Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezowo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śródziemnomorska sałatka z warzyw w balsamiczno-oliwnej zalewie


Dobrze mieć urodziny. Dostaje się piękne prezenty i wszyscy są TACY mili:) Gotowanie zawsze było moją wielką pasją, ale odkąd założyłam bloga, również kolekcjonowanie różnych kulinarnych gadżetów okazało się niezłą frajdą. I chyba dlatego wśród ton przepięknych prezentów, które się u mnie zjawiły, znalazły się urocze foremeczki małe i duże, nóż szefa kuchni, nowiutki WOK, wspominana już przeze mnie KUCHNIA Nigelli Lawson, książka Historia Smaku, którą ponoć pochłania się jednym tchem (dziewczyny, jeszcze raz dziękuję, zdam relację wkrótce!), dwukolorowy likier kawowo-śmietankowy, prawdziwe i absolutnie PRZEPYSZNE tiramisu z dużą ilością kawy i amaretto, kilka kulinarnych świeczek i cała torba egzotycznych różności, znanych i nieznanych, z których będę starała się skomponować ciekawe potrawy (jeśli ktoś z Was zna jakieś dobre przepisy z użyciem owocu drzewa bochenkowego – dajcie znać;))

No ale najpiękniejszym prezentem była dla mnie obecność tylu ludzi, którym chciałam podziękować, gotując coś smacznego. Co prawda wspomniane już przeze mnie kiedyś żeberka Nigelli trochę się przypaliły (a i tak znalazły amatorów!), ale generalnie prawie wszystko się zjadło, mam więc nadzieję, że nie było źle;) W najbliższym czasie będę Wam podawać przepisy na to, co tam wymyśliłam, nieraz – nie ukrywam – zainspirowana pomysłami z innych blogów lub kulinarnych stron, dziś jednak chciałam wspomnieć o czymś dla mnie wyjątkowym, potrawie skomponowanej przeze mnie w moich pięknych, zagraniczno-studenckich latach, czyli o śródziemnomorskiej sałatce z pieczonych warzyw w oliwno-balsamicznej zalewie.

Nieraz obijały mi się o uszy zachwyty nad pieczonymi warzywami. A to ktoś wspomniał, że gdzieś takie jadł i były wyśmienite, a to co i rusz z jakiejś mniej lub bardziej znanej książki kucharskiej wyskakiwał ciekawy przepis, a to wreszcie zdarzało mi się czasem samej spróbować bakłażana i paprykę, upieczone i zamarynowane w oliwie – może nie idealne, ale w każdym razie z dużym potencjałem.

A potem pojechałam na studia za granicę i w kraju słynącym z wysokich cen i niekorzystnego kursu wymiany musiałam jakoś radzić sobie z gotowaniem na dobrym poziomie. Region, w którym studiowałam słynie wręcz z niezdrowego żywienia wśród lokalnych mieszkańców, i rzeczywiście dało się to zauważyć, obserwując zawartość niejednego wózka w supermarkecie. Ja tak nie chciałam. Nie chciałam żywić się mrożoną pizzą, burgerami i fabrycznymi frytkami, albo kupować wędliny, w których zawartość mięsa wynosiła zapewne jakieś 5% albo niewiele więcej. Kraj, w którym żyłam oferował niezwykłe wręcz możliwości kulinarne, a ja bardzo chciałam z nich skorzystać – i skorzystałam. Choć gotować lubiłam od zawsze, to właśnie tam rozwinęłam się kulinarnie i stworzyłam swój własny styl. Tam również nauczyłam się, że gotowanie tego, co smaczne i zdrowe nie wymaga nie wiadomo jakich nakładów finansowych, choć wielu twierdzi, że to niemożliwe. I dlatego zawsze śmieszyło mnie, gdy stałam w kolejce do kasy, przede mną ktoś wyładowywał wózek pełen chipsów i puszek, a potem ja, studentka, podchodziłam z moją malowniczą kolekcją frykasów, na ogół zresztą płacąc za nią niewiele. W tworzeniu naprawdę dobrych potraw za niewielkie pieniądze zawsze byłam mistrzynią, trochę z konieczności, bo żyłam przecież na studenckim kieszonkowym, a wystarczyć musiało też na ciuchy, kosmetyki, wyjścia i oczywiście książki:)

I wtedy właśnie, poproszona o ugotowanie czegoś jako dodatek na kolację dla 15 osób, postanowiłam zrobić tę właśnie sałatkę. Było lato, szczyt sezonu, warzywa tanie i niezwykle wręcz apetyczne… pomyślałam – czemu by nie spróbować? Zrobiłam – i się nią zachwyciłam, a ze mną wspomniane już 15 osób. Odtąd sałatka ta towarzyszy mi przy każdej imprezie, już nie dlatego, że można ją łatwo zrobić, ale dlatego, że jest wyjątkowo wręcz pyszna, a do tego można przygotować ją wcześniej. Czasem robię ją też latem, w mniejszej ilości, jako dodatek do włoskich wędlin i serów na lekką kolację na balkonie – nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Moi goście bardzo ją lubią, a dla mnie łączy się z tyloma pięknymi wspomnieniami tych niezapomnianych, szalonych lat…:) Spróbujcie jej koniecznie!



Śródziemnomorska sałatka z pieczonych warzyw, porcja imprezowa:)

3 duże czerwone papryki
1 duża papryka żółta
1 duża papryka zielona
3-4 nieobrane ze skórki bakłażany, pokrojone w grube „zapałki”
5 pomidorów
1 słoik karczochów w oleju
2 czubate łyżki kaparów
1 opakowanie filecików anchois (opcjonalnie)
oliwa z oliwek

Zalewa:

4 łyżki oliwy
1 łyżka zalewy z anchois
2-3 łyżki oliwy balsamicznej
2 ząbki czosnku
1 łyżka miodu
1 łyżka cukru
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)
2 łyżki wódki lub innego mocnego alkoholu
Sól
Pieprz

Do przybrania:

Garść orzeszków pinii
Garść listków bazylii

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż umyte, całe papryki i pomidory, skrop oliwą i dobrze wymieszaj. Włóż do piekarnika i piecz przez ok. 30 min,, aż skórka na warzywach stanie się ciemna i pomarszczona. Wyjmij blachę i zostaw do ostygnięcia.

W tym samym czasie na innej blasze ułóż pokrojonego bakłażana, również skrop oliwą i wymieszaj, po czym wstaw do piekarnika i piecz, aż bakłażan ładnie się przyrumieni.

W misce przygotuj zalewę, łącząc wszystkie składniki.

Z papryk i pomidorów zdejmij skórkę (powinna łatwo odchodzić), papryki pozbaw gniazd nasiennych, pokrój w paseczki i przełóż do dużego naczynia, po czym zrób podobnie z pomidorami (można rozdrobnić je w rękach) i również dodaj je do naczynia. Dodaj bakłażana, odsączone karczochy, kapary, anchois przekrojone na mniejsze kawałki, po czym wlej zalewę i całość wymieszaj. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku. Odstaw do lodówki, najlepiej co najmniej na kilka godzin (maksymalnie na 24 godziny), po czym podawaj na dużym płaskim naczyniu, posypane orzeszkami pinii i listkami bazylii.

wtorek, 4 stycznia 2011

Quiche Lorraine


Słyszeliście o Quiche Lorraine? Teraz pewnie już tak, bo coraz częściej podają go w warszawskich kafejkach i kafeteriach. Ja pierwszy raz spotkałam się z nim pod koniec lat 80-tych jako zupełnie maleńka dziewczynka, i mogę śmiało powiedzieć, że był to zapewne jeden z pierwszych quiche’ów w Polsce:) Ponoć moja Mama zdobyła przepis od jakiejś Francuzki jeszcze w głębokim PRL-u, i tak trafił do naszej rodziny, robiąc furorę na wszystkich kolacjach, imprezach i przy innych ważnych okazjach.

Quiche jest naprawdę prze-pyszny. Co ciekawe, gdy mieszkałam za granicą, gdzie danie to można było kupić jako gotową przekąskę na piknik lub lunch, spotykałam się na ogół z wersją tarty zupełnie inną od tej z prawdziwie francuskim rodowodem, którą znałam z domu. Quiche’e napotykane w Anglii (a ostatnio wraz z nadejściem międzynarodowych sieci kawiarnianych – także w Polsce) miały na ogół bardzo grubą warstwę masy śmietanowo-jajecznej (podejrzewam, że dodaje się do niej ubite białka, choć pewności nie mam). Nie jest to zły patent, ale jak dla mnie, taki Quiche wychodzi troszkę za ciężki i zdecydowanie za mdły, bo we wszystkich tych pokładach śmietanowej masy dodatki po prostu giną. Nasz Quiche jest inny – niższy, ale o znacznie smaczniej wymierzonych proporcjach. Zanurzając się w nim, wyraźnie wyczuwamy wspaniałe aromaty wędzonego boczku, ostrego sera, masy jajecznej, tymianku… mmmmmm….

Wbrew tradycji, Quiche najlepiej smakuje moim zdaniem na cieście półkruchym, ale dziś podam Wam przepis klasyczny, czyli z francuskim spodem. Jeśli jednak macie chęć poeksperymentować, zdecydowanie polecam przygotowanie ciasta półkruchego.

Podobnie, jak tarta cebulowa, Quiche to prawdziwy hit wszystkich większych imprez i przyjęć, bo łatwo i szybko się go przygotowuje i jeszcze łatwiej i szybciej je;) Dziś podaję Wam klasyczny Quiche Lorraine z szynką i ostrym serem, ale tak naprawdę możecie włożyć do niego, co tylko Wam się podoba – świetnie smakuje np. ze szpinakiem i pleśniowym serem.



Na 1 blachę tarty potrzebujesz:

500 g ciasta francuskiego (jeśli kupujesz zamrożone - rozmraża się przez ok. 0.5 h)
Papier do pieczenia

Nadzienie:

0,5 kg boczku wędzonego, pokrojonego w kostkę
40 dkg ostrego tartego sera żółtego (oryginalnie dodaje się Gruyère, osobiście wolę Cheddar, ewentualnie ser Morski/Tylżycki)

Zalewa:

0,5 l kwaśnej śmietany
3 jajka
1 łyżeczka tartej gałki muszkatołowej
2 łyżki suszonego tymianku lub listki z kilku gałązek świeżego
Sól
Pieprz

Piekarnik nagrzej do temperatury 220°C. Na blasze połóż papier do pieczenia, następnie rozmrożone ciasto francuskie*, koniecznie zawijając do góry brzegi, by powstała krawędź. Ciasto nakłuj w wielu miejscach widelcem i wstaw do piekarnika na ok. 5-7 minut, aż się upiecze (przy tej okazji ciasto prawdopodobnie urośnie, ale to nie szkodzi). W tym czasie przygotuj zalewę: do miski wlej śmietanę, wbij jajka i całość wymieszaj widelcem, doprawiając gałką i tymiankiem, a także – do smaku – solą i pieprzem.

Wyjmij z piekarnika ciasto i delikatnie „ubij” widelcem, by opadło, następnie posyp równomiernie boczkiem i tartym serem. Całość ostrożnie pokryj zalewą (tak, by nie wylała się poza krawędzie), a potem ponownie włóż do piekarnika, przy czym zmniejsz temperaturę do 180°C i ustaw grzanie z góry. Piecz przez kolejne 20-25 minut, tak, by masa jajeczna się ścięła, a wierzch – podrósł i ładnie przyrumienił. Quiche możesz podawać na gorąco od razu po wyjęciu z piekarnika, ja jednak wolę go na zimno, więc na ogół zostawiam tartę do ostygnięcia. Jeśli przygotowujesz Quiche na imprezę, możesz zrobić go z wyprzedzeniem nawet 24 godzin – w czasie przechowywania musi jednak być dobrze przykryty i trzymany w chłodnym, choć absolutnie nie wilgotnym miejscu.

Et voilà!

* jeśli wykorzystujesz ciasto półkruche, po prostu wylep nim ułożony na blasze pergamin, ponakłuwaj widelcem i wstaw do piekarnika, aż się podpiecze – po wyjęciu nie musisz ubijać go widelcem, bo nie urośnie!

czwartek, 30 grudnia 2010

Jak nakarmić armię gości, czyli orientalne żeberka Nigelli


Jeśli nieopatrznie zaprosiliście do siebie na Sylwestra gości i zastanawiacie się, co by im tu dać do jedzenia - ten wpis może Wam się przydać:) Dziś mam dla Was absolutny hit wszystkich imprez, kolacji dla znajomych, wieczorów filmowych czy nawet rodzinnych obiadów. Wymarzona potrawa zarówno gości, jak i każdej gospodyni. Panie i panowie, przedstawiam Wam łatwe do zrobienia, szybkie, nieabsorbujące, ale za to zdecydowanie WSPANIAŁE orientalne żeberka Nigelli!

Pierwszy raz potrawę tę zobaczyłam kilka lat temu w programie Forever Summer, i pamiętam, że zachwyciła mnie już wtedy. Ale że Nigella złapała mnie znienacka, kompletnie nieprzygotowaną do robienia kulinarnych notatek, pokiwałam tylko z uznaniem głową i gładko przeszłam do realizacji kolejnych ekscytujących punktów w moim planie dnia. Gdy jednak kilka miesięcy temu znów przypadkiem natknęłam się w telewizji na ten sam odcinek, na hasło „orientalne żeberka” zastrzygłam uszami i skupiłam uwagę, tak, by spokojnie móc odtworzyć w przyszłości tę fantastyczną potrawę. Znacie to uczucie, że słyszycie o jakimś daniu i po prostu wiecie, że musicie je spróbować? Tak było właśnie ze mną i z żeberkami Nigelli. Dlaczego? Po pierwsze, sama mieszanina smaków i przypraw podziałała mi na wyobraźnię, a po drugie od razu uderzyło mnie, jak świetnie nadawałyby się na imprezę, bo brzmią pysznie, łatwo się je zjada (taki typowy finger food!), można zrobić je wcześniej i nie poświęcić im w czasie wieczoru ani minuty – no oczywiście poza tą chwilą, gdy gorące wyjmujesz je z piekarnika i zaczynasz nakładać gościom. Pierwszy raz zrobiłam je jako ciepłe danie na imprezie dla ok. 20 osób – dla urozmaicenia dodałam też skrzydełka, co bardzo polecam (UWAGA: potrzebowałam ok. 1,5 kg żeberek i 2 kg skrzydełek, starczyło z dokładką dla każdego, z tym, że było też kilka dań zimnych, więc goście zdążyli się już trochę najeść:)). Wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: choć było to latem (gdy w ogóle mniej jemy) a goście zdążyli skosztować już i innych dań, i tak zmietli żeberka do końca! Tymczasem pracy było przy nich tylko tyle, ile wymaga pokrojenie mięsa, zrobienie marynaty, a potem wrzucenie całości do pieca!

UWAGA! Tak przygotowane żeberka powinny marynować się co najmniej 2-4 godziny, ale optymalnie jest, jeśli możecie przygotować je do 24 godzin wcześniej.

Zanim przejdziecie do samego przepisu, muszę się do czegoś przyznać. Choć oficjalna nazwa żeberek brzmi ‘Sticky spare ribs’ (czy jakoś tak), moje nie wychodzą znowu aż takie ‘sticky’, jak te Nigelli (na fenomenalne, „klejące” żeberka podam Wam niedługo inny przepis, na który natrafiłam). Myślę, że jest to kwestia odmiennych proporcji – Nigella daje mniej płynów, a więcej miodu, ja stawiam bardziej na mieszaninę sosów i dodanej „siekaniny”, bo dopiero przy takich proporcjach mamy gwarancję, że wszystkie smaki dobrze się przegryzą, żeberka staną się kruche i soczyste, a warzywne „dodatki” puszczą soki, zamiast się spalić.

Poniżej podaję przepis jako główne danie dla ok. 4-6 osób. W nawiasach podaję liczby dla potrzeb imprezy, tylko z założeniem, że nie jest to jedyna potrawa wieczoru! Obawiam się, że proporcje są trochę „na oko”, bo tak naprawdę sama doprawiam wszystko do smaku, a już szczególnie, gdy chodzi o marynaty… Generalnie, jeśli czegoś nie lubicie lub lubicie, zmniejszajcie lub zwiększajcie ilości wg swoich preferencji – smak może i będzie trochę inny, ale na pewno równie ciekawy! Jedyne, na czym bym nie oszczędzała, to sos sojowy (żeby na pewno było wystarczająco słone) i olej (bo inaczej żeberka wyjdą suche); za to nie dawałabym więcej, niż 2 gwiazdki anyżu (jeśli w ogóle) bo jest on szalenie aromatyczny i to w sposób, który nie wszystkim odpowiada.

1,5 kg żeberek wieprzowych (ok. 3.5-4kg)
2-3 papryczki chilli, posiekane, pestki zostawiamy lub usuwamy w zależności od tego, czy ma być łagodniejsze, czy ostrzejsze (dla potrzeb imprezy proponuję zostawić tyle samo; bo wśród tylu gości na pewno nie wszyscy będą lubili bardzo ostre potrawy)
ok. 5 cm kłącza imbiru (tak samo, jak wyżej), posiekane w małe kawałki
3 duże dymki pokrojone w kostkę wraz ze szczypiorkiem
3 łyżki płynnego miodu (ok. 6 łyżek)
5-6 łyżek sosu sojowego (ok. 7-8 łyżek)
5 łyżek octu ryżowego (ok. 7-8 łyżek)
4 łyżki oleju (6 łyżek)
2-3 pokruszone laski cynamonu
Opcjonalnie: 2 pokruszone gwiazdki anyżu (za pierwszym razem dodałam, potem już nie, bo sama nie przepadam za jego smakiem;))

Można dodać w trakcie pieczenia:
Troszkę miodu
Przyprawa „5 smaków”

Do przybrania:

Poszatkowane chilli (bez pestek)
Poszatkowany szczypiorek z dymki

Pokrojona bagietka do maczania w sosie

Żeberka pokrój na wąskie kawałki (tak, by w każdym była tylko jedna kość). Wrzuć na blachę do pieczenia lub (jak Nigella) do dużej plastikowej zamykanej torby spożywczej (ziplock). Dodaj posiekany imbir, chilli, dymkę i szczypiorek, a także miód, sos sojowy, ocet ryżowy, olej, cynamon i (opcjonalnie) anyżek. Jeśli używasz torby spożywczej, zamknij ją i poprzewracaj w rękach, żeby składniki dobrze się wymieszały, jeśli robisz żeberka bezpośrednio na blasze, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma lub dużą łyżką. Odstaw do lodówki na co najmniej 2-4 godziny, a najlepiej na ok. dobę.

Żeberka piecz na blasze przykrytej folią aluminiową, w temperaturze ok. 200° C, przez ok. 1,5 h. I teraz macie dwie opcje. Opcja Nigelli: wyciągacie blachę, żeberka smarujecie po wierzchu dodatkową porcją miodu i posypujecie przyprawą „5 smaków”, po czym pieczecie bez przykrycia przez ok. 0.5 h; lub moja: wyjmujecie blachę z pieca, zdejmujecie folię, nastawiacie piekarnik na silne grzanie z góry po czym pieczecie jeszcze przez jakieś 10-15 minut, albo aż żeberka się zarumienią. Podawać na półmisku posypane świeżym szczypiorkiem i posiekanym chilli (bez pestek), lub serwować prosto na talerze. UWAGA! Na dnie blachy powinien znajdować się absolutnie rewelacyjny, orientalny sos – dlatego dobrze mieć w zanadrzu pokrojoną bagietkę, którą goście będą mogli w nim zamoczyć!

Rada dla zainteresowanych opcją "Sylwester" lub „Impreza”: żeberka dobrze jest wstawić do pieca tuż przed przyjściem gości i liczyć, że będą gotowe w mniej-więcej 2 h, a więc akurat w momencie, gdy nasi znajomi zjedzą już zimne przekąski i chętnie spróbują czegoś nowego:)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Tarta z karmelizowaną cebulą, niebieskim serem i bekonem

CEBULA. Uwielbiam ją. Nieposłuszna i niepokorna, trudno ją obrać i jeszcze trudniej pokroić. A mimo to – warto, bo zmienia smak wszystkiego. Możesz ją jeść na surowo, smażyć, piec, karmelizować i upijać winem – w każdej postaci będzie pyszna, w każdej będzie miała inny, niepowtarzalny smak. Gdybyśmy chcieli sklasyfikować ją w kategorii biżuterii warzyw, cebula to prawdziwy nieoszlifowany diament, wykazujący się niesłychanym potencjałem kamień szlachetny incognito.

Cóż więc może być lepszego, niż cebula? Odpowiedź jest prosta – dużo cebul. Podduszonych na maśle, karmelizowanych w cukrze i occie balsamicznym, dopełnionych smakiem wędzonego boczku i ukoronowanych pierzynką z niebieskiego sera. Bo ostre, niebieskie sery świetnie smakują w towarzystwie czegoś słodkiego – owoców, marmolady lub właśnie karmelizowanej cebuli; tak właśnie podaje się je często we Francji, Włoszech czy Anglii, gdzie powstają. Choć to oczywiście rzecz gustu, dla mnie samej czym ostrzejszy ser, tym słodszy powinien być uzupełniający go dodatek.

Do tarty możecie użyć sera według własnych preferencji – od bardzo ostrego Roquefort’a poprzez Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert czy Stilton’a, aż po poczciwy polski Lazur lub Rokpol. Jeśli wolicie, ser niebieski możecie zastąpić ostrym, długo dojrzewającym serem żółtym – np. Cheddarem lub polskim serem Bursztyn. Pamiętajcie jednak o zasadzie wspomnianej powyżej – czym ostrzejszy ser, tym słodsze powinno być cebulowe nadzienie.


Tarta bardzo dobrze nadaje się na lunch lub kolację, ale ze względu na łatwość przygotowania świetnie spisuje się też jako jedno z dań na szwedzkim stole w czasie imprezy. Moi goście zjadają ją zawsze z wielkim smakiem!

Aha, jeszcze jedno. Jeśli macie cierpliwość i umiecie samodzielnie wyrabiać ciasto francuskie – oczywiście możecie przygotować je sami. Ja jednak zdaję się w tym względzie na gotowe do kupienia ciasto mrożone – oszczędza czas i ryzyko, że coś nam nie wyjdzie, a na efekt końcowy w żaden sposób nie wpływa. W kuchni, jak we wszystkim innym, należy maksymalnie ułatwiać sobie życie:)


Na 1 blachę tarty potrzebujesz:

1 opakowanie ciasta francuskiego (rozmraża się przez ok. 0.5 h)
Papier do pieczenia

Nadzienie:

1,2 kg czerwonej cebuli, obranej i pokrojonej w cienkie piórka
20 dkg boczku wędzonego pokrojonego w kostkę
1 łyżka masła
2 łyżki oliwy
2 łyżki cukru
1-2 łyżki octu balsamicznego (dwie łyżki dodaj dla bardziej wytrawnego smaku)
Sól
Pieprz
Przyprawa bulionowa „maggi” (lub ekwiwalent)

Do posypania:
40 dkg niebieskiego sera Twojego wyboru (zobacz wyjaśnienie powyżej)

Zaczynam na ogół od zrobienia nadzienia, często przygotowuję je wręcz poprzedniego dnia, by upieczenie tarty zajęło mi potem mniej czasu. Na patelni rozgrzewam oliwę, dodaję boczek i smażę, aż ładnie się przyrumieni i nada oliwie pyszny, wędzony aromat. Dodaję masło, potem cebulę i smażę ją (mieszając, by uniknąć przypalenia), aż zrobi się miękka i słodkawa, ale nie - przypalona czy chrupiąca. Powinno to zająć ok. 10-15 minut, ale tak naprawdę liczy się nie czas smażenia, tylko efekt. Dodaję cukier, ocet balsamiczny i przyprawiam do smaku solą, pieprzem i „maggi”, po czym jeszcze chwilę smażę, cały czas mieszając, aż cebula się przyrumieni, a cukier rozpuści i nada jej pięknego, złocistego wyglądu. 


Piekarnik nagrzewam do temperatury 220°C. Na blasze kładę papier do pieczenia, następnie rozmrożone ciasto francuskie, najlepiej zawijając do góry brzegi, by powstała krawędź (nie jest to jednak koniecznie, jeśli zostawisz przy brzegach zapas pergaminu). Ciasto nakłuwam w wielu miejscach widelcem i wkładam do piekarnika na ok. 5-7 minut, aż się upiecze. Przy tej okazji ciasto prawdopodobnie urośnie, ale to nie szkodzi. Wyjmuję je z piekarnika, delikatnie „ubijam” widelcem, by opadło, następnie wykładam farsz i dokładnie przykrywam go serem, pokruszonym lub pokrojonym w plasterki. Całość ponownie wkładam do piekarnika, zmniejszam temperaturę do 180°C i ustawiam grzanie z góry. Piekę przez kolejne 10-15 minut, tak, by farsz się zagrzał, a ser przypiekł i zrumienił. Po wyjęciu z piekarnika tartę podaję od razu lub zostawiam do ostygnięcia. Jeśli przygotowujecie potrawę na imprezę, możecie zrobić ją z wyprzedzeniem nawet 24 godzin – upewnijcie się tylko, że w czasie przechowywania będzie dobrze przykryta i trzymana w chłodnym miejscu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...