Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Comfort food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Comfort food. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 października 2011

I to już jesień… zupa z pieczonej pietruszki i fenkułu


Gdy lato mija i nastaje jesień, chętnie sięgam po przepisy kuchni brytyjskiej – niedocenianej, a tymczasem naprawdę prześwietnej. Jest z nią dokładnie ten sam problem, co z kuchnią polską – wbrew pozorom nie tak łatwo dobrze przyrządzić potrawy z jej kanonu, ale gdy już się to zrobi – smakują rewelacyjnie, choć nieraz bazują na bardzo prostych składnikach i rozwiązaniach.

Przez dania kuchni brytyjskiej przemawia solidność i komfort – tak bardzo nam potrzebne, szczególnie jesienią. Nieraz zastanawiałam się, skąd właśnie u Anglików (którzy wcale nie przepadają za jedzeniem) takie pyszne, poprawiające humor rozwiązania, i mam swoją teorię na ten temat. Powód jest – moim  zdaniem – bardzo prosty: potworne, wszechobecne zimno, przed którym nie ma ucieczki, ale które za to przeszywa Cię do kości. Żeby była jasność – w Anglii zimno jest nie tylko zimą czy jesienią, ale przez cały rok. Nie z powodu temperatur – te wbrew pozorom są bardzo przyjemne, a i deszczy jest tam o wiele mniej, niż podaje obiegowa opinia. Nie nie, geneza Wielkiego Chłodu jest zupełnie inna – Anglicy nie wierzą ani w centralne ogrzewanie, ani w izolację ścian, ani tym bardziej w uszczelnianie okien. Stąd często cieplej jest na zewnątrz, niż w środku. Coś jak na południu Hiszpanii, tylko… wyjściowe temperatury nie te same…

No ale jak już sobie urządzisz życie, w którym non stop jest zimno, to musisz się w nim jakoś odnaleźć. I dlatego właśnie – by przetrwać – Anglicy opanowali sztukę przyrządzania całej gamy rozgrzewających potraw. Odkryli też wiele innych sposobów (bynajmniej nie romantycznych) na pokonywanie tego swojego Wielkiego Chłodu, ale o tym kiedy indziej. Teraz dodam tylko, że o jednym z nich – czyli o wszechobecnej gorącej herbacie – już Wam kiedyś pisałam przy okazji przepisu na maślane ciasteczka.

A póki co zapraszam na jeden z rozgrzewających specjałów kuchni brytyjskiej – zupę z pieczonej pietruszki i fenkułu. Brzmi dziwnie? Może i tak. Ale smakuje naprawdę dobrze:)


1 kg korzeni pietruszki
1 duża cukinia
1 fenkuł
1 litr bulionu warzywnego
3 łyżki kwaśnej śmietany + trochę do dekoracji
1 doniczka świeżej natki pietruszki (lepsza, niż pietruszka sprzedawana w pęczkach), posiekana
8 plastrów szynki Serrano (opcjonalnie)
2 łyżki whisky (opcjonalnie)
1 łyżka Ricard lub Pernod
sól
pieprz

Grzanki
4 kromki ulubionego chleba
8 plastrów ostrego sera, np. (cheddar, bursztyn lub ser morski)


Korzenie pietruszki obierz i przekrój wzdłuż. Wrzuć do wrzątku i gotuj, aż warzywa będą miękkie. Dorzuć fenkuł i gotuj jeszcze przez 5-6 minut. Wyjmij warzywa z garnka, zachowując wodę z gotowania.

Cukinię pokrój w grube plastry. Jeśli jest młoda i jej skórka jest cienka, nie musisz cukinii obierać (w przeciwnym wypadku – należy to zrobić). Pietruszkę i fenkuł oraz kawałki cukinii umieść na blasze, skrop oliwą i całość wymieszaj rękoma. Wstaw do pieca i piecz w temperaturze 180º C, aż warzywa staną się złociste.

Następnie przełóż wszystko do blendera, dodaj bulion i wodę z gotowania. Przetrzyj na gładką masę, dodając w razie potrzeby odrobinę wody. Dopraw do smaku solą i pieprzem, dodaj whisky i Ricard (lub Pernod), natkę pietruszki i śmietanę.

Podawaj z kawałkami szynki Serrano (wegetarianie mogą naturalnie pominąć ten element:)), grzankami serowymi i kleksem śmietany, posypane pietruszką i świeżym pieprzem.

niedziela, 25 września 2011

Jak delikatessen bloga nie pisała. Hiszpańskie flaki z kiełbasą chorizo duszone w pomidorach i czerwonym winie.


No więc pamiętacie zapewne mój ostatni post... kiedy to było? 1 sierpnia. Prawie dwa miesiące temu... proszę bardzo.

 Już miało być tak pięknie, już post miał gonić post, a zamiast tego - to ja goniłam za czasem, którego miałam dla siebie wyjątkowo mało. Łatwo jest wejść w pewną rutynę. Łatwo się dyscyplinować wiedząc, że robisz coś niejako zgodnie z harmonogramem. Dużo trudniej za nim podążać, gdy raz z tej rutyny wypadniesz.

I tak właśnie było ze mną. Nie miałam czasu i tyle. Ale szkoda mi tych wszystkich postów, których nie napisałam, tych wszystkich pysznych potraw, których nie uwieczniłam, tych wszystkich myśli, którymi się z Wami nie podzieliłam. No ale - trudno. Whatever. Kilka dni temu bardzo zmobilizowała mnie Nina, tłumacząc, że brak czasu to żadna wymówka. "Nowy początek" - jak to określiła. I wiecie co? - w sumie ma rację. Zawsze da się wykroić kilka chwil tu i tam, żeby robić to, co się kocha. I tak samo, jak dalej znajduję czas na gotowanie, tak samo chcę go znajdować, by się z Wami tym gotowaniem podzielić.

Niestety zaprzepaściłam masę wspaniałych zdjęć rewelacyjnych potraw - to długa historia - ale, wyposażona w nowy aparat, zaczynam od nowa! Co prawda nie opanowałam jeszcze wszystkich związanych z nim kwestii technicznych, więc przez kilka wpisów będę musiała posiłkować się fotografiami z dość zamierzchłych czasów, mam jednak nadzieję, że i tak znajdziecie tu coś dla siebie:)

A dziś - inspirowany słońcem, Hiszpanią i "Piątą Ćwiartką" (fenomenalną restauracją Kręglickich w warszawskich "Arkadach Kubickiego") - nietypowy przepis na flaki, czyli jedyne podroby, jakie jadam:)

Spróbujcie koniecznie!



Flaki z chorizo duszone w pomidorach i czerwonym winie*

4 Porcje


1 kg flaków wołowych, dobrze oczyszczonych i poszatkowanych (do dostania u dobrego rzeźnika lub w delikatesach) 
20 dkg kiełbasy chorizo (można zastąpić inną kiełbasą z wędzoną papryką), pokrojonej w plasterki
2 duże cebule, pokrojone w piórka
0,5 kg świeżych pomidorów gruntowych pokrojonych w cząstki (lub 2 puszki pomidorów)
2 ząbki czosnku, posiekane

1 papryczka chilli, posiekana (pestki można usunąć lub zostawić, w zależności od tego, jak ostre ma być danie)
100 ml wytrawnego czerwonego wina
100 ml bulionu warzywnego (opcjonalnie)
2 łyżeczki słodkiej papryki
1 łyżka cukru (opcjonalnie)
Szczypta majeranku i tymianku
Sól
Pieprz
Natka pietruszki (do posypania)
4 łyżki kwaśnej śmietany (opcjonalnie)



W dużym rondlu rozgrzej 3-4 łyżki oliwy i wrzucić plasterki kiełbasy chorizo. Gdy się przyrumienią, zdejmij je z ognia i odsącz na bibule, a na tę samą oliwę wrzuć cebulę, czosnek i chilli i duś na małym ogniu, aż nabiorą słodyczy i złotawego koloru (nie powinny jednak się przyrumienić!). Przełóż je do miseczki, zwiększ ogień i dodaj do rondla flaki. Smaż przez 2-3 minuty, aż się przyrumienią, dodaj paprykę, majeranek i tymianek, dokładnie wymieszaj, a następnie dodaj pomidory i podsmażaj przez kilka minut. Zalej winem i ewentualnie bulionem (jeśli chcesz, by flaki miały bardziej wodnistą, tradycyjną konsystencję zupy), dodaj chorizo i duś na małym ogniu przez ok 20 minut. Dopraw do smaku solą i pieprzem.


Podawaj posypane natką pietruszki. Ja - choć to niezbyt hiszpańskie - zdobię danie kleksem gęstej śmietany, dla złagodzenia smaku. Szczególnie polecam z kieliszkiem czerwonego wina i świeżym śródziemnomorskim chlebem na oliwie!



* Powyższy przepis odtworzyłam na podstawie dania podawanego w warszawskiej restauracji "Piąta Ćwiartka" Agnieszki i Marcina Kręglickich. Odtwarzając przepis, częściowo inspirowałam się tym znalezionym tutaj.

niedziela, 22 maja 2011

Angielskie ciasteczka maślane o migdałowym posmaku



Pisałam Wam kiedyś o zamiłowaniu Anglików do herbaty i całej kolekcji herbacianych przysmaków, które w związku z tym wymyślili. Wśród nich scones i flapjack’i to zdecydowany hit, ale całkowicie ex aequo zaszczytne pierwsze miejsce w herbaciano-zakąskowym rankingu zajmują z nimi angielskie maślane ciasteczka. Są rewelacyjne. Po prostu – przepyszne. Jakby Wam to wyjaśnić? Leżą sobie na tacy czy talerzyku – złociste i pulchniutkie, choć raczej nieregularne w kształtach i wizualnie niedoskonałe. Raczej nie chwaliłby się nimi cukiernik francuski czy belgijski, i nie postawiłby koło bakaliowych tart lub palmière’ów. Ale weź tylko takie maleństwo do buzi, a zaraz zrozumiesz, dlaczego Anglicy tak je kochają. Choć na pierwszy rzut oka wydają się twarde i chrupiące, dosłownie rozpływają się w ustach, zostawiając rozkoszny, maślano-słodkawy smak. Mają aksamitną konsystencję i rewelacyjnie smakują zarówno jako „zagryzka” do herbaty, jak i maczane w ciepłych napojach.

A co naprawdę ważne – robi się je błyskawicznie. Pamiętam, że kiedyś bardzo spieszyłam się do mojej przyjaciółki na jakiś nasz babski wieczór, ale bardzo chciałam przynieść jej coś domowego. Ciasto nie wchodziło w grę, bo czasu miałam naprawdę mało, wybór padł więc właśnie na takie angielskie cookies. Zrobiłam je dosłownie w ostatniej chwili, a potem z wielkim smakiem zagryzałyśmy nimi słodkie wino deserowe…

W kuchni nie jestem szczególnie ortodoksyjna, ani nawet konserwatywna. Wypróbowuję wszystko, co wpadnie mi w oko, i na ogół maksymalnie upraszczam sobie życie. Nie lubię kulinarnego zawracania głowy i zazwyczaj skrzętnie omijam przepisy, które zapowiadają się czasochłonnie (o ile oczywiście nie chodzi o coś specjalnego, jak na przykład o sushi, które potrafię wyrabiać przez cały dzień na wieczorną kolację czy imprezę). Ale na domowe ciasteczka bardzo Was namawiam. Tak samo, jak w wypadku własnoręcznie robionego majonezu – pracy jest przy nich mało, a efekt – nieporównanie lepszy od tego, który osiągniecie, sięgając po towar ze sklepowej półki.

Dlatego – pieczcie ciasteczka! Z pewnością bardzo posmakują Wam i Waszym gościom podczas popołudniowej herbatki:)

Pieczenia ciasteczek według poniższego przepisu nauczyła mnie moja Mama:) Obie uwielbiamy je robić!


Na ok. 40 ciasteczek potrzebujesz:

1,5 szklanki mąki
1 kostka miękkiego masła, pokrojona na mniejsze kawałki
2 jajka
½ szklanki cukru
1 paczka cukru waniliowego (ok. 16 g)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
3-4 łyżki płatków owsianych
kilka kropel esencji migdałowej
100 g płatków migdałowych lub mielonych migdałów (opcjonalnie)

Piekarnik nastaw na 180° C. W robocie kuchennym utrzyj na krem masło z cukrem i cukrem waniliowym. Wciąż ubijając, dodaj mąkę, proszek do pieczenia, esencję migdałową i całe jajka. Ubijaj, aż całość nabierze gładkiej, jednolitej konsystencji. Dodaj płatki owsiane i (opcjonalnie) migdały. Wymieszaj. Masa powinna być gęsta i kleista, ale zwarta. Jeśli masz wrażenie, że jest zbyt rzadka, dodaj 1 lub 2 dodatkowe łyżki płatków owsianych. Łyżeczką wykładaj „kupki” masy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zachowując dość duże odległości, bo ciasteczka bardzo urosną. Wstaw blachę do piekarnika. Piecz partiami przez ok. 8 min, aż ciasteczka staną się pulchne i rumiane. Ciasteczka będą miękkie w momencie wyjęcia – stwardnieją dopiero, gdy wystygną. Podawaj do herbaty lub podjadaj, gdy tylko masz ochotę;) Noooo, może nie aż tak – te ciasteczka to niestety straszny kaloryczny zdrajca;)

niedziela, 15 maja 2011

Singapurska laksa



Pogoda ostatnio różna, niby zapowiadają upały, ale póki co – różnie z tym bywa. Mam dla Was w zanadrzu kilka bardzo letnich przepisów, ponieważ jednak nasz klimat nie może się zdecydować – ja też póki co nie będę.

Dziś więc potrawa neutralna pogodowo – i na słońce, i na deszcz. Szybka, łatwa – jak prawie wszystko, co Wam proponuję – a przy tym bardzo efektowna i bardzo pyszna.

Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi z książki „Zupy” z serii Le Cordon Bleu, po próbach i doświadczeniach został przeze mnie zmodyfikowany – zamiast proponowanego 1 litra mleka kokosowego i 250 ml bulionu, daję 400 ml (1 puszkę) mleka kokosowego i 800 ml bulionu warzywnego lub drobiowego.



Dla 4 osób:

18 gotowanych, obranych krewetek królewskich lub tygrysich
4 dymki, posiekane
3 ząbki czosnku, posiekane
5 suszonych papryczek chilli (lub 3 świeże), pokrojonych
2 łodygi trawy cytrynowej (tylko białe części), pokrojone
3 łyżeczki mielonej kurkumy
1 łyżka pasty krewetkowej (pominęłam)
½ łyżeczki nasion kolendry
1 l mleka kokosowego (użyłam 400 ml mleka kokosowego i 800 ml bulionu)
2 łyżki oleju
2 łyżki cukru
500 g filetów z piersi kurczaka
250 ml bulionu drobiowego
250 g ulubionego makaronu azjatyckiego (ja używam stosunkowo cienkiego makaronu pszennego)

Do przybrania:

Listki mięty i/lub kolendru
1 porcja szczypioru sałatkowego, posiekana
1 papryczka chilli, posiekana
4 ćwiartki limonki


Szalotki i czosnek zmiksuj w malakserze na gładką masę. Dodaj paprykę chilli, trawę cytrynową, kurkumę, pastę krewetkową (opcjonalnie), kolendrę oraz 60 ml mleka kokosowego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę.

W średniej wielkości garnku rozgrzej olej, dodaj przyrządzoną pastę i smaż przez 1 minutę, cały czas mieszając. Dodaj pozostałe mleko kokosowe, bulion, cukier i 1 łyżeczkę soli. Mieszaj całość aż do momentu zagotowania. Zmniejsz ogień i gotuj przez kolejne 10 minut.

Do małego garnka włóż kurczaka, wlej do niego 250 ml bulionu (tak, aby przykryć mięso). Gotuj pod przykryciem przez 8 minut, następnie wyjmij i pokrój w kostkę.
Makaron ugotuj zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu i odcedź.

Makaron, krewetki i kurczaka rozdziel na 4 miseczki, następnie zalej gorącą zupą. Przybierz listkami świeżej mięty i kolendry, limonką, posiekanym szczypiorem i dymką. Podawaj od razu.

                                                                                    

sobota, 26 marca 2011

Kokosowe czerwone curry z bakłażanem



Pamiętam, gdy zjadłam czerwone kokosowe curry po raz pierwszy. To było dawno, choć wydaje się, jakby wczoraj. A może wcale nie tak dawno?

W każdym razie na długo przed tym, nim kokosowe curry zagościło również na polskich stołach. Zamówiłam je z karty trochę dlatego, że curry (tego hinduskiego, które znałam) nigdy nie było mi dość, a trochę zaciekawiona nazwą (curry z kokosa? jak to?) i sugestiami znajomych, żebym koniecznie spróbowała.

Spróbowałam… no i wpadłam po same uszy:) Mało jest potraw, które uwielbiam tak niezawodnie, jak tajskie kokosowe curry. Smakuje mi w każdej postaci, choć moje ulubione jest chyba curry żółte – bardzo aromatyczne od przypraw, ale nie pikantne, tylko lekko słodkawe. Natomiast curry czerwone kojarzy mi się trochę  - wybaczcie to porównanie – z tradycyjną, polską pomidorową zabielaną śmietaną i podawaną z rozgotowanym ryżem – jakby nie było, hit każdego przedszkola. Właśnie w przedszkolu taka pomidorówka była jednym z nielicznych dań, do zjedzenia których w ogóle udawało się mnie nakłonić – uwielbiałam ją. Być może więc to, że dziś tak bardzo lubię czerwone curry – również „zabielone” mlekiem kokosowym i pałaszowane w towarzystwie specjalnie gotowanego na miękko, perłowego wręcz ryżu – ma jakiś związek z moimi najdawniejszymi wspomnieniami przedszkola i dzieciństwa:)

No ale do rzeczy. Curry. Po tym, jak spróbowałam go za granicą, wiedziałam, że chciałabym przygotować je kiedyś w Polsce. Łatwo nie było, bo nie było też głównych składników – przede wszystkim tajskich past curry (lub elementów do zrobienia ich w domu), a i z mlekiem kokosowym było wtedy trudno. Przeglądałam przepis za przepisem, z poczuciem, że zawsze sprawa pada na jednym – braku składników. A danie już z opisów wydawało się takie łatwe… Na szczęście mieszkałam wtedy jedną nogą w Anglii i to tam zakręciłam się wokół potrzebnych produktów.

Gdy więc wreszcie ugotowałam curry sama, ujęło mnie znowu – już nie tylko smakiem, ale i tym, że jest tak szybkie i proste w wykonaniu. A jak już być może się zorientowaliście, takie potrawy lubię najbardziej. Kuchnia i gotowanie też muszą być „user friendly” :)

Jeśli już je próbowaliście – wiecie, o czym mówię. Jeśli myślicie o tym, by przyrządzić je sami – nie bójcie się! Jak raz dostanie się składniki (a obecnie stoją na półkach większości supermarketów, nie mówiąc już o sklepach z żywnością orientalną) – reszta przychodzi naprawdę łatwo:)

Przyznaję – używam gotowej pasty. Najbardziej dlatego, że skompletowanie wszystkich składników niezbędnych do jej przygotowania (takich jak np. pasta krewetkowa) zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Jeśli jednak lubicie tworzyć swoje dania od podstaw i zależy Wam na paście domowej, w Internecie bez trudu znajdziecie wiele dobrych przepisów:)

Kokosowe curry świetnie smakuje z kurczakiem, krewetkami, a nawet z kaczką. Dziś postanowiłam podać Wam przepis na wersję wegetariańską, z papryką i dużą ilością bakłażana (którego zresztą dodaję do tajskiego curry zawsze –  w tym przepisie pełni w nim jednak rolę główną). Aha, no i jeszcze uwaga na koniec – do czerwonego curry nie dodaję na ogół świeżej papryczki chilli, bo pasta sama w sobie powinna być dość ostra. Jeśli chcę dodać potrawie pikantności, na samym końcu dodaję do niej jakiś ostry sos lub nawet hinduskie pikle (choć to dość nieortodoksyjne). W ten sposób nie ryzykuję, że już na wstępie nadam curry zbyt pikantnego smaku.

No dobra. Koniec pisania. Pora pogotować!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
2-3 łyżki czerwonej pasty curry (w zależności od producenta)
1 papryka, najlepiej żółta lub zielona, pokrojona w paski
2 bakłażany, pokrojone w większą kostkę
2 pomidory, pokrojone w większą kostkę
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki cukru
sok z ½ limonki
olej – do smażenia
Opcjonalnie, do smaku: sambal oelek, sos chilli, sos imbirowy lub nawet pikle z chilli (dla zaostrzenia potrawy)

Do podania:

Ćwiartki lub plasterki limonki
Garść posiekanej kolendry
Garść posiekanej mięty
Garść posiekanego szczypioru sałatkowego (spring onions)

W dużym garnku lub w woku rozgrzej olej. Dodaj bakłażana i paprykę i smaż, aż zmiękną (bakłażan wchłonie dużo tłuszczu – w razie czego – dolej oleju w trakcie smażenia). Następnie dodaj pomidory i smaż chwilę, po czym dodać pastę curry i całość smaż przez ok. 1 minuty, cały czas mieszając. Dodaj mleko kokosowe i – jeśli trzeba – ok.1/2 szklanki wody. Całość gotuj na małym ogniu przez ok. 12 minut, aż pasta dobrze się rozpuści a bakłażan będzie miękki. Dodaj cukier, sos ryby i sok z limonki. Jeśli sos jest za gęsty – dodaj odrobinę wody. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku.

Podawaj z ryżem, w małych miseczkach, przyozdobione kawałkami limonki i posypane szczypiorkiem, kolendrą i miętą.

Tradycyjnie ryż do kokosowego curry serwuje się w oddzielnych miseczkach, po czym nabiera się go trochę łyżką i zanurza w kokosowym sosie – wybór sposobu podania należy więc do Was:)


wtorek, 22 marca 2011

Karmelowo, ekspresowo. Flapjack.


Flapjack. Pamiętam bardzo dobrze, gdy zjadłam go po raz pierwszy. To było wiele, wiele lat temu w Anglii, w jakiś deszczowy, pochmurny dzień, gdy brak ogrzewania i nieszczelne okna w naszym starym college’u rekompensowaliśmy sobie ciepłą herbatą i „czymś do niej”.

Nietrudno się zorientować, że w Anglii w ogóle wszystko kręci się wokół herbaty, a co za tym idzie – również wokół całego jej entourage’u. Jak w powietrzu wisi kłótnia – to herbata. Jak wybucha wojna – herbata. Ojciec dowiaduje się, że jego na wskroś nieodpowiedzialny, zepsuty syn i dziedzic przeputał właśnie cały majątek? Herbata.

Kulisz się z zimna, bo temperatura spada, a Anglicy nie wierzą w centralne ogrzewanie? Cóż z tego? Herbata.

No, ale skoro herbata, to również coś do niej. Czajniczki, spodeczki, filiżaneczki, kubeczki… ale też ciasteczka, bułeczki, kanapeczki i wszystko inne, co z herbatą tworzy zgrany team.

Stąd wysokie notowania scones, biscuits, digestives, teacakes i innych tam takich herbacianych zagryzek.

No i jest jeszcze flapjack. Zupełnie inna liga. Coś jakby… hmmm… połączenie krówek, ciasteczek maślanych, müsli i karmelków:) Coś, w czym się zagłębiasz, zatapiasz, gubisz… w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Owoce i masło. Masło i karmel. Karmel i miód.

Macie coś takiego, że niektóre słowa wyjątkowo dobrze Wam się wymawia? Ja mam coś takiego właśnie z flapjackiem.

Flap… Jack… FLAPJACK!


Poniższy przepis jest właściwie kompilacją dwóch innych, znalezionych na BBC Food: autorstwa Sophie Dahl i Celii Brooks Brown. Ja zrobiłam, jak zawsze, całkiem po swojemu z lekką nutą inspiracji;)

Również jak zawsze, przepis jest łatwy (chyba nie sposób go zepsuć) i błyskawiczny. Przygotowanie to dosłownie 5 minut, zapieczenie – jakieś 15 do 20. I tyle.

Jedyna rzecz, którą bym poprawiła w moim flapjack’u, to stosunek płatków owsianych do wilgotnej, maślano-karmelowej masy. Może jej być więcej. Nie wiem, czy po prostu powinnam była dodać mniej płatków, czy krócej piec (następnym razem spróbuję pewnie obu tych rzeczy naraz;)), ale – jak dla mnie – flapjack mógł wyjść jeszcze bardziej wilgotny i lepki. Jest to jednak rzecz gustu, więc jeśli lubicie lepkie ciasteczka – nie dosypujcie dodatkowych porcji płatków czasie mieszania masy, i pieczcie tylko ok. 15 minut.

Do flapjack’a warto dodać suszone owoce. U mnie nieprzypadkowo były to żurawiny i rodzynki, bo są dość kwaśne, a chodziło mi o to, by przełamać słodycz karmelu. Możecie jednak zastąpić je tym, co lubicie lub co akurat macie pod ręką: suszoną papają, mango, wiórkami kokosowymi, kandyzowaną papają, skórką pomarańczową… lub czym tylko będziecie chcieli:)

Na 1 blachę flapjack’a:
200 g masła
200 g brązowego cukru*
2-3 łyżki miodu
sok z 1/2 cytryny
ok. 200 g płatków owsianych (+ dodatkowe 100 g do ewentualnego dodania później)
1 standardowe opakowanie suszonych owoców żurawiny
1-2 garście rodzynek

* Jeśli jesteś doświadczoną kucharką lub kucharzem, możesz użyć białego cukru i skarmelizować go w maśle – jeśli jednak nie czujesz się w kuchni wystarczająco pewnie, postaraj się o brązowy cukier.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. W rondelku rozgrzej masło, cukier i miód. Gdy wszystko roztopi się na jednolity płyn, dodaj płatki owsiane, suszone owoce i sok z cytryny. Całość wymieszaj; powinna powstać jednolita masa. Jeśli mieszanka jest zbyt rzadka – podsyp płatkami owsianymi.

Blachę przykryj papierem do pieczenia, następnie wyłóż na nią równomiernie masę. Wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, tak, by flapjack przyrumienił się z wierzchu, ale zachował w środku lepką, wilgotną konsystencję .

Wyjmij z piekarnika i pozostaw do ostudzenia. Podawaj pokrojone w małe kwadraciki lub – jeśli wolisz – w prostokąciki.


sobota, 12 marca 2011

Wiosenny stir-fry, czyli co gotujemy, gdy za oknem słońce…:)


Jest fajnie. Naprawdę. Dziś słońce świeciło nie przez 15 minut, tylko przez cały dzień.

Jest super. Serio! Bo jak pojawia się słońce, super po prostu być musi.

Jest pięknie. Mówię Wam! Pięknie, kolorowo, cudownie. Bo przecież wspaniały jest świat!

Jest ciepło. Ach, jak ciepło! Niedawno szczypał nas w nosy mróz, teraz buzie smaga słońce:)

Jest miło. Tak po prostu.

Jest przyjemnie. Tak, jak chciałoby się, żeby było zawsze.

Jest wiosna. Nareszcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :)

Moi drodzy, z okazji wiosny mam dziś dla Was piękne danie – kolorowe, urozmaicone i przepyszne. I jeszcze życzenia – byście potrafili czuć wiosnę w sercu nie tylko wtedy, gdy jest za oknem, ale i przez cały czas… gdy tylko to możliwe:)

Pozdrawiam Was bardzo cieplutko i dziękuję – nieustająco – że do mnie zaglądacie, że czytacie… i że zostawiacie takie miłe komentarze! Wywołują uśmiech na mojej buzi tak samo, jak wiosenne słońce za oknem:)

Miłego weekendu!


Dla 4 osób:

0,5 kg karkówki lub schabu wieprzowego, pokrojonej w cienkie, małe kawałki
1 czerwona papryka, pokrojona w cienkie paski
1 pęczek listków kapusty bok choi/pak choi (można zastąpić szpinakiem lub kapustą pekińską)
1 bakłażan, pokrojony w cienkie, ale spore kawałki
kawałek imbiru długości ok. 5 cm, posiekany
1 papryczka chilli, drobno posiekana
1 ząbek czosnku, pokrojony w cienkie plasterki
1 spory pęczek szczypioru sałatkowego (czyli zielonej części dymki), posiekany
1 limonka, pokrojona w „szóstki”
3 porcje średniej grubości azjatyckiego makaronu (użyłam makaronu pszennego)
garść kolendry, do posypania (opcjonalnie)
1 łyżka przyprawy „5 smaków”
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki słodkiego sosu chilli lub sosu miodowo-czosnkowego (opcjonalnie)
2 łyżki sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka tajskiej pasty z chilli, bazylii i oliwy (opcjonalnie)
Olej lub oliwa

Marynata:

2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego
1 łyżka octu (najlepiej ryżowego)

Opcjonalnie: 1 łyżka hinduskich pikli z chilli, 1 łyżka pasty z chilli i bazylii lub sambal oelek, 1 łyżka sosu imbirowego

Składniki marynaty wymieszaj w misce. Dodaj mięso, wymieszaj i odstaw minimum na 20 minut, a najlepiej na 2-3 godziny.

W woku lub na dużej patelni rozgrzej olej lub oliwę, i gdy będzie gorący, dodaj mięso, smaż, aż będzie złociste, po czym zdejmij z woka i odstaw. Na woka wrzuć bakłażana (dolewając oleju, jeśli trzeba), smaż, aż się przyrumieni i również zdejmij go i odstaw na bok. Dodaj papryczkę chilli, imbir, czosnek i część szczypioru sałatkowego, smaż przez chwilę, po czym dodaj przyprawę „5 smaków”, a po ok. 15 sekundach – pozostałe warzywa. Smaż przez ok. 3-4 minuty, aż warzywa będą złociste i stracą surowość, ale wciąż będą chrupiące i jędrne.

W międzyczasie przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Gotowy makaron odcedź z wody, zachowując jej ok. pół szklanki.

Gdy makaron i warzywa w woku będą gotowe, dodaj pozostałe sosy i przyprawy wraz z odłożoną wodą. Dodaj bakłażana, mięso i makaron, całość starannie wymieszaj i – jeśli trzeba – dopraw do smaku.

Podawaj z posiekanym szczypiorem i kawałkami limonki, oraz – opcjonalnie – ze  świeżą, posiekaną kolendrą. Tuż przed jedzeniem wyciśnij sok z limonki prosto na swoją porcję makaronu… smakuje wyśmienicie:)

 

środa, 2 marca 2011

Du-Za Mi-Ha… i pikantna zupa kokosowa z kurczakiem


W weekend odwiedziłam knajpkę wietnamską Du-Za Mi-Ha na ulicy Widok w samym centrum Warszawy. Słyszeliście już o niej? Ja wybrałam się tam po raz pierwszy, zachęcona bardzo dobrymi recenzjami w prasie i na gastronauci.pl.

I muszę powiedzieć… podobało mi się. A to z trzech powodów.

Po pierwsze – charakter serwowanych dań. Pojawiają się powoli w Warszawie miejsca z azjatyckim jedzeniem, które nie sprowadza się do glutowatych sosów na bazie mąki kukurydzianej i kapusty pekińskiej. Jest ich jednak wciąż mało. Mnie, uformowanej kulinarnie (jak to szumnie brzmi!) na wszelkich noodle soups, którymi szczególnie zachwycałam się tu i tu, bardzo brakowało tego, co w kuchni wschodu stanowi podstawę – aromatycznych dań z makaronem i dodatkami wszelkiej maści. Piszę, że brakowało – ale odnalazłam je właśnie w Du-Za Mi-Ha. Menu jest bardzo proste, zawiera w sobie jednak to, co moim zdaniem w kuchni wietnamskiej najcenniejsze – bogactwo smaków, aromatów i tekstur, zawarte w dość nieskomplikowanych wbrew pozorom kompozycjach. Choć więc lista dań jest bardzo długa, sprowadza się tak naprawdę do dwóch kategorii – zupa Pho z różnymi rodzajami makaronów i dodatków do wyboru, obficie posypana kolendrą i kiełkami soi, oraz makarony smażone, również w wielu wariantach. Do tego kilka przystawek, w tym pokaźne menu sajgonkowe (nemy), obejmujące wersje zarówno na ciepło, jak i na zimno.

Zjadłam zupę Pho z makaronem Bun (średnio-cienki ryżowy) i kaczką po pekińsku i muszę powiedzieć, że była przepyszna! Byłam pod szczególnym wrażeniem kaczki – rzadko zdarza mi się trafić na tak dobrze przyrządzoną – była krucha i miękka, a przy tym soczysta.

Po drugie – zachęca też standard miejsca. Nie jest to poziom restauracyjny – nawet zupełnie nie – a mimo to znacznie przewyższa jakość typowych azjatyckich barków. Jest tam czysto, jasno i przyjemnie, oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to raczej bar, niż restauracja. Nim powstała Du-Za Mi-Ha, był tam lokal z sushi, i choć miejsce trochę przerobiono i powstawiano więcej stolików, to jednak klimat pozostał. Dodatkową atrakcję stanowią w jednej z sal stoły i siedziska wpuszczone w ziemię, które dają wrażenie jedzenia na podłodze, w stylu dalekowschodnim.

Po trzecie wreszcie – niskie ceny. Wielka miska bulionu z kaczką po pekińsku kosztowała… 17 zł, a większość zup i makaronów oscylowała wokół 13-15 zł. Jak na wielką porcję naprawdę smacznego wietnamskiego jedzenie w przyzwoitym otoczeniu i samym centrum Warszawy, to naprawdę niedużo.

Wszystko to powoduje, że Du-Za Mi-Ha zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i będę tam wracać – i chyba nie tylko ja. W niedzielne popołudnie knajpka tętniła życiem, przewijało się przez nią mnóstwo grupek zamawiających dania na miejscu lub na wynos (jeśli dobre wietnamskie jedzenie wolisz zjeść w zaciszu własnego domu – może to być dobre rozwiązanie!).

Du-Za Mi-Ha jest więc zdecydowanie warta wypróbowania. Taka rekomendacja wiele znaczy w moim wypadku, bo gdy chodzi o azjatyckie makarony – jestem dość wybrdna:)

Przepraszam Was, niestety nie udało mi się zrobić zdjęć (widziałam kilka fotografii Du-Za Mi-Ha w Internecie, jeśli chcecie zobaczyć wnętrze). Tym bardziej jednak będę Was namawiała, byście poszli i wypróbowali sami…:)

Du-Za Mi-Ha
ul. Widok 16
00-023 Warszawa
tel.: (22) 826 18 71

A teraz, by pozostać w klimacie azjatyckich makaronów, mam dla Was fenomenalną pikantną zupę kokosową z kurczakiem. Nie jest wprawdzie wietnamska, ale smakuje absolutnie rewelacyjnie. Oryginalny przepis znalazłam swego czasu u Niny i od tej pory gotuję ją bardzo często, z małymi modyfikacjami. Mam nadzieję, że Wam posmakuje!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
500 ml bulionu drobiowego lub warzywnego
2 piersi kurczaka, pokrojone w kawałki
kawałek imbiru o długości 5 cm, pokrojony na kawałki
4 łodygi trawy cytrynowej, pokrojone na kawałki (ewentualnie użyj mrożonej)
1 spora papryczka chilli
4 łyżki sosu rybnego
1 łyżka cukru (najlepiej brązowego)
1 limonka
3 porcje makaronu won-ton lub ramen (azjatycki makaron pszenny)
¼ szklanki wrzątku
kolendra i dymka, posiekane (do posypania)

Marynata:

1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżeczka octu ryżowego (opcjonalnie)
1 łyżka sosu miodowego lub słodkiego sosu chilli
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)

W misce połącz składniki marynaty. Dodaj kawałki kurczaka, wymieszaj i odstaw na ok. 20 minut.

W garnku rozgrzej bulion, dodaj trawę cytrynową i imbir. Gotuj na małym ogniu przez 10-12 minut. Przecedź, trawę cytrynową wyrzuć, natomiast zachowaj kawałki imbiru i przeciśnij przez praskę do czosnku, z powrotem do zupy. Dodaj chilli, mleko kokosowe, sos rybny i cukier, po czym gotuj przez ok. 7 mnut. Dodaj makaron i ok. ¼ szklanki wrzątku, gotuj przez ok. 2 minuty, po czym dodaj kurczaka i gotuj przez kolejne 2-3 minuty, czyli aż makaron zmięknie, a kurczak będzie już ugotowany, ale ciągle miękki. Tuż przed podaniem skrop sokiem z limonki i wymieszaj.

Zupę podawaj w miseczkach, posypaną kolendrą i dymką.


piątek, 25 lutego 2011

Risotto z gorgonzolą i gruszkami


Mam nadzieję, że ten post będzie w miarę składny. Piszę go, jednocześnie oglądając bardzo dziwny francuski film o rozterkach jakiegoś faceta, którego żona jest aktorką i on nie może pogodzić się z tym, że ją na każdym kroku ktoś prosi o autograf. Oglądając takie coś, nasuwa mi się tylko jedna myśl: niektórzy to mają zmartwienia!

Pisałam Wam już o risotto. O tych maleńkich, perłowych, kleistych ziarenkach ryżu duszonych w bulionie i winie, które nabierają niezwykłej, kremowej wręcz konsystencji.

Anglicy mają takie piękne określenie – squidgy. Znaczy ono coś mięciutkiego, kleistego właśnie, ale nie – papkowatego. Coś takiego, co powoli wyjadasz łyżką z dużej miseczki późnym wieczorem, oglądając telewizję po ciężkim i długim dniu:)

Risotto właśnie takie jest. A to połączenie – pleśniowej, prawie orzechowej w smaku gorgonzoli i gruszek karmelizowanych w miodzie – jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych. Polecam je Wam bardzo:)

Proponowane dziś przeze mnie risotto autorstwa Dave'a Barkera pochodzi – jak zwykle – od Jamiego Olivera, a dokładniej z Magazynu JAMIE; oryginalny przepis możecie też zobaczyć tutaj. Świetnie zjada się jako samodzielne danie, ale polecam Wam je też jako dodatek do mięsa – ja przyrządzam je często w towarzystwie kurczaka z szynką Serrano, o którym pisałam Wam ostatnio.


Dla 4 osób:

400 g ryżu arborio, opłukanego na sicie
200 g kremowej gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
375 ml wermutu
1 litr bulionu
1 łodyga selera naciowego, drobno posiekana
1 drobno posiekana cebula
4 łyżki masła
3 gruszki, obrane ze skórki, pozbawione gniazda nasiennego i pokrojone na kawałki (alternatywnie możesz użyć odsączonych gruszek z puszki)
3 łyżki miodu
parmezan
garść listków świeżego tymianku
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. Na żaroodpornym naczyniu ułóż gruszki, polej miodem i skrop oliwą. Całość dokładnie wymieszaj i wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, po czym wyjmij i odstaw do ostygnięcia.

W garnku rozgrzej oliwę i jedną łyżkę masła. Dodaj cebulę i seler naciowy, zmniejsz ogień i duś w małej temperaturze, aż warzywa się zeszklą i zmiękną, ale nie – przypieką. Dodaj ryż i smaż przez chwilę, po czym dodaj wermut i duś, cały czas mieszając. Gdy wermut się wchłonie, dodaj chochlę bulionu i duś, cały czas mieszając, by ryż nie przykleił się do dna. Gdy cały bulion zostanie wchłonięty, dodaj kolejną chochlę i dalej mieszaj czekając, aż ryż ponownie wchłonie cały płyn. Dodaj wtedy kolejną chochlę i powtarzaj czynność, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od producenta może to zająć od ok. 15 minut do pół godziny, i od ok. 750 ml litra bulionu do ok. litra, dlatego nie przejmujcie się, jeśli trochę wywaru zostanie!).

Gdy ryż będzie miękki, dodaj ok.. 150 g gorgonzoli, 3 łyżki masła i skarmelizowane gruszki. Przykryj szczelnie garnek, zdejmij z ognia i zostaw na 2-3 minuty, po czym pomieszaj i dopraw do smaku.

Podawaj na głębokich talerzach, skropione oliwą i posypane pozostałą gorgonzolą, parmezanem, listkami świeżego tymianku i świeżo mielonym pieprzem.


piątek, 11 lutego 2011

Makaron w sosie serowym z brokułami i karmelizowanymi pomidorkami cherry


Kilka dni temu widziałam na TVN Style nieznany mi dotąd brytyjski program o kulinarnej rywalizacji dwóch rodzin pod okiem znanych i doświadczonych szefów kuchni. Program jak program, widywałam lepsze, ale – wobec braku lepszych propozycji o tej porze dnia – całkiem miło oglądało się go przy porannej kawie.

Jedna z uczestniczek zwierzyła się swojemu mentorowi, że jej dzieci folgują bardzo niezdrowym upodobaniom żywieniowym, odmawiając wszystkiego, co nie jest mrożoną pizzą lub odgrzewanym macaroni cheese z pudełka – którymi z kolei zajadają się do szaleństwa. Przydzielony rodzinie opiekun znalazł proste remedium – zapiekankę z makaronu i sera w jego autorskiej, zdrowszej wersji. Makaron gotuje się z brokułami, w garnku obok robi się sos serowy z niskotłuszczowym serem, całość miesza się i przekłada do żaroodpornego naczynia, które na koniec przykrywa się warstwą zdrowych, pokrojonych pomidorów i zapieka w piekarniku. No i voilà, gotowe. Nie muszę chyba mówić, że wdzięczna mama rzuciła się do podziękowań, a jej entuzjastycznie nastawione do telewizji dzieci – do zapewnień, że taka serowa zapiekanka z brokułami smakuje im tak samo, a nawet bardziej, niż przygotowywany fabrycznie i naszpikowany chemią macaroni cheese. Taaaa, in their dreams.

Czy rzeczywiście dzieci tak łatwo dają się oszukać? – nie wiem. Czy faktycznie przemycenie im w posiłku zdrowych warzyw i owoców to taka prosta sprawa? – na to pytanie również nie znam odpowiedzi, choć mam pewne wątpliwości. Wiem natomiast, że ta makaronowo-serowa zapiekanka narobiła mi takiego apetytu, że musiałam i ja ją ugotować. Czy raczej – tylko się nią zainspirować, bo od makaronowych zapiekanek wolę makaron z sosem per se. I tak powstało danie, które Wam dziś proponuję. Jest nieskomplikowane i szybkie, wymaga tylko kilku składników, a smakuje – naprawdę wspaniale. Nie wiem niestety, o ile mniej ma kalorii niż macaroni cheese (obawiam się, że nie aż tak wiele…:/), z pewnością jednak jest zdrowszy. A co do macaroni cheese… ech, jako dziecko je uwielbiałam, choć jadałam bardzo rzadko – gdy moja rodzina przywoziła nam je z Kanady jako specjalny treat. Dziś już pewnie tak ochoczo bym go nie wcinała, ale wtedy – to było to! Były czasy…;)



Dla 4 osób:

300 g makaronu, np. penne lub fusilli
korony z 3 brokułów
500 g pomidorków cherry
150 ml kwaśnej śmietany
200 ml słodkiej śmietany
100 g sera Gorgonzola, pokrojonego w duże kawałki
50 g ostrego niebieskiego sera, np. Roquefort lub Bleu d’Auvergne, pokrojonego j/w
100 g tartego ostrego sera żółtego, np. Cheddar lub Bursztyn
3 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
1 łyżka masła
2 czubate łyżki cukru
1 łyżka octu balsamicznego
sól
świeżo mielony pieprz
tarty parmezan (można zastąpić drobno utartym serem żółtym używanym do sosu)


Piekarnik rozgrzej do 180° C. W żaroodpornym naczyniu umieść umyte i osuszone pomidorki cherry (jeśli są duże, można je poprzekrawać na pół), dodaj do nich cukier, ocet balsamiczny, 2 rozgniecione ząbki czosnku i 2 łyżki oliwy, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma i włóż do piekarnika na ok. 15 minut, od czasu do czasu wyjmując i mieszając, by pomidorki się nie przypaliły.

W rondelku rozgrzej pozostałą oliwę i masło i dodaj posiekany ząbek czosnku, następnie duś go przez chwilę na bardzo małym ogniu. Dodaj śmietanę i dokładnie wymieszaj, dodaj Gorgonzolę i ostry niebieski ser, po czym wolno podgrzewaj na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając, by śmietana się nie zwarzyła. W garnku nastaw osoloną wodę, a gdy zacznie wrzeć – dodaj makaron i brokuły i gotuj, aż będą miękkie.

Gdy makaron będzie gotowy, do sosu dodaj tarty żółty ser i starannie wymieszaj. Odcedź makaron i brokuły, pozostawiając ok. 50 ml wody z gotowania, po czym dodaj to wszystko do sosu. Wymieszaj i – w razie czego – dopraw do smaku. Podawaj z karmelizowanymi, pieczonymi pomidorkami cherry, tartym parmezanem i świeżo mielonym pieprzem.

czwartek, 3 lutego 2011

Meksykańska zupa z fasolą, chipsami z tortilli i serem


Gdzie się nie ruszę, tam potrawy z fasoli lub innych strączkowych nasion. W połączeniu z szarugą za oknem, tęsknotą do wiosny i przejmującym zimnem na dworze, lektura fasolowych przepisów mogła nasunąć mi tylko jeden wniosek: czas na pikantną meksykańską zupę z czerwonymi kidney beans, bo jak nie teraz, to kiedy? Wkrótce (oj, oby już niedługo!) lody stopnieją, mrozy ustąpią i talerz pysznej, treściwej, rozgrzewającej zupy nie będzie jawił się nam aż tak atrakcyjnie, jak teraz, gdy jest świetnym antidotum na zimowego blues’a i mróz za oknem.

Tę rozgrzewającą zupę zjadłam po raz pierwszy jesienią w meksykańskiej restauracji na krakowskim rynku. Wcześniej, choć kuchnię Tex-Mex bardzo lubię i nieraz jadam, potrawę tę jakoś omijałam na rzecz innych ostrych, ociekających topionym żółtym serem kulinarnych propozycji z tego regionu, jak chociażby moje ulubione quesadillas (a o dwóch wspaniałych meksykańskich restauracjach w Warszawie, The Mexican i El Popo, napiszę kiedyś szerzej!). Ale wtedy było chłodno, czuło się już nadciągającą zimę i postanowiłam właśnie zupą poprawić sobie humor. Poprosiłam o wersję pikantną i raźno zabrałam się do jedzenia. Ponieważ zupa była gęsta, wyjadałam ją łyżeczką jak crème brûlée, szybko konstatując z rozbawieniem, że – jak to często – „pikantny” oznacza zaledwie „lekko ostrawy”. I wszystko było dobrze, aż na dnie talerza natrafiłam na coś zielonego… coś, co – gdy spróbowałam odrobinkę – zaczęło tak niemiłosiernie palić mi język, że nie pomogły ani kolejne szklanki wody, ani cały stojący przede mną koszyczek tortilli – musiałam się poddać. Okazało się, że owa zielona maź była ni mniej, ni więcej, tylko musem ze zmiksowanych papryczek jalapeño w najczystszej postaci, i że to, co powinnam była zrobić, to albo wymieszać na początku zupę, albo w taki sposób nabierać ją łyżką, by do każdej porcyjki dostawała się dosłownie odrobinka zielonego musu.


Choć powiedziałam sobie, że na przyszłość zawsze porządnie „zajrzę” na dno talerza, nim zabiorę się do wcinania tej właśnie zupy, we własnym domu oszczędziłam sobie konfuzji i dodałam po prostu posiekaną papryczkę w trakcie gotowania, tak, by jej ostry smak równomiernie przeszedł całość. Jeśli jednak nie lubicie ostrych przypraw, papryczkę chilli możecie pominąć – wprawdzie w Meksyku nie spotkałoby się to pewnie z dużym zrozumieniem, ale zupa i tak jest szalenie pyszna i esencjonalna.

Ważna z kolei informacja dla wegetarian – choć w moim (i w tradycyjnym) przepisie dodaję mielone mięso, nie stanowi ono tak naprawdę raison d’être tej potrawy – możecie więc je pominąć, w takim wypadku jednak podwójcie ilość czerwonej papryki i fasoli, by zupa była odpowiednio treściwa.


Meksykańska zupa z fasolą, dla 3-4 osób:

0,5 kg mielonej wołowiny lub wieprzowiny (opcjonalnie; jeśli nie jadasz mięsa, nie dodawaj, i tak będzie dobre!)
1 duża cebula (lub dwie mniejsze), posiekana
2 papryczki chilli, posiekane
400 g (1 puszka) czerwonej fasoli (800 g w wersji wegetariańskiej)
2 duże czerwone papryki (4 w wersji wegetariańskiej), pokrojone w dużą kostkę
1 puszka pomidorów (400 g – latem możecie użyć świeżych!)
2 łyżki oliwy
750 ml bulionu mięsnego
1 kieliszek czerwonego wina (jakie masz pod ręką;) – ja dodałam resztki słodkiej Sangrii)
1 łyżka mielonej słodkiej papryki
1 łyżka suszonego oregano lub bazylii
sól – do smaku
cukier – do smaku (opcjonalnie)
150 g ostrego, dobrze topiącego się sera (np. Cheddar, Manchego, Gruyere lub Bursztyn)
garść posiekanej, świeżej kolendry
4 łyżki śmietany

Nachos – pikantne chipsy z tortilli


2-3 duże tortille
1 łyżka oliwy
1 łyżka sosu chilli

W dużym garnku rozgrzej oliwę. Dodaj cebulę i papryczkę chilli; smaż, aż cebula zmięknie i lekko się przyrumieni. Dodaj świeżą paprykę i podsmażaj przez kilka minut, po czym – jeśli dodajesz – dorzuć mielone mięso i smaż, aż się ugotuje i lekko przyrumieni. Dodaj czerwoną fasolę, zioła i słodką paprykę w proszku, po czym całość wymieszaj. Dolej wino, a po chwili pomidory i bulion. Gotuj na małym ogniu przez 20-30 minut, po czym dopraw do smaku solą i – jeśli trzeba – odrobiną papryki lub cukru.

W międzyczasie zrób nachos. Piekarnik rozgrzej do temp. 180° C. Tortille pokrój na małe kawałki, najlepiej trójkąciki lub kwadraciki, i wyłóż na dużym, płaskim, żaroodpornym naczyniu. W miseczce wymieszaj oliwę z sosem chilli, po czym zalej nimi tortille i delikatnie wymieszaj rękoma, tak, by mieszanka pokryła każdy kawałek nachos. Piecz przez ok. 7-10 min., aż tortille staną się przyrumienione i chrupiące.

Zupę podawaj posypaną serem, nachos i świeżą kolendrą (jeśli zostanie trochę chipsów, wyłóż je na stół w koszyczku do pochrupywania;)). W miseczce obok podaj śmietanę (nie dawaj jej bezpośrednio na talerze, bo obniży temperaturę zupy, zanim ser zdąży się rozpuścić.


wtorek, 1 lutego 2011

Egg-fried rice: ryż smażony z jajkiem i krewetkami


Nie planowałam dziś wpisów… ba, co ja mówię – nie planowałam na dziś nawet większego  gotowania, po tym jak przez ostatnie dni wcinałam różne wspaniałe dania i o wiele zbyt pyszne tiramisu:) Tymczasem jednak czas mijał, a ja robiłam się głodna (zawsze tak jest, po prostu zawsze) i coraz cieplej myślałam o nie-tak-już-ciepłym ryżu, którego trochę za dużo wcześniej ugotowałam. Potem przypomniałam sobie o krewetkach w zamrażalniku, o podarowanej mi butelce sosu imbirowego i o nowiutkim woku, który również właśnie dostałam i o którym ostatnio Wam pisałam.... a potem wszystkie moje plany niejedzenia większej kolacji zostały porzucone na rzecz szybkiej decyzji, czego jeszcze mogłabym użyć i do owego śliczniutkiego nowego woka wsadzić.

Powstało orientalne danie w angielskiej terminologii nazywane na ogół egg-fried rice, czyli ryż smażony w woku z jajkiem i dodatkami. Bardzo go lubię, choć na ogół przyrządzam tylko wtedy, gdy zostało mi trochę wcześniej gotowanego ryżu. Oczywiście można potrawę przyrządzić od zera i specjalnie na jej potrzeby ugotować ryż, mnie jednak zawsze wydawało się to zbytnim zawracaniem głowy – dlatego, o ile nie jesteście ogromnymi fanami smażonego ryżu, i Wam proponuję wypróbowanie tej potrawy przede wszystkim wtedy, gdy zostanie Wam go trochę:) Z tym, że –  UWAGA – choć sama nie mam takich doświadczeń, słyszałam, że niewłaściwie przetrzymany ryż może poważnie zaszkodzić (z góry oświadczam, że nie wiem, czy to prawda…), dlatego należy go przechowywać w bezpieczny sposób i nie nazbyt długo!
                       
Ważna informacja dla wegetarian – ja dodałam do ryżu krewetki, bo je akurat miałam, ale spokojnie możecie je pominąć – danie będzie równie smaczne. Można też wzbogacić je większą ilością warzyw, np. papryką, kiełkami soi czy zielonym groszkiem.

A więc – woki i pałeczki w dłoń… i do dzieła!


Ryż smażony z jajkiem i krewetkami

Dla 4 osób:

2 szklanki ryżu
1 duża cebula, posiekana w piórka
1 papryczka chilli, posiekana (opcjonalnie)
1 posiekany ząbek czosnku (opcjonalnie, ja nie dałam i też było pyszne!)
2 łyżki posiekanego imbiru
1 pęczek szczypioru sałatkowego, posiekany
1 łyżeczka przyprawy „5 smaków”
4 jajka
ok. 25 krewetek tygrysich
2 łyżki oleju
1 łyżka masła (opcjonalnie)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka słodkiego sosu chilli lub innego słodkiego dodatku

Ryż ugotuj i ostudź (ja użyłam ryżu wcześniej ugotowanego). W woku dobrze rozgrzej olej i masło, dodaj chilli, imbir i szczypior sałatkowy, smaż przez ok., 20 sekund. Dodaj krewetki i przyprawę „5 smaków”, smaż przez 1 minutę, po czym wyjmij krewetki i odstaw. Do woka dodaj cebulę i smaż przez 1-2 minuty, aż zmięknie i zacznie się brązowić, po czym warzywa przesuń na boczne ścianki, na dno wbij jajka i zacznij szybko rozbełtywać, po czym odczekaj chwilę, znów zacznij rozbełtywać, znowu odczekaj, a gdy masa się zetnie, rozdrobnij ją szybko szpatułką (chodzi po to, by uniknąć powstania jajecznicy – powinien wytworzyć się taki ścięty, rozdrobniony na małe kawałeczki, przyrumieniony omlet). Dodaj ryż i smaż przez ok. 2-3 minuty, aż się nagrzeje i przejdzie smakiem dodatków, po czym dodaj krewetki, przypraw do smaku podanymi sosami, wymieszaj i podawaj od razu:) Jeśli chcesz, postaw na stole buteleczki z azjatyckimi sosami, by w miarę chęci i potrzeby każdy mógł doprawić sobie jeszcze ryż wedle własnego uznania:)

I tak oto pyszne i szybkie danie gotowe!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...