo ledwo usmażysz jeden placek, już musisz przygotowywać następny – inaczej temperatura potrawy spadnie, ser ostygnie i przyjmie konsystencję gumowatej podeszwy.

Mimo to – zdecydowanie warto! Quesadillas to kolejna po Risotto potrawa „towarzyska” (i to bardzo), warto więc pobawić się przy niej, zapraszając do domu kilkoro znajomych i wspólnie przygotowując placki w kuchni. Można mieć wyłożone talerzyki z różnymi dodatkami, samemu komponować składniki kolejnych Quesadillas i smażyć placuszki jeden po drugim.

Jest to też świetny finger food i choć nie proponowałabym Wam przygotowywania Quesadillas na dużą imprezę z przyczyn podanych powyżej, stanowią one świetną zakąskę (jeszcze przed przystawką) na kolacji dla kilkorga znajomych, lub miłą „przegryzkę” (tzw. nibble) na wieczór filmowy lub inne spotkanie w małym gronie, jako jedną z rzeczy, które stawia się na stole i powoli skubie przy drinku i rozmowach. W takim wypadku dobrze jest wszystkie Quesadillas przygotować troszeczkę wcześniej, usmażyć, pokroić w ósemki i wstawić do piekarnika o stosunkowo niskiej temperaturze tak, by placki utrzymały ciepło, ale się nie przypaliły.

Przygotowując Quesadillas, należy liczyć ok. 1-1,5 placka na osobę. Poniżej podaję przepis na 4 placki.


Quesadillas z cytrynowym kurczakiem i papryką

8 tortilli (dostępne w sklepach i działach supermarketów z międzynarodową żywnością)
2 piersi z kurczaka
0,5 kg dobrze topiącego się sera: np. cheddar’a, mimolette lub mozarelli (dobrze się stopi, choć jak dla mnie jest trochę zbyt łagodna)
1 zielona lub czerwona papryka
1 papryczka chilli
1 pęczek szczypiorku

Marynata:

Sok z ½ cytryny
2 łyżeczki ostrej papryki w proszku
1 rozgnieciony ząbek czosnku
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka słodkiego sosu chilli

Zacznij od przygotowania sobie wszystkich składników.

Kurczaka oczyść z chrząstek i błonek i pokrój w małą kostkę. Przełóż do miski, dodaj wszystkie składniki marynaty i całość dobrze wymieszaj. Odstaw do lodówki na ok. 30 minut, by smaki się przegryzły (UWAGA! – dla uzyskania bardziej intensywnego cytrynowego smaku, możesz dodać 1 łyżeczkę startej skórki z cytryny – ale ja nie dodaję, bo w Quesadillas aromaty poszczególnych składników nie powinny być zbyt intensywne). Następnie usmaż lub grilluj kawałki kurczaka, po czym odłóż na talerz wyłożony papierem, by odsączyć z nich tłuszcz.

Na tarce zetrzyj ser. Szczypiorek posiekaj. Zieloną paprykę pokrój w kostkę (uprzednio usuwając pestki), a chilli posiekaj naprawdę bardzo drobniutko, zostawiając lub usuwając pestki, w zależności od tego, jak ostra ma być potrawa.

Rozgrzej teflonową patelnię (nie dawaj tłuszczu!). Połóż na niej jedną tortillę, hojną warstwę sera, paprykę, chilli, szczypiorek i kawałki kurczaka. Przykryj kolejną warstwą sera i drugą tortillą, po czym dociśnij ręką, by topiący się ser zdołał skleić całość od środka. Następnie przewróć placek na drugą stronę (najtrudniejsza część, ale – jak przy naleśnikach – da się zrobić:)) i smaż jeszcze chwilę, aż całość się roztopi. Zdejmij z patelni, połóż na desce i pokrój ostrym nożem w trójkąty – czwórki, szóstki lub ósemki. Podawaj od razu z kwaśną śmietaną, salsą i guacamole.

Gotowe!

wtorek, 14 grudnia 2010

"Smak i zapach pomarańczy", czyli zimowa herbata


Moje przyjaciółki i ja mamy taki zimowy rytuał: regularnie spotykamy się w towarzystwie grzanego wina i specjalnej, wyśmienitej, słodko-kwaskowej, pachnącej goździkami herbaty – właśnie takiej, jaka kojarzy się z lekko baśniową, przedświąteczną atmosferą listopada i grudnia. Gdy więc niedawno zaprosiłam dziewczyny do siebie uznałam, że tradycji musi stać się zadość i nie obejdzie się bez naszego sztandarowego zimowego napoju. Świetnie popija się go przy kominku lub świecach, gdy na dworze mróz i śnieżyca, a w domu ciepło i przytulnie… no i jeszcze ten świąteczny zapach pomarańczy, unoszący się w całym mieszkaniu…:)

Moje drogie Dziewczyny, ten przepis dedykuję Wam – tym bardziej, że z powodu różnych logistycznych zawirowań nie udało nam się spotkać na naszą herbatkę ani w tym, ani nawet w zeszłym tygodniu... A dla Was wszystkich, którzy trafiliście na ten wpis mam piękną, bardzo „pomarańczową” piosenkę Tadeusza  Woźniaka, którą z pewnością znacie, a która szumi mi w głowie od kilku dni, czyli odkąd śpiewałam ją ostatnio na całe gardło w baaaaardzo wesołej atmosferze:)



Herbata zimowa, dla 4 osób:

1 l gorącej czarnej herbaty dobrej jakości i gotowej do wypicia (nie esencji!)
2 pomarańcze
2 jabłka
12 suszonych goździków
120 ml syropu malinowego

Pomarańcze pokroić na plasterki lub pół-plasterki, koniecznie prostopadle do ich „osi”, tak, by miały ładny wygląd. Usunąć pestki. Jabłka pokroić w pół-plasterki, usunąwszy gniazda nasienne. Przygotować 4 szklanki, do każdej wlać po 30 ml soku, następnie ostrożnie zalać herbatą do trochę ponad ¾ wysokości naczynia, tak, by herbata nie zmieszała się z sokiem, a podział między nimi był wyraźny. Do każdej szklanki wsypać 3 goździki i włożyć kilka kawałków pomarańczy i jabłka. Podawać z długiiiiimi łyżeczkami, koniecznie na spodeczkach, na które Wasi goście będą odkładać goździki i skórki po starannie wyjedzonych pomarańczach;) Do herbaty świetnie pasują imbirowe lub cynamonowe ciasteczka – jeśli je macie, koniecznie postawcie na stole!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...