Pisałam Wam ostatnio o górze kulinarnych prezentów, które dostałam na urodziny. Znalazły się wśród nich także prześliczne, maleńkie, białe ceramiczne foremki do zapiekania. Zdaje się, że ich fachowa nazwa –
ramekiny – byłaby tu bardziej na miejscu, ale jakoś za nią nie przepadam, kojarzy mi się ze skrzyżowaniem różnych nie przystających do siebie wyrazów, jak
rekin,
manekin,
świecznik i
rafineria… co kompletnie nie pasuje mi do słodyczy i jedwabistości tego, co miałabym do nich włożyć. Szczególnie ta
rafineria wprowadza tu dla mnie posmak jakiegoś przemysłowego smaru, a przemysłowy smar to nie jest koniecznie to, co – nawet tylko w wyobraźni – chciałabym czuć w jedzeniu. Precz więc z
ramekinami, przynajmniej na mój własny użytek – ceramiczne miseczki do zapiekania i już;)

A jak miseczki, to co w nich? Dla mnie odpowiedź była jasna – niejedno, ale póki co, na sam początek – koniecznie
crème brûlée, który dotąd dane mi było jadać tylko w restauracjach, a który uważam za najpyszniejszy ze wszystkich pysznych kremów… za
crème de la crème, po prostu;) Ale
crème brûlée kocham za coś jeszcze – za cieniutką, szklistą warstewkę karmelu, którą zawsze rozbijam łyżeczką. Uwielbiam to robić, tak samo, jak ubóstwiam chodzić jesienią po suchych liściach i słuchać, jak trzeszczą, albo brodzić zimą po cienkim lodzie zmrożonych kałuż, i czuć, jak trzaska mi pod stopami:) To takie moje małe życiowe przyjemności, tak maleńkie, że prawie niezauważalne – a jednak bardzo dla mnie ważne.
Jakby na akord, odkąd dostałam te moje śliczne białe naczynka, przepisy na
crème brûlée zaczęły wyskakiwać na mnie z każdego kulinarnego zakamarka. Wszyscy je piekli, wszyscy o nich mówili, a lutowy miesięcznik KUCHNIA zrobił z nich całe
cover story. Na magazynowe przepisy skusić się wprawdzie nie dałam (coś strasznie dużo przy nich było zawracania głowy, a ja, jak Wam już nieraz pisałam, lubię sobie życie upraszczać), ale absolutnie zachwyciłam się
przepisem na
crème brûlée z gruszkami i czekoladą, który znalazłam u
Anoushki. Czeka na wykonanie, a ja tymczasem zrobiłam wersję bardziej podstawową, według
przepisu znalezionego przez moją Mamę na BBC Food – niedziela upłynęła więc pod bardzo waniliowo-kremowym znakiem:)
Jak obiecałam, moja pierwsza restauracyjna recenzja już niedługo, a póki co – naprawdę łatwy przepis na
crème brûlée, czyli deser, który bardzo wysoko plasuje się w
moim nektarowo-ambrozjowym rankingu.
Jest szybki z przygotowaniu, ale potrzeba na niego dużo czasu o tyle, że musi długo stać i zastygać. Dlatego, jeśli np. chcielibyście zrobić go jako deser na wieczorną kolację dla gości – przygotujcie i upieczcie masę w ciągu dnia, po czym wstawcie miseczki z zapieczonym kremem do lodówki i wyjmijcie na krótko przed podaniem, by skarmelizować wierzch.
Podaję proporcje na ok. 6 porcji kremu za przepisem na BBC Food (z malutkimi modyfikacjami w nawiasach):
500 ml słodkiej śmietanki 30% lub 36%
1 laska wanilii
100 g drobnego cukru + 4 kopiaste łyżeczki do posypania na koniec
6 żółtek
1 opakowanie cukru waniliowego (moja modyfikacja; według oryginalnych wskazówek krem był jak dla mnie za mało waniliowy)
1) Rozgrzej piekarnik do temperatury 150° C.
2) Do rondla wlej śmietankę. Laskę wanilii przekrój wzdłuż i wyskrob z niej ziarnka; dodaj je do śmietanki.
3) Resztę strączka wanilii pokrój w małe kawałki, po czym również dodaj do śmietanki.
4) Doprowadź śmietankę do granicy wrzenia, po czym maksymalnie zmniejsz ogień i podgrzewaj śmietankę przez ok. 5 min (ważne – staraj się, by nie wytworzyła się pianka!)
5) W osobnej misce utrzyj mikserem cukier, cukier waniliowy i żółtka, aż powstanie gęsty kogel-mogel.
6) Znów doprowadź śmietankę do punktu wrzenia, po czym cienkim strumieniem dodawaj ją do masy z żółtek, cały czas ubijając mikserem (tak, by masa się nie zwarzyła). Masa żółtkowa powinna odrobinę zgęstnieć.
7) Następnie przecedź masę przez drobniutkie sito i wlej do dzbanka, za pomocą którego będziesz napełniać ramekiny (aaaaah, znowu to słowo! ;)). Jeśli używasz większych naczynek (jak do mini-suflecików) wylej masę do mniej-więcej 2/3 ich wysokości; jeśli używasz bardzo płytkich miseczek, wypełnij je masą prawie po same brzegi.
8) Ostrożnie umieść naczynka z kremem na dużej blasze, po czym wypełnij ją gorącą wodą w taki sposób, by dochodziła od zewnątrz do połowy wysokości miseczek (ale oczywiście nie może przelać się do środka). Takie rozwiązanie nazywa się techniką bain-marie (czyli coś jakby kąpiel wodna, tylko troszkę inaczej i ładniej brzmi;))
9) Ostrożnie włóż blachę z miseczkami na środkową „półeczkę” w piekarniku i piecz przez ok. 40-45 min, albo do momentu, w którym krem już się w zasadzie zestali, ale jeszcze będzie odrobinę niedopieczony na środku.
10) Wyjmij blachę z piekarnika, odstaw naczynka z kremem, aż troszkę ostygną, po czym wstaw do lodówki aż do podania (wiele przepisów mówi o obowiązkowych kilku godzinach, ten nie stawia takich wymagań).
11) Wyjmij miseczki na kilka minut przed podaniem, po czym każdą posyp z wierzchu cukrem i skarmelizuj za pomocą palnika ręcznego (ja go nie posiadam, więc skarmelizowałam krem pod grillem, wstawiając blachę z miseczkami – już bez wody – na najwyższy poziom, na grzanie z góry w najwyższej temperaturze; co ważne – zostawiłam uchylone drzwiczki piekarnika, wtedy efekt jest lepszy).
12) Wyjmij miseczki z kremem z piekarnika, odstaw na chwilę, by odrobinę ostygły, po czym podawaj od razu.