Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finger food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finger food. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2011

Jedzenie Po Prostu. Bruschetta ze słodkimi pomidorami i gorgonzolą.


Zanim w ogóle przejdę do przepisu, a nawet do moich tradycyjnych około-kulinarnych wynurzeń, muszę się Wam do czegoś przyznać. Otóż - określenie „Bruschetta” jest w wypadku tego dania lekkim nadużyciem. Tradycyjna bruschetta to solidnej grubości grzanka z chleba, w którą wtarto świeży czosnek i hojnie polano oliwą, ewentualnie doprawiono solą i pieprzem… i dopiero tak przygotowana baza stanowi ramę dla ewentualnych dodatków – pomidorów i bazylii, szynki parmeńskiej, warzyw macerowanych w oliwie… dodanych na już upieczoną kromkę chleba. Nie jest natomiast bruschettą porcja pieczywa zapieczona z dodatkami… czyli właśnie to, co Wam dzisiaj proponuję;)

No, ale że ja w kuchni czuję się bardzo swobodnie, także i bruschettę mogę sobie przygotowywać tak, jak chcę. Zresztą – podstawowym powodem, dla którego lubię zapiekać słynne bruschettowe pomidory jest nie – przekora, ale gorzka świadomość, że dzisiejszym „tomatom” niejednokrotnie wiele brakuje do tego, by mogły zachwycać tylko i wyłącznie czarem własnego smaku. Odpowiednie ich przygotowanie, a następnie zapieczenie w piecu pozwala odtworzyć ten cudowny, słodko-kwaśny efekt, którego w świeżych pomidorach (nawet tych najlepszych) nie udało mi się znaleźć już od dawna.

No ale dość już o tym.

Bruschetta. Bułka z masłem. Kuchenna fraszka-igraszka, trochę jedzenie, a trochę takie fru-bździu – bo czyż przekąskę z chleba z dodatkami można nazwać posiłkiem? W pogoni za wyszukanymi potrawami od najbardziej wybitnych szefów kuchni zapominamy, że nieraz najsmaczniejsze rozwiązania to także te najprostsze. Trochę, jak w życiu – godzinami zadręczamy się poczuciem, że – by znaleźć sens życia - potrzebujemy „czegoś innego” albo „czegoś więcej”, podczas, gdy tak naprawdę to, co sprawiłoby nam najwięcej radości mamy dokładnie przed sobą – rozwiązanie tak genialne w swojej prostocie, że nawet nie pamiętamy, iż w ogóle istnieje.

Nie bójmy się więc żyć, jeść i gotować „po prostu”. Pewnie, że czasem fajnie spędzić nad nowym daniem trzy godziny, a wcześniej tydzień, by dobrać odpowiednie składniki… ale nieraz też to, co najlepsze, jest też najłatwiejsze i najszybsze w przygotowaniu.


Na 4 bruschetty potrzebujesz:

4 kromki pieczywa razowego, najlepiej na oliwie
3 niewielkie pomidory gruntowe, pokrojone w kostkę
Garść listków świeżej bazylii, posiekanych
50 g gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
1 łyżka octu balsamicznego
3 łyżki oliwy
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 drobno posiekana papryczka chilli (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
sól
świeżo zmielony pieprz


Piekarnik rozgrzej do temperatury 180º C. Do miseczki wrzuć pomidory, połowę czosnku, posiekaną paryczkę chilli (opcjonalnie), ¾ listków bazylii, ocet balsamiczny, cukier, 1 łyżkę oliwy, szczyptę soli i odrobinę świeżo zmielonego pieprzu. Całość wymieszaj i odstaw na 10 minut, by smaki się przeniknęły.

W cztery przygotowane kromki chleba wetrzyj pozostały czosnek i pokryj oliwą (ok. ½ łyżki na każdą kromkę, ale można oczywiście dać więcej). Ułóż na naczyniu żaroodpornym i zapiekaj pod grillem przez ok. 5 min. Następnie wyjmij naczynie z pieca i na każdej kromce umieść hojną porcję macerowanych pomidorów. Zapiekaj przez kolejne 6 minut. Wyjmij, na każdej kromce umieść kawałki gorgonzoli, po czym zapiekaj jeszcze przez 2 minuty.

Podawaj od razu, posypane listkami bazylii i świeżo zmielonym pieprzem. Jeśli chcesz, możesz dodatkowo polać bruschettę oliwą i octem balsamicznym, choć mnie wystarczają na ogół te ilości, które dodałam na początku.

niedziela, 22 maja 2011

Angielskie ciasteczka maślane o migdałowym posmaku



Pisałam Wam kiedyś o zamiłowaniu Anglików do herbaty i całej kolekcji herbacianych przysmaków, które w związku z tym wymyślili. Wśród nich scones i flapjack’i to zdecydowany hit, ale całkowicie ex aequo zaszczytne pierwsze miejsce w herbaciano-zakąskowym rankingu zajmują z nimi angielskie maślane ciasteczka. Są rewelacyjne. Po prostu – przepyszne. Jakby Wam to wyjaśnić? Leżą sobie na tacy czy talerzyku – złociste i pulchniutkie, choć raczej nieregularne w kształtach i wizualnie niedoskonałe. Raczej nie chwaliłby się nimi cukiernik francuski czy belgijski, i nie postawiłby koło bakaliowych tart lub palmière’ów. Ale weź tylko takie maleństwo do buzi, a zaraz zrozumiesz, dlaczego Anglicy tak je kochają. Choć na pierwszy rzut oka wydają się twarde i chrupiące, dosłownie rozpływają się w ustach, zostawiając rozkoszny, maślano-słodkawy smak. Mają aksamitną konsystencję i rewelacyjnie smakują zarówno jako „zagryzka” do herbaty, jak i maczane w ciepłych napojach.

A co naprawdę ważne – robi się je błyskawicznie. Pamiętam, że kiedyś bardzo spieszyłam się do mojej przyjaciółki na jakiś nasz babski wieczór, ale bardzo chciałam przynieść jej coś domowego. Ciasto nie wchodziło w grę, bo czasu miałam naprawdę mało, wybór padł więc właśnie na takie angielskie cookies. Zrobiłam je dosłownie w ostatniej chwili, a potem z wielkim smakiem zagryzałyśmy nimi słodkie wino deserowe…

W kuchni nie jestem szczególnie ortodoksyjna, ani nawet konserwatywna. Wypróbowuję wszystko, co wpadnie mi w oko, i na ogół maksymalnie upraszczam sobie życie. Nie lubię kulinarnego zawracania głowy i zazwyczaj skrzętnie omijam przepisy, które zapowiadają się czasochłonnie (o ile oczywiście nie chodzi o coś specjalnego, jak na przykład o sushi, które potrafię wyrabiać przez cały dzień na wieczorną kolację czy imprezę). Ale na domowe ciasteczka bardzo Was namawiam. Tak samo, jak w wypadku własnoręcznie robionego majonezu – pracy jest przy nich mało, a efekt – nieporównanie lepszy od tego, który osiągniecie, sięgając po towar ze sklepowej półki.

Dlatego – pieczcie ciasteczka! Z pewnością bardzo posmakują Wam i Waszym gościom podczas popołudniowej herbatki:)

Pieczenia ciasteczek według poniższego przepisu nauczyła mnie moja Mama:) Obie uwielbiamy je robić!


Na ok. 40 ciasteczek potrzebujesz:

1,5 szklanki mąki
1 kostka miękkiego masła, pokrojona na mniejsze kawałki
2 jajka
½ szklanki cukru
1 paczka cukru waniliowego (ok. 16 g)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
3-4 łyżki płatków owsianych
kilka kropel esencji migdałowej
100 g płatków migdałowych lub mielonych migdałów (opcjonalnie)

Piekarnik nastaw na 180° C. W robocie kuchennym utrzyj na krem masło z cukrem i cukrem waniliowym. Wciąż ubijając, dodaj mąkę, proszek do pieczenia, esencję migdałową i całe jajka. Ubijaj, aż całość nabierze gładkiej, jednolitej konsystencji. Dodaj płatki owsiane i (opcjonalnie) migdały. Wymieszaj. Masa powinna być gęsta i kleista, ale zwarta. Jeśli masz wrażenie, że jest zbyt rzadka, dodaj 1 lub 2 dodatkowe łyżki płatków owsianych. Łyżeczką wykładaj „kupki” masy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zachowując dość duże odległości, bo ciasteczka bardzo urosną. Wstaw blachę do piekarnika. Piecz partiami przez ok. 8 min, aż ciasteczka staną się pulchne i rumiane. Ciasteczka będą miękkie w momencie wyjęcia – stwardnieją dopiero, gdy wystygną. Podawaj do herbaty lub podjadaj, gdy tylko masz ochotę;) Noooo, może nie aż tak – te ciasteczka to niestety straszny kaloryczny zdrajca;)

wtorek, 22 marca 2011

Karmelowo, ekspresowo. Flapjack.


Flapjack. Pamiętam bardzo dobrze, gdy zjadłam go po raz pierwszy. To było wiele, wiele lat temu w Anglii, w jakiś deszczowy, pochmurny dzień, gdy brak ogrzewania i nieszczelne okna w naszym starym college’u rekompensowaliśmy sobie ciepłą herbatą i „czymś do niej”.

Nietrudno się zorientować, że w Anglii w ogóle wszystko kręci się wokół herbaty, a co za tym idzie – również wokół całego jej entourage’u. Jak w powietrzu wisi kłótnia – to herbata. Jak wybucha wojna – herbata. Ojciec dowiaduje się, że jego na wskroś nieodpowiedzialny, zepsuty syn i dziedzic przeputał właśnie cały majątek? Herbata.

Kulisz się z zimna, bo temperatura spada, a Anglicy nie wierzą w centralne ogrzewanie? Cóż z tego? Herbata.

No, ale skoro herbata, to również coś do niej. Czajniczki, spodeczki, filiżaneczki, kubeczki… ale też ciasteczka, bułeczki, kanapeczki i wszystko inne, co z herbatą tworzy zgrany team.

Stąd wysokie notowania scones, biscuits, digestives, teacakes i innych tam takich herbacianych zagryzek.

No i jest jeszcze flapjack. Zupełnie inna liga. Coś jakby… hmmm… połączenie krówek, ciasteczek maślanych, müsli i karmelków:) Coś, w czym się zagłębiasz, zatapiasz, gubisz… w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Owoce i masło. Masło i karmel. Karmel i miód.

Macie coś takiego, że niektóre słowa wyjątkowo dobrze Wam się wymawia? Ja mam coś takiego właśnie z flapjackiem.

Flap… Jack… FLAPJACK!


Poniższy przepis jest właściwie kompilacją dwóch innych, znalezionych na BBC Food: autorstwa Sophie Dahl i Celii Brooks Brown. Ja zrobiłam, jak zawsze, całkiem po swojemu z lekką nutą inspiracji;)

Również jak zawsze, przepis jest łatwy (chyba nie sposób go zepsuć) i błyskawiczny. Przygotowanie to dosłownie 5 minut, zapieczenie – jakieś 15 do 20. I tyle.

Jedyna rzecz, którą bym poprawiła w moim flapjack’u, to stosunek płatków owsianych do wilgotnej, maślano-karmelowej masy. Może jej być więcej. Nie wiem, czy po prostu powinnam była dodać mniej płatków, czy krócej piec (następnym razem spróbuję pewnie obu tych rzeczy naraz;)), ale – jak dla mnie – flapjack mógł wyjść jeszcze bardziej wilgotny i lepki. Jest to jednak rzecz gustu, więc jeśli lubicie lepkie ciasteczka – nie dosypujcie dodatkowych porcji płatków czasie mieszania masy, i pieczcie tylko ok. 15 minut.

Do flapjack’a warto dodać suszone owoce. U mnie nieprzypadkowo były to żurawiny i rodzynki, bo są dość kwaśne, a chodziło mi o to, by przełamać słodycz karmelu. Możecie jednak zastąpić je tym, co lubicie lub co akurat macie pod ręką: suszoną papają, mango, wiórkami kokosowymi, kandyzowaną papają, skórką pomarańczową… lub czym tylko będziecie chcieli:)

Na 1 blachę flapjack’a:
200 g masła
200 g brązowego cukru*
2-3 łyżki miodu
sok z 1/2 cytryny
ok. 200 g płatków owsianych (+ dodatkowe 100 g do ewentualnego dodania później)
1 standardowe opakowanie suszonych owoców żurawiny
1-2 garście rodzynek

* Jeśli jesteś doświadczoną kucharką lub kucharzem, możesz użyć białego cukru i skarmelizować go w maśle – jeśli jednak nie czujesz się w kuchni wystarczająco pewnie, postaraj się o brązowy cukier.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. W rondelku rozgrzej masło, cukier i miód. Gdy wszystko roztopi się na jednolity płyn, dodaj płatki owsiane, suszone owoce i sok z cytryny. Całość wymieszaj; powinna powstać jednolita masa. Jeśli mieszanka jest zbyt rzadka – podsyp płatkami owsianymi.

Blachę przykryj papierem do pieczenia, następnie wyłóż na nią równomiernie masę. Wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, tak, by flapjack przyrumienił się z wierzchu, ale zachował w środku lepką, wilgotną konsystencję .

Wyjmij z piekarnika i pozostaw do ostudzenia. Podawaj pokrojone w małe kwadraciki lub – jeśli wolisz – w prostokąciki.


niedziela, 13 lutego 2011

Wieprzowina słodko-kwaśna w chrupiącej panierce


Lubicie sobie pochrupać? Bo ja tak. Owszem, chętnie marchewkę i jabłka – ale czasem jeszcze chętniej coś gorącego i wytrawnego.

Lubicie sobie posmażyć? Bo ja bardzo. Uwielbiam tę chwilę, gdy na gorący tłuszcz kładziemy smakowite kąski i widzimy, jak momentalnie zaczynają się rumienić; słyszymy, jak zaczynają skwierczeć.

Lubicie porcje na jeden kęs? Bo ja właśnie takie lubię najbardziej. Sięgasz ręką, widelcem, pałeczkami… i hop, prosto do buzi. To taki śliczny sposób jedzenia, danie sporządzone z porcji mini: mini-tarty, mini-kanapeczki, mini-kotleciki… A weźmy sushi – sushi to jakby mini-wersja całego obiadu – ryż, ryba i zielenina, wszystko ładnie zwinięte, ładnie opakowane, ładnie zredukowane:)

Pisałam Wam kiedyś, że podstawy wiedzy o kuchni orientalnej zdobyłam, cichcem podpatrując koleżanki–Azjatki w naszej akademikowej kuchni. To tam po raz pierwszy zauważyłam, że Chińczycy przygotowują na wspólny posiłek kilka różnych potraw, które stawiają na środku i z których wspólnie podjadają przez cały wieczór pałeczkami, i że w związku z tym wszystko pomyślane jest tak, by łatwo dało się pałeczkami chwycić. Zauważyliście, że w kuchni chińskiej mięsa podawane są na ogół w małych kawałeczkach, nawet, jeśli wyraźnie pieczone były w całości? To proste – kroi się je w ten sposób, by łatwo dało się chwycić pałeczkami mini-porcyjkę ze znajdującego się na środku talerza.

Moja dzisiejsza propozycja też taka właśnie jest – porcjowana. Przepis znalazłam kiedyś w programie o kuchni azjatyckiej na kuchnia.tv i tu odtwarzam go trochę na oko, ale generalnie rzecz biorąc zgodnie ze wskazówkami autorki programu. Tak podane kawałki mięsa możecie jeść samodzielnie, np. ze słodkim sosem chilli, ja jednak bardzo lubię przełamywać smaki i tekstury, dlatego wysmażone kąski podaje często na lekkim bulionie, zbliżonym do tego (choć w tym wypadku dodałabym mniej imbiru, a  więcej cukru lub słodkiego sosu chilli/ miodowego).

To jak? Chrupiemy?

Dla 4 głodnych chrupaczy:

1 kg karkówki wieprzowej
4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej (można ewentualnie użyć pszennej)
Olej lub oliwa – do smażenia
Szczypiorek lub szczypior sałatkowy (spring onion) – do posypania

Marynata:

5 łyżek octu ryżowego (lub 3 łyżki octy zwykłego + 2 łyżki wody lub soku owocowego)
2 łyżki miodu
2 rozgniecione ząbki czosnku (pominęłam)
2-3 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
2 łyżki oleju
1 jajko


Karkówkę pokrój bardzo ostrym nożem na cienkie plasterki, po czym przekrój je na mniejsze kawałki, by po przygotowaniu były na jeden kęs. Przełóż je do miski, dodaj wszystkie składniki, całość starannie wymieszaj i odstaw na co najmniej 1 godzinę (a optymalnie na ok. 4 godziny). Następnie dodaj do mięsa mąkę i całość starannie wymieszaj, by wszystkie kawałki pokryły się powstałą masą.

Na woku lub patelni rozgrzej olej, po czym partiami smaż kawałeczki mięsa z każdej strony, aż będę rumiane. Odkładaj na ręcznik papierowy, by odciekły z tłuszczu. Podawaj partiami, w miarę smażenia, lub osuszone z tłuszczu kawałki wkładaj do pieca nastawionego na ok. 50- 80° C, by nie straciły ciepła, po czym podaj całość. Podawaj posypane posiekanym szczypiorkiem, z sosem chilli lub z lekką azjatycką zupą bulionową (patrz w tekście powyżej).

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Quesadillas z cytrynowym kurczakiem i papryką


Dziś coś naprawdę łatwego i szybkiego. QUESADILLAS! Każdy, kto choć raz zetknął się z kuchnią meksykańską będzie wiedział, o co chodzi, bo to tamtejsza sztandarowa narodowa potrawa. Zasada jest prosta: dwie tortille i serowo-urozmaicone nadzienie między nimi. Podstawowa quesadilla może mieć sam ser, ale moim zdaniem dobrze jest czymś ją urozmaicić.  Tym razem wzięłam specjalnie przyprawionego kurczaka, zieloną paprykę i chilli, ale tak naprawdę można do niej włożyć wszystko – chorizo i cebulę, szynkę Serrano i szczypiorek, kukurydzę i czerwoną fasolę… Jednym słowem – do wyboru, do koloru! Informacja dla wegetarian – Quesadilla nie potrzebuje w sobie mięsa czy wędlin, by być pyszna – równie dobrze możesz naładować do niej mieszankę swoich ulubionych warzyw. Jedyny absolutnie niezbędny składnik – to ser:)

Jedna dobra rada – mimo pokusy, by włożyć tam baaaardzo dużo wszystkiego, lepiej z tym uważać, w przeciwnym razie placek może się łatwo rozpaść w czasie smażenia. Znowu – jedyne, czego nie należy żałować – to sera;) A to dlatego, że ser wspaniale spaja wszystkie składniki i przytwierdza nadzienie do tortilli, tworząc z nich prawdziwy warstwowy placek. Nie mówiąc o tym, że wspaniale ciąąąąąąąągnie się przy każdym ugryzieniu, jeśli jest go wystarczająco dużo:)


Przyrządzanie Quesadillas jest błyskawiczne i pozwala szybko wyczarować solidny posiłek, ale… ma jedną wadę. Bo przygotowanie tych placków to coś, na co po angielsku mówi się hands-on job, czyli szybkie lecz intensywne zadanie, nad którym, niestety, musisz stać – coś jak smażenie naleśników albo robienie sushi. Niby nie trwa długo, ale nie możesz odejść od niego nawet na chwilę, tym bardziej, że każdy szczegół przygotowań jest dokładnie rozplanowany czasowo. Tyle, że o ile przy sushi wszystko wkładasz na trochę do lodówki i podajesz później, w wypadku naleśników czy Quesadillas gotowe danie musisz stawiać na stole natychmiast – zapomnij więc o tym, że usiądziesz i spokojnie zjesz ze wszystkimi, bo ledwo usmażysz jeden placek, już musisz przygotowywać następny – inaczej temperatura potrawy spadnie, ser ostygnie i przyjmie konsystencję gumowatej podeszwy.

Mimo to – zdecydowanie warto! Quesadillas to kolejna po Risotto potrawa „towarzyska” (i to bardzo), warto więc pobawić się przy niej, zapraszając do domu kilkoro znajomych i wspólnie przygotowując placki w kuchni. Można mieć wyłożone talerzyki z różnymi dodatkami, samemu komponować składniki kolejnych Quesadillas i smażyć placuszki jeden po drugim.

Jest to też świetny finger food i choć nie proponowałabym Wam przygotowywania Quesadillas na dużą imprezę z przyczyn podanych powyżej, stanowią one świetną zakąskę (jeszcze przed przystawką) na kolacji dla kilkorga znajomych, lub miłą „przegryzkę” (tzw. nibble) na wieczór filmowy lub inne spotkanie w małym gronie, jako jedną z rzeczy, które stawia się na stole i powoli skubie przy drinku i rozmowach. W takim wypadku dobrze jest wszystkie Quesadillas przygotować troszeczkę wcześniej, usmażyć, pokroić w ósemki i wstawić do piekarnika o stosunkowo niskiej temperaturze tak, by placki utrzymały ciepło, ale się nie przypaliły.

Przygotowując Quesadillas, należy liczyć ok. 1-1,5 placka na osobę. Poniżej podaję przepis na 4 placki.


Quesadillas z cytrynowym kurczakiem i papryką

8 tortilli (dostępne w sklepach i działach supermarketów z międzynarodową żywnością)
2 piersi z kurczaka
0,5 kg dobrze topiącego się sera: np. cheddar’a, mimolette lub mozarelli (dobrze się stopi, choć jak dla mnie jest trochę zbyt łagodna)
1 zielona lub czerwona papryka
1 papryczka chilli
1 pęczek szczypiorku

Marynata:

Sok z ½ cytryny
2 łyżeczki ostrej papryki w proszku
1 rozgnieciony ząbek czosnku
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka słodkiego sosu chilli

Zacznij od przygotowania sobie wszystkich składników.

Kurczaka oczyść z chrząstek i błonek i pokrój w małą kostkę. Przełóż do miski, dodaj wszystkie składniki marynaty i całość dobrze wymieszaj. Odstaw do lodówki na ok. 30 minut, by smaki się przegryzły (UWAGA! – dla uzyskania bardziej intensywnego cytrynowego smaku, możesz dodać 1 łyżeczkę startej skórki z cytryny – ale ja nie dodaję, bo w Quesadillas aromaty poszczególnych składników nie powinny być zbyt intensywne). Następnie usmaż lub grilluj kawałki kurczaka, po czym odłóż na talerz wyłożony papierem, by odsączyć z nich tłuszcz.

Na tarce zetrzyj ser. Szczypiorek posiekaj. Zieloną paprykę pokrój w kostkę (uprzednio usuwając pestki), a chilli posiekaj naprawdę bardzo drobniutko, zostawiając lub usuwając pestki, w zależności od tego, jak ostra ma być potrawa.

Rozgrzej teflonową patelnię (nie dawaj tłuszczu!). Połóż na niej jedną tortillę, hojną warstwę sera, paprykę, chilli, szczypiorek i kawałki kurczaka. Przykryj kolejną warstwą sera i drugą tortillą, po czym dociśnij ręką, by topiący się ser zdołał skleić całość od środka. Następnie przewróć placek na drugą stronę (najtrudniejsza część, ale – jak przy naleśnikach – da się zrobić:)) i smaż jeszcze chwilę, aż całość się roztopi. Zdejmij z patelni, połóż na desce i pokrój ostrym nożem w trójkąty – czwórki, szóstki lub ósemki. Podawaj od razu z kwaśną śmietaną, salsą i guacamole.

Gotowe!

czwartek, 30 grudnia 2010

Jak nakarmić armię gości, czyli orientalne żeberka Nigelli


Jeśli nieopatrznie zaprosiliście do siebie na Sylwestra gości i zastanawiacie się, co by im tu dać do jedzenia - ten wpis może Wam się przydać:) Dziś mam dla Was absolutny hit wszystkich imprez, kolacji dla znajomych, wieczorów filmowych czy nawet rodzinnych obiadów. Wymarzona potrawa zarówno gości, jak i każdej gospodyni. Panie i panowie, przedstawiam Wam łatwe do zrobienia, szybkie, nieabsorbujące, ale za to zdecydowanie WSPANIAŁE orientalne żeberka Nigelli!

Pierwszy raz potrawę tę zobaczyłam kilka lat temu w programie Forever Summer, i pamiętam, że zachwyciła mnie już wtedy. Ale że Nigella złapała mnie znienacka, kompletnie nieprzygotowaną do robienia kulinarnych notatek, pokiwałam tylko z uznaniem głową i gładko przeszłam do realizacji kolejnych ekscytujących punktów w moim planie dnia. Gdy jednak kilka miesięcy temu znów przypadkiem natknęłam się w telewizji na ten sam odcinek, na hasło „orientalne żeberka” zastrzygłam uszami i skupiłam uwagę, tak, by spokojnie móc odtworzyć w przyszłości tę fantastyczną potrawę. Znacie to uczucie, że słyszycie o jakimś daniu i po prostu wiecie, że musicie je spróbować? Tak było właśnie ze mną i z żeberkami Nigelli. Dlaczego? Po pierwsze, sama mieszanina smaków i przypraw podziałała mi na wyobraźnię, a po drugie od razu uderzyło mnie, jak świetnie nadawałyby się na imprezę, bo brzmią pysznie, łatwo się je zjada (taki typowy finger food!), można zrobić je wcześniej i nie poświęcić im w czasie wieczoru ani minuty – no oczywiście poza tą chwilą, gdy gorące wyjmujesz je z piekarnika i zaczynasz nakładać gościom. Pierwszy raz zrobiłam je jako ciepłe danie na imprezie dla ok. 20 osób – dla urozmaicenia dodałam też skrzydełka, co bardzo polecam (UWAGA: potrzebowałam ok. 1,5 kg żeberek i 2 kg skrzydełek, starczyło z dokładką dla każdego, z tym, że było też kilka dań zimnych, więc goście zdążyli się już trochę najeść:)). Wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: choć było to latem (gdy w ogóle mniej jemy) a goście zdążyli skosztować już i innych dań, i tak zmietli żeberka do końca! Tymczasem pracy było przy nich tylko tyle, ile wymaga pokrojenie mięsa, zrobienie marynaty, a potem wrzucenie całości do pieca!

UWAGA! Tak przygotowane żeberka powinny marynować się co najmniej 2-4 godziny, ale optymalnie jest, jeśli możecie przygotować je do 24 godzin wcześniej.

Zanim przejdziecie do samego przepisu, muszę się do czegoś przyznać. Choć oficjalna nazwa żeberek brzmi ‘Sticky spare ribs’ (czy jakoś tak), moje nie wychodzą znowu aż takie ‘sticky’, jak te Nigelli (na fenomenalne, „klejące” żeberka podam Wam niedługo inny przepis, na który natrafiłam). Myślę, że jest to kwestia odmiennych proporcji – Nigella daje mniej płynów, a więcej miodu, ja stawiam bardziej na mieszaninę sosów i dodanej „siekaniny”, bo dopiero przy takich proporcjach mamy gwarancję, że wszystkie smaki dobrze się przegryzą, żeberka staną się kruche i soczyste, a warzywne „dodatki” puszczą soki, zamiast się spalić.

Poniżej podaję przepis jako główne danie dla ok. 4-6 osób. W nawiasach podaję liczby dla potrzeb imprezy, tylko z założeniem, że nie jest to jedyna potrawa wieczoru! Obawiam się, że proporcje są trochę „na oko”, bo tak naprawdę sama doprawiam wszystko do smaku, a już szczególnie, gdy chodzi o marynaty… Generalnie, jeśli czegoś nie lubicie lub lubicie, zmniejszajcie lub zwiększajcie ilości wg swoich preferencji – smak może i będzie trochę inny, ale na pewno równie ciekawy! Jedyne, na czym bym nie oszczędzała, to sos sojowy (żeby na pewno było wystarczająco słone) i olej (bo inaczej żeberka wyjdą suche); za to nie dawałabym więcej, niż 2 gwiazdki anyżu (jeśli w ogóle) bo jest on szalenie aromatyczny i to w sposób, który nie wszystkim odpowiada.

1,5 kg żeberek wieprzowych (ok. 3.5-4kg)
2-3 papryczki chilli, posiekane, pestki zostawiamy lub usuwamy w zależności od tego, czy ma być łagodniejsze, czy ostrzejsze (dla potrzeb imprezy proponuję zostawić tyle samo; bo wśród tylu gości na pewno nie wszyscy będą lubili bardzo ostre potrawy)
ok. 5 cm kłącza imbiru (tak samo, jak wyżej), posiekane w małe kawałki
3 duże dymki pokrojone w kostkę wraz ze szczypiorkiem
3 łyżki płynnego miodu (ok. 6 łyżek)
5-6 łyżek sosu sojowego (ok. 7-8 łyżek)
5 łyżek octu ryżowego (ok. 7-8 łyżek)
4 łyżki oleju (6 łyżek)
2-3 pokruszone laski cynamonu
Opcjonalnie: 2 pokruszone gwiazdki anyżu (za pierwszym razem dodałam, potem już nie, bo sama nie przepadam za jego smakiem;))

Można dodać w trakcie pieczenia:
Troszkę miodu
Przyprawa „5 smaków”

Do przybrania:

Poszatkowane chilli (bez pestek)
Poszatkowany szczypiorek z dymki

Pokrojona bagietka do maczania w sosie

Żeberka pokrój na wąskie kawałki (tak, by w każdym była tylko jedna kość). Wrzuć na blachę do pieczenia lub (jak Nigella) do dużej plastikowej zamykanej torby spożywczej (ziplock). Dodaj posiekany imbir, chilli, dymkę i szczypiorek, a także miód, sos sojowy, ocet ryżowy, olej, cynamon i (opcjonalnie) anyżek. Jeśli używasz torby spożywczej, zamknij ją i poprzewracaj w rękach, żeby składniki dobrze się wymieszały, jeśli robisz żeberka bezpośrednio na blasze, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma lub dużą łyżką. Odstaw do lodówki na co najmniej 2-4 godziny, a najlepiej na ok. dobę.

Żeberka piecz na blasze przykrytej folią aluminiową, w temperaturze ok. 200° C, przez ok. 1,5 h. I teraz macie dwie opcje. Opcja Nigelli: wyciągacie blachę, żeberka smarujecie po wierzchu dodatkową porcją miodu i posypujecie przyprawą „5 smaków”, po czym pieczecie bez przykrycia przez ok. 0.5 h; lub moja: wyjmujecie blachę z pieca, zdejmujecie folię, nastawiacie piekarnik na silne grzanie z góry po czym pieczecie jeszcze przez jakieś 10-15 minut, albo aż żeberka się zarumienią. Podawać na półmisku posypane świeżym szczypiorkiem i posiekanym chilli (bez pestek), lub serwować prosto na talerze. UWAGA! Na dnie blachy powinien znajdować się absolutnie rewelacyjny, orientalny sos – dlatego dobrze mieć w zanadrzu pokrojoną bagietkę, którą goście będą mogli w nim zamoczyć!

Rada dla zainteresowanych opcją "Sylwester" lub „Impreza”: żeberka dobrze jest wstawić do pieca tuż przed przyjściem gości i liczyć, że będą gotowe w mniej-więcej 2 h, a więc akurat w momencie, gdy nasi znajomi zjedzą już zimne przekąski i chętnie spróbują czegoś nowego:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...