Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wege. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wege. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2011

Korzenna zupa z pieczonej dyni i gruszek



Ach, jak wspaniałe rzeczy działy się ostatnio w moim domu! Jak nareszcie zapachniało Świętami, i nawet zapadające w środku dnia ciemności nie są w stanie popsuć mi humoru, bo w końcu wczesne wieczory to zapowiedź Bożego Narodzenia:)

Wczoraj wieczorem urządziliśmy w domu rodzinną kolację z okazji Święta Dziękczynienia. Może i nie polska to tradycja, ale jednak tradycja bardzo piękna i nie widzę, czemu jej nie powielić – bo warto raz do roku spotkać się i podziękować za to wszystko, co mamy w życiu, za kolejny dobrze spędzony rok. Na co dzień żyjemy w takim pędzie, że nawet nie ma kiedy przystanąć i zastanowić się, ile dobrego przychodzi do nas każdego dnia – dobrego, które wydaje się nieraz trywialne, a jednak to ono powoduje, że robi nam się ciepło w środku. Wspólnie zjedzony posiłek, czyjeś miłe słowo, list od przyjaciółki, która mieszka daleko, kubek gorącej herbaty, gdy na dworze zimno i ciemno, kęs ciasta, które jest pyszne – oj, jakie pyszne, nowa książka – tak ciekawa, że nie można się oderwać… to dzięki takim miłym akcentom na naszych buziach pojawia się uśmiech, to dzięki nim dzień należy do udanych. Nieraz w oczekiwaniu na wielkie zdarzenia pozwalamy, by wiele tych pięknych chwil minęło niepostrzeżenie, zamiast zrozumieć, że to właśnie umiejętność znajdywania niezwykłości w codzienności pozwala nam budować długotrwałe szczęście.

Cieszyć się z rzeczy małych. Doceniać to, co dookoła.

Smakować życie.


Korzenna zupa z pieczonej dyni – przepis mojej Mamy :)

Na 8 porcji potrzebujesz:

3 kg dyni
4-5 gruszek
1 l bulionu warzywnego
korzeń świeżego imbiru (ok. 8-10 cm)
1-2 łyżeczki imbiru w proszku
1-2 łyżeczki proszku curry
sól
sok z 2 pomarańczy
2 łyżeczki masła
3 łyżki śmietany + po jednej łyżeczce do przybrania
prażone pestki dyni lub migdałów – do przybrania



Gruszki obierz i przekrój na pół, wytnij gniazda nasienne. Ugotuj do miękkości w niewielkiej ilości lekko posłodzonej wody (2-3 łyżeczki cukru). Gdy zmiękną, odcedź i odstaw. W czasie, gdy gruszki się gotują, nastaw piec na temperaturę 200º C.

Dynię pokrój w grube części w taki sam sposób, w jaki kroisz arbuza. Nie odcinaj z nich skórki, natomiast wytnij i wyrzuć włóknisty środek z pestkami Następnie kawałki dyni połóż na blasze skórką do dołu i wstaw je do piekarnika na ok. 30-40 minut, aż będą zupełnie miękkie i przypieczone. Dynię wyjmij, ostudź i łyżką oddziel miąższ od skóry, co po upieczeniu powinno być bardzo łatwe. Skórę wyrzuć, miąższ przełóż do blendera lub garnka, w którym będziesz rozcierać zupę. Dorzuć ugotowane gruszki i zmiksuj na jednolitą masę. Wlej 0,5 l bulionu warzywnego i cały sok z pomarańczy, wetrzyj korzeń imbiru. Zagotuj pod przykryciem. Zupa powinna mieć konsystencję gęstego kremu. Jeśli jest za gęsta – dodaj więcej bulionu. Możesz też użyć wody, w której gotowały się gruszki.

Po ok. 10 minutach zdejmij zupę z ognia i dopraw proszkiem curry, sproszkowanym imbirem i solą. Całość powinna mieć korzenny, orzeźwiający smak. Dodaj śmietanę. Na patelni zrumień na 2 łyżeczkach masła pestki dyni lub płatki migdałowe i osusz je na papierowym ręczniku. Przy podawaniu, każdy talerz zupy ozdób kleksem śmietany i szczyptą prażonych pestek.

* Zupę możesz przygotować tuż przed podaniem, ale jeśli możesz, spróbuj zrobić ją nawet dzień wcześniej – dzięki temu smaki się zintensyfikują.

piątek, 7 października 2011

Jedzenie Po Prostu. Bruschetta ze słodkimi pomidorami i gorgonzolą.


Zanim w ogóle przejdę do przepisu, a nawet do moich tradycyjnych około-kulinarnych wynurzeń, muszę się Wam do czegoś przyznać. Otóż - określenie „Bruschetta” jest w wypadku tego dania lekkim nadużyciem. Tradycyjna bruschetta to solidnej grubości grzanka z chleba, w którą wtarto świeży czosnek i hojnie polano oliwą, ewentualnie doprawiono solą i pieprzem… i dopiero tak przygotowana baza stanowi ramę dla ewentualnych dodatków – pomidorów i bazylii, szynki parmeńskiej, warzyw macerowanych w oliwie… dodanych na już upieczoną kromkę chleba. Nie jest natomiast bruschettą porcja pieczywa zapieczona z dodatkami… czyli właśnie to, co Wam dzisiaj proponuję;)

No, ale że ja w kuchni czuję się bardzo swobodnie, także i bruschettę mogę sobie przygotowywać tak, jak chcę. Zresztą – podstawowym powodem, dla którego lubię zapiekać słynne bruschettowe pomidory jest nie – przekora, ale gorzka świadomość, że dzisiejszym „tomatom” niejednokrotnie wiele brakuje do tego, by mogły zachwycać tylko i wyłącznie czarem własnego smaku. Odpowiednie ich przygotowanie, a następnie zapieczenie w piecu pozwala odtworzyć ten cudowny, słodko-kwaśny efekt, którego w świeżych pomidorach (nawet tych najlepszych) nie udało mi się znaleźć już od dawna.

No ale dość już o tym.

Bruschetta. Bułka z masłem. Kuchenna fraszka-igraszka, trochę jedzenie, a trochę takie fru-bździu – bo czyż przekąskę z chleba z dodatkami można nazwać posiłkiem? W pogoni za wyszukanymi potrawami od najbardziej wybitnych szefów kuchni zapominamy, że nieraz najsmaczniejsze rozwiązania to także te najprostsze. Trochę, jak w życiu – godzinami zadręczamy się poczuciem, że – by znaleźć sens życia - potrzebujemy „czegoś innego” albo „czegoś więcej”, podczas, gdy tak naprawdę to, co sprawiłoby nam najwięcej radości mamy dokładnie przed sobą – rozwiązanie tak genialne w swojej prostocie, że nawet nie pamiętamy, iż w ogóle istnieje.

Nie bójmy się więc żyć, jeść i gotować „po prostu”. Pewnie, że czasem fajnie spędzić nad nowym daniem trzy godziny, a wcześniej tydzień, by dobrać odpowiednie składniki… ale nieraz też to, co najlepsze, jest też najłatwiejsze i najszybsze w przygotowaniu.


Na 4 bruschetty potrzebujesz:

4 kromki pieczywa razowego, najlepiej na oliwie
3 niewielkie pomidory gruntowe, pokrojone w kostkę
Garść listków świeżej bazylii, posiekanych
50 g gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
1 łyżka octu balsamicznego
3 łyżki oliwy
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 drobno posiekana papryczka chilli (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
sól
świeżo zmielony pieprz


Piekarnik rozgrzej do temperatury 180º C. Do miseczki wrzuć pomidory, połowę czosnku, posiekaną paryczkę chilli (opcjonalnie), ¾ listków bazylii, ocet balsamiczny, cukier, 1 łyżkę oliwy, szczyptę soli i odrobinę świeżo zmielonego pieprzu. Całość wymieszaj i odstaw na 10 minut, by smaki się przeniknęły.

W cztery przygotowane kromki chleba wetrzyj pozostały czosnek i pokryj oliwą (ok. ½ łyżki na każdą kromkę, ale można oczywiście dać więcej). Ułóż na naczyniu żaroodpornym i zapiekaj pod grillem przez ok. 5 min. Następnie wyjmij naczynie z pieca i na każdej kromce umieść hojną porcję macerowanych pomidorów. Zapiekaj przez kolejne 6 minut. Wyjmij, na każdej kromce umieść kawałki gorgonzoli, po czym zapiekaj jeszcze przez 2 minuty.

Podawaj od razu, posypane listkami bazylii i świeżo zmielonym pieprzem. Jeśli chcesz, możesz dodatkowo polać bruschettę oliwą i octem balsamicznym, choć mnie wystarczają na ogół te ilości, które dodałam na początku.

środa, 5 października 2011

I to już jesień… zupa z pieczonej pietruszki i fenkułu


Gdy lato mija i nastaje jesień, chętnie sięgam po przepisy kuchni brytyjskiej – niedocenianej, a tymczasem naprawdę prześwietnej. Jest z nią dokładnie ten sam problem, co z kuchnią polską – wbrew pozorom nie tak łatwo dobrze przyrządzić potrawy z jej kanonu, ale gdy już się to zrobi – smakują rewelacyjnie, choć nieraz bazują na bardzo prostych składnikach i rozwiązaniach.

Przez dania kuchni brytyjskiej przemawia solidność i komfort – tak bardzo nam potrzebne, szczególnie jesienią. Nieraz zastanawiałam się, skąd właśnie u Anglików (którzy wcale nie przepadają za jedzeniem) takie pyszne, poprawiające humor rozwiązania, i mam swoją teorię na ten temat. Powód jest – moim  zdaniem – bardzo prosty: potworne, wszechobecne zimno, przed którym nie ma ucieczki, ale które za to przeszywa Cię do kości. Żeby była jasność – w Anglii zimno jest nie tylko zimą czy jesienią, ale przez cały rok. Nie z powodu temperatur – te wbrew pozorom są bardzo przyjemne, a i deszczy jest tam o wiele mniej, niż podaje obiegowa opinia. Nie nie, geneza Wielkiego Chłodu jest zupełnie inna – Anglicy nie wierzą ani w centralne ogrzewanie, ani w izolację ścian, ani tym bardziej w uszczelnianie okien. Stąd często cieplej jest na zewnątrz, niż w środku. Coś jak na południu Hiszpanii, tylko… wyjściowe temperatury nie te same…

No ale jak już sobie urządzisz życie, w którym non stop jest zimno, to musisz się w nim jakoś odnaleźć. I dlatego właśnie – by przetrwać – Anglicy opanowali sztukę przyrządzania całej gamy rozgrzewających potraw. Odkryli też wiele innych sposobów (bynajmniej nie romantycznych) na pokonywanie tego swojego Wielkiego Chłodu, ale o tym kiedy indziej. Teraz dodam tylko, że o jednym z nich – czyli o wszechobecnej gorącej herbacie – już Wam kiedyś pisałam przy okazji przepisu na maślane ciasteczka.

A póki co zapraszam na jeden z rozgrzewających specjałów kuchni brytyjskiej – zupę z pieczonej pietruszki i fenkułu. Brzmi dziwnie? Może i tak. Ale smakuje naprawdę dobrze:)


1 kg korzeni pietruszki
1 duża cukinia
1 fenkuł
1 litr bulionu warzywnego
3 łyżki kwaśnej śmietany + trochę do dekoracji
1 doniczka świeżej natki pietruszki (lepsza, niż pietruszka sprzedawana w pęczkach), posiekana
8 plastrów szynki Serrano (opcjonalnie)
2 łyżki whisky (opcjonalnie)
1 łyżka Ricard lub Pernod
sól
pieprz

Grzanki
4 kromki ulubionego chleba
8 plastrów ostrego sera, np. (cheddar, bursztyn lub ser morski)


Korzenie pietruszki obierz i przekrój wzdłuż. Wrzuć do wrzątku i gotuj, aż warzywa będą miękkie. Dorzuć fenkuł i gotuj jeszcze przez 5-6 minut. Wyjmij warzywa z garnka, zachowując wodę z gotowania.

Cukinię pokrój w grube plastry. Jeśli jest młoda i jej skórka jest cienka, nie musisz cukinii obierać (w przeciwnym wypadku – należy to zrobić). Pietruszkę i fenkuł oraz kawałki cukinii umieść na blasze, skrop oliwą i całość wymieszaj rękoma. Wstaw do pieca i piecz w temperaturze 180º C, aż warzywa staną się złociste.

Następnie przełóż wszystko do blendera, dodaj bulion i wodę z gotowania. Przetrzyj na gładką masę, dodając w razie potrzeby odrobinę wody. Dopraw do smaku solą i pieprzem, dodaj whisky i Ricard (lub Pernod), natkę pietruszki i śmietanę.

Podawaj z kawałkami szynki Serrano (wegetarianie mogą naturalnie pominąć ten element:)), grzankami serowymi i kleksem śmietany, posypane pietruszką i świeżym pieprzem.

sobota, 26 marca 2011

Kokosowe czerwone curry z bakłażanem



Pamiętam, gdy zjadłam czerwone kokosowe curry po raz pierwszy. To było dawno, choć wydaje się, jakby wczoraj. A może wcale nie tak dawno?

W każdym razie na długo przed tym, nim kokosowe curry zagościło również na polskich stołach. Zamówiłam je z karty trochę dlatego, że curry (tego hinduskiego, które znałam) nigdy nie było mi dość, a trochę zaciekawiona nazwą (curry z kokosa? jak to?) i sugestiami znajomych, żebym koniecznie spróbowała.

Spróbowałam… no i wpadłam po same uszy:) Mało jest potraw, które uwielbiam tak niezawodnie, jak tajskie kokosowe curry. Smakuje mi w każdej postaci, choć moje ulubione jest chyba curry żółte – bardzo aromatyczne od przypraw, ale nie pikantne, tylko lekko słodkawe. Natomiast curry czerwone kojarzy mi się trochę  - wybaczcie to porównanie – z tradycyjną, polską pomidorową zabielaną śmietaną i podawaną z rozgotowanym ryżem – jakby nie było, hit każdego przedszkola. Właśnie w przedszkolu taka pomidorówka była jednym z nielicznych dań, do zjedzenia których w ogóle udawało się mnie nakłonić – uwielbiałam ją. Być może więc to, że dziś tak bardzo lubię czerwone curry – również „zabielone” mlekiem kokosowym i pałaszowane w towarzystwie specjalnie gotowanego na miękko, perłowego wręcz ryżu – ma jakiś związek z moimi najdawniejszymi wspomnieniami przedszkola i dzieciństwa:)

No ale do rzeczy. Curry. Po tym, jak spróbowałam go za granicą, wiedziałam, że chciałabym przygotować je kiedyś w Polsce. Łatwo nie było, bo nie było też głównych składników – przede wszystkim tajskich past curry (lub elementów do zrobienia ich w domu), a i z mlekiem kokosowym było wtedy trudno. Przeglądałam przepis za przepisem, z poczuciem, że zawsze sprawa pada na jednym – braku składników. A danie już z opisów wydawało się takie łatwe… Na szczęście mieszkałam wtedy jedną nogą w Anglii i to tam zakręciłam się wokół potrzebnych produktów.

Gdy więc wreszcie ugotowałam curry sama, ujęło mnie znowu – już nie tylko smakiem, ale i tym, że jest tak szybkie i proste w wykonaniu. A jak już być może się zorientowaliście, takie potrawy lubię najbardziej. Kuchnia i gotowanie też muszą być „user friendly” :)

Jeśli już je próbowaliście – wiecie, o czym mówię. Jeśli myślicie o tym, by przyrządzić je sami – nie bójcie się! Jak raz dostanie się składniki (a obecnie stoją na półkach większości supermarketów, nie mówiąc już o sklepach z żywnością orientalną) – reszta przychodzi naprawdę łatwo:)

Przyznaję – używam gotowej pasty. Najbardziej dlatego, że skompletowanie wszystkich składników niezbędnych do jej przygotowania (takich jak np. pasta krewetkowa) zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Jeśli jednak lubicie tworzyć swoje dania od podstaw i zależy Wam na paście domowej, w Internecie bez trudu znajdziecie wiele dobrych przepisów:)

Kokosowe curry świetnie smakuje z kurczakiem, krewetkami, a nawet z kaczką. Dziś postanowiłam podać Wam przepis na wersję wegetariańską, z papryką i dużą ilością bakłażana (którego zresztą dodaję do tajskiego curry zawsze –  w tym przepisie pełni w nim jednak rolę główną). Aha, no i jeszcze uwaga na koniec – do czerwonego curry nie dodaję na ogół świeżej papryczki chilli, bo pasta sama w sobie powinna być dość ostra. Jeśli chcę dodać potrawie pikantności, na samym końcu dodaję do niej jakiś ostry sos lub nawet hinduskie pikle (choć to dość nieortodoksyjne). W ten sposób nie ryzykuję, że już na wstępie nadam curry zbyt pikantnego smaku.

No dobra. Koniec pisania. Pora pogotować!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
2-3 łyżki czerwonej pasty curry (w zależności od producenta)
1 papryka, najlepiej żółta lub zielona, pokrojona w paski
2 bakłażany, pokrojone w większą kostkę
2 pomidory, pokrojone w większą kostkę
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki cukru
sok z ½ limonki
olej – do smażenia
Opcjonalnie, do smaku: sambal oelek, sos chilli, sos imbirowy lub nawet pikle z chilli (dla zaostrzenia potrawy)

Do podania:

Ćwiartki lub plasterki limonki
Garść posiekanej kolendry
Garść posiekanej mięty
Garść posiekanego szczypioru sałatkowego (spring onions)

W dużym garnku lub w woku rozgrzej olej. Dodaj bakłażana i paprykę i smaż, aż zmiękną (bakłażan wchłonie dużo tłuszczu – w razie czego – dolej oleju w trakcie smażenia). Następnie dodaj pomidory i smaż chwilę, po czym dodać pastę curry i całość smaż przez ok. 1 minuty, cały czas mieszając. Dodaj mleko kokosowe i – jeśli trzeba – ok.1/2 szklanki wody. Całość gotuj na małym ogniu przez ok. 12 minut, aż pasta dobrze się rozpuści a bakłażan będzie miękki. Dodaj cukier, sos ryby i sok z limonki. Jeśli sos jest za gęsty – dodaj odrobinę wody. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku.

Podawaj z ryżem, w małych miseczkach, przyozdobione kawałkami limonki i posypane szczypiorkiem, kolendrą i miętą.

Tradycyjnie ryż do kokosowego curry serwuje się w oddzielnych miseczkach, po czym nabiera się go trochę łyżką i zanurza w kokosowym sosie – wybór sposobu podania należy więc do Was:)


czwartek, 10 marca 2011

Caponata – sycylijski gulasz z bakłażanów


Gdy nie wiadomo, o co chodzi – najpewniej chodzi o Jamiego. Zawsze, gdy zapraszam gości i chcę poeksperymentować z nowymi przepisami, najpierw zaglądam właśnie do niego – niekoniecznie po gotowe potrawy, czasem po prostu dla inspiracji. I tak ostatnio, stojąc przed perspektywą wykarmienia gości, po raz kolejny zaczęłam od przewertowania jego przepisów.

Powiem Wam – niełatwo gotuje się dla innych ludzi, szczególnie, gdy chcesz, żeby byli zadowoleni. Ten nie je tego, tamten znowu – tamtego; ktoś nie je mięsa, inny znów jest uczulony na to i na tamto… co tu dużo mówić – same problemy. Problemy, które ja sama też zapewne stwarzam innym, z moim zdecydowanie negatywnym stosunkiem do: indyka, potraw bez sosów, kawioru, wątróbki i całej masy przeróżnych rzeczy, które niekoniecznie wydają się powszechnie nielubiane, a które ja tymczasem staram się omijać. No ale ja to ja, a inni to inni…:) Szukanie potraw „uniwersalnych” bywa więc frustrujące, ale z drugiej strony – stanowi zawsze ekscytujące wyzwanie – co by tu wymyśleć, żeby goście chętnie zjedli?

Jedną z odpowiedzi jest po prostu: urozmaicenie. Nieraz pisałam Wam już, ze najbardziej lubię przygotowywać potrawy proste i szybkie, ale o głębokim i wielopoziomowym smaku. Pewną dodatkową zaletą takich dań (pomijając to, że się przy nich nie zmęczysz;)), jest to, że można zrobić ich kilka i zaoferować gościom całą kolekcję – do wyboru, do koloru:)

Gdy się nad tym zastanowić, na tym polega właśnie model włoski – dużo różnych, choć prostych dań, postawionych na stole przed tabunem ludzi. Jest jedzenie, jest wino i jest miło (to nie miał być rym częstochowski, tak mi się napisało!). Choć na ogół nie starcza mi czasu ani energii na pełen, multidaniowy pakiet, staram się chociaż o kilka opcji, w tym dwie w daniu głównym.

I tak właśnie ostatnio, jako uzupełnienie lub alternatywa dla makaronu w sosie serowym, zrobiłam Caponatę, znalezioną oczywiście u Jamiego.

Jest fenomenalna – szybka w wykonaniu, ale niezwykle lekka i aromatyczna. Smażony na złoto, a potem podduszony w pomidorach bakłażan zyskuje aksamitną, niemal maślaną konsystencję, a wykończenie ze smażonej, słodkawej cebuli z kaparami i oliwkami dodatkowo wzbogaca ten jego delikatny smak. Do tego dużo oliwy, kilka kropel octu balsamicznego, świeża pietruszka i… mmmm, można się delektować, oczywiście najlepiej w towarzystwie swojego ulubionego wina – lub wina po prostu;)

Caponatę można też jeść na zimno, jako antipasti. Polecam!


Dla 4 osób:

2 duże bakłażany, pokrojone w spore kawałki
1 mała czerwona cebula, pokrojona w piórka
2 ząbki czosnku, obrane i pokrojone w cienkie plasterki
1 pęczek natki pietruszki – listki odłożone do posypania, łodygi – posiekane
2 łyżki kaparów, najlepiej solonych (dałam w occie) i odsączonych
garść zielonych oliwek, bez pestek
5 bardzo dojrzałych pomidorów (ze względu na porę roku użyłam pomidorów z 1 puszki)
Oliwa z oliwek
1 łyżka suszonego oregano
sól
świeżo zmielony pieprz
2-3 łyżki najlepszej jakości octu ziołowego (dałam balsamiczny)
łuskane migdały, podsmażone na patelni (opcjonalnie, do podania)

Na dużej patelni lub woku rozgrzej oliwę. Dodaj bakłażana i oregano, posól, po czym dokładnie wymieszaj, tak, by każdy kawałek bakłażana był pokryty oliwą. Smaż w wysokiej temperaturze przez ok. 4-5 minut, od czasu do czasu mieszając (jeśli patelnia jest za mała, smaż bakłażany partiami). Gdy bakłażany będą już złote po obu stronach, dodaj cebulę, czosnek i posiekane łodygi natki i smaż dalej przez kilka minut. Jeśli trzeba, dolewaj w międzyczasie oliwy. Dodaj kapary i oliwki, polej octem, a gdy ten wyparuje, dodaj pomidory i duś na małym ogniu przez ok. 15 minut, aż bakłażan będzie miękki. Dopraw do smaku solą, pieprzem i – jeśli trzeba – octem. Przed podaniem polej gulasz dobrej jakości oliwą; posyp listkami natki i (opcjonalnie) prażonymi migdałami.


piątek, 25 lutego 2011

Risotto z gorgonzolą i gruszkami


Mam nadzieję, że ten post będzie w miarę składny. Piszę go, jednocześnie oglądając bardzo dziwny francuski film o rozterkach jakiegoś faceta, którego żona jest aktorką i on nie może pogodzić się z tym, że ją na każdym kroku ktoś prosi o autograf. Oglądając takie coś, nasuwa mi się tylko jedna myśl: niektórzy to mają zmartwienia!

Pisałam Wam już o risotto. O tych maleńkich, perłowych, kleistych ziarenkach ryżu duszonych w bulionie i winie, które nabierają niezwykłej, kremowej wręcz konsystencji.

Anglicy mają takie piękne określenie – squidgy. Znaczy ono coś mięciutkiego, kleistego właśnie, ale nie – papkowatego. Coś takiego, co powoli wyjadasz łyżką z dużej miseczki późnym wieczorem, oglądając telewizję po ciężkim i długim dniu:)

Risotto właśnie takie jest. A to połączenie – pleśniowej, prawie orzechowej w smaku gorgonzoli i gruszek karmelizowanych w miodzie – jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych. Polecam je Wam bardzo:)

Proponowane dziś przeze mnie risotto autorstwa Dave'a Barkera pochodzi – jak zwykle – od Jamiego Olivera, a dokładniej z Magazynu JAMIE; oryginalny przepis możecie też zobaczyć tutaj. Świetnie zjada się jako samodzielne danie, ale polecam Wam je też jako dodatek do mięsa – ja przyrządzam je często w towarzystwie kurczaka z szynką Serrano, o którym pisałam Wam ostatnio.


Dla 4 osób:

400 g ryżu arborio, opłukanego na sicie
200 g kremowej gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
375 ml wermutu
1 litr bulionu
1 łodyga selera naciowego, drobno posiekana
1 drobno posiekana cebula
4 łyżki masła
3 gruszki, obrane ze skórki, pozbawione gniazda nasiennego i pokrojone na kawałki (alternatywnie możesz użyć odsączonych gruszek z puszki)
3 łyżki miodu
parmezan
garść listków świeżego tymianku
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. Na żaroodpornym naczyniu ułóż gruszki, polej miodem i skrop oliwą. Całość dokładnie wymieszaj i wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, po czym wyjmij i odstaw do ostygnięcia.

W garnku rozgrzej oliwę i jedną łyżkę masła. Dodaj cebulę i seler naciowy, zmniejsz ogień i duś w małej temperaturze, aż warzywa się zeszklą i zmiękną, ale nie – przypieką. Dodaj ryż i smaż przez chwilę, po czym dodaj wermut i duś, cały czas mieszając. Gdy wermut się wchłonie, dodaj chochlę bulionu i duś, cały czas mieszając, by ryż nie przykleił się do dna. Gdy cały bulion zostanie wchłonięty, dodaj kolejną chochlę i dalej mieszaj czekając, aż ryż ponownie wchłonie cały płyn. Dodaj wtedy kolejną chochlę i powtarzaj czynność, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od producenta może to zająć od ok. 15 minut do pół godziny, i od ok. 750 ml litra bulionu do ok. litra, dlatego nie przejmujcie się, jeśli trochę wywaru zostanie!).

Gdy ryż będzie miękki, dodaj ok.. 150 g gorgonzoli, 3 łyżki masła i skarmelizowane gruszki. Przykryj szczelnie garnek, zdejmij z ognia i zostaw na 2-3 minuty, po czym pomieszaj i dopraw do smaku.

Podawaj na głębokich talerzach, skropione oliwą i posypane pozostałą gorgonzolą, parmezanem, listkami świeżego tymianku i świeżo mielonym pieprzem.


piątek, 11 lutego 2011

Makaron w sosie serowym z brokułami i karmelizowanymi pomidorkami cherry


Kilka dni temu widziałam na TVN Style nieznany mi dotąd brytyjski program o kulinarnej rywalizacji dwóch rodzin pod okiem znanych i doświadczonych szefów kuchni. Program jak program, widywałam lepsze, ale – wobec braku lepszych propozycji o tej porze dnia – całkiem miło oglądało się go przy porannej kawie.

Jedna z uczestniczek zwierzyła się swojemu mentorowi, że jej dzieci folgują bardzo niezdrowym upodobaniom żywieniowym, odmawiając wszystkiego, co nie jest mrożoną pizzą lub odgrzewanym macaroni cheese z pudełka – którymi z kolei zajadają się do szaleństwa. Przydzielony rodzinie opiekun znalazł proste remedium – zapiekankę z makaronu i sera w jego autorskiej, zdrowszej wersji. Makaron gotuje się z brokułami, w garnku obok robi się sos serowy z niskotłuszczowym serem, całość miesza się i przekłada do żaroodpornego naczynia, które na koniec przykrywa się warstwą zdrowych, pokrojonych pomidorów i zapieka w piekarniku. No i voilà, gotowe. Nie muszę chyba mówić, że wdzięczna mama rzuciła się do podziękowań, a jej entuzjastycznie nastawione do telewizji dzieci – do zapewnień, że taka serowa zapiekanka z brokułami smakuje im tak samo, a nawet bardziej, niż przygotowywany fabrycznie i naszpikowany chemią macaroni cheese. Taaaa, in their dreams.

Czy rzeczywiście dzieci tak łatwo dają się oszukać? – nie wiem. Czy faktycznie przemycenie im w posiłku zdrowych warzyw i owoców to taka prosta sprawa? – na to pytanie również nie znam odpowiedzi, choć mam pewne wątpliwości. Wiem natomiast, że ta makaronowo-serowa zapiekanka narobiła mi takiego apetytu, że musiałam i ja ją ugotować. Czy raczej – tylko się nią zainspirować, bo od makaronowych zapiekanek wolę makaron z sosem per se. I tak powstało danie, które Wam dziś proponuję. Jest nieskomplikowane i szybkie, wymaga tylko kilku składników, a smakuje – naprawdę wspaniale. Nie wiem niestety, o ile mniej ma kalorii niż macaroni cheese (obawiam się, że nie aż tak wiele…:/), z pewnością jednak jest zdrowszy. A co do macaroni cheese… ech, jako dziecko je uwielbiałam, choć jadałam bardzo rzadko – gdy moja rodzina przywoziła nam je z Kanady jako specjalny treat. Dziś już pewnie tak ochoczo bym go nie wcinała, ale wtedy – to było to! Były czasy…;)



Dla 4 osób:

300 g makaronu, np. penne lub fusilli
korony z 3 brokułów
500 g pomidorków cherry
150 ml kwaśnej śmietany
200 ml słodkiej śmietany
100 g sera Gorgonzola, pokrojonego w duże kawałki
50 g ostrego niebieskiego sera, np. Roquefort lub Bleu d’Auvergne, pokrojonego j/w
100 g tartego ostrego sera żółtego, np. Cheddar lub Bursztyn
3 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
1 łyżka masła
2 czubate łyżki cukru
1 łyżka octu balsamicznego
sól
świeżo mielony pieprz
tarty parmezan (można zastąpić drobno utartym serem żółtym używanym do sosu)


Piekarnik rozgrzej do 180° C. W żaroodpornym naczyniu umieść umyte i osuszone pomidorki cherry (jeśli są duże, można je poprzekrawać na pół), dodaj do nich cukier, ocet balsamiczny, 2 rozgniecione ząbki czosnku i 2 łyżki oliwy, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma i włóż do piekarnika na ok. 15 minut, od czasu do czasu wyjmując i mieszając, by pomidorki się nie przypaliły.

W rondelku rozgrzej pozostałą oliwę i masło i dodaj posiekany ząbek czosnku, następnie duś go przez chwilę na bardzo małym ogniu. Dodaj śmietanę i dokładnie wymieszaj, dodaj Gorgonzolę i ostry niebieski ser, po czym wolno podgrzewaj na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając, by śmietana się nie zwarzyła. W garnku nastaw osoloną wodę, a gdy zacznie wrzeć – dodaj makaron i brokuły i gotuj, aż będą miękkie.

Gdy makaron będzie gotowy, do sosu dodaj tarty żółty ser i starannie wymieszaj. Odcedź makaron i brokuły, pozostawiając ok. 50 ml wody z gotowania, po czym dodaj to wszystko do sosu. Wymieszaj i – w razie czego – dopraw do smaku. Podawaj z karmelizowanymi, pieczonymi pomidorkami cherry, tartym parmezanem i świeżo mielonym pieprzem.

czwartek, 3 lutego 2011

Meksykańska zupa z fasolą, chipsami z tortilli i serem


Gdzie się nie ruszę, tam potrawy z fasoli lub innych strączkowych nasion. W połączeniu z szarugą za oknem, tęsknotą do wiosny i przejmującym zimnem na dworze, lektura fasolowych przepisów mogła nasunąć mi tylko jeden wniosek: czas na pikantną meksykańską zupę z czerwonymi kidney beans, bo jak nie teraz, to kiedy? Wkrótce (oj, oby już niedługo!) lody stopnieją, mrozy ustąpią i talerz pysznej, treściwej, rozgrzewającej zupy nie będzie jawił się nam aż tak atrakcyjnie, jak teraz, gdy jest świetnym antidotum na zimowego blues’a i mróz za oknem.

Tę rozgrzewającą zupę zjadłam po raz pierwszy jesienią w meksykańskiej restauracji na krakowskim rynku. Wcześniej, choć kuchnię Tex-Mex bardzo lubię i nieraz jadam, potrawę tę jakoś omijałam na rzecz innych ostrych, ociekających topionym żółtym serem kulinarnych propozycji z tego regionu, jak chociażby moje ulubione quesadillas (a o dwóch wspaniałych meksykańskich restauracjach w Warszawie, The Mexican i El Popo, napiszę kiedyś szerzej!). Ale wtedy było chłodno, czuło się już nadciągającą zimę i postanowiłam właśnie zupą poprawić sobie humor. Poprosiłam o wersję pikantną i raźno zabrałam się do jedzenia. Ponieważ zupa była gęsta, wyjadałam ją łyżeczką jak crème brûlée, szybko konstatując z rozbawieniem, że – jak to często – „pikantny” oznacza zaledwie „lekko ostrawy”. I wszystko było dobrze, aż na dnie talerza natrafiłam na coś zielonego… coś, co – gdy spróbowałam odrobinkę – zaczęło tak niemiłosiernie palić mi język, że nie pomogły ani kolejne szklanki wody, ani cały stojący przede mną koszyczek tortilli – musiałam się poddać. Okazało się, że owa zielona maź była ni mniej, ni więcej, tylko musem ze zmiksowanych papryczek jalapeño w najczystszej postaci, i że to, co powinnam była zrobić, to albo wymieszać na początku zupę, albo w taki sposób nabierać ją łyżką, by do każdej porcyjki dostawała się dosłownie odrobinka zielonego musu.


Choć powiedziałam sobie, że na przyszłość zawsze porządnie „zajrzę” na dno talerza, nim zabiorę się do wcinania tej właśnie zupy, we własnym domu oszczędziłam sobie konfuzji i dodałam po prostu posiekaną papryczkę w trakcie gotowania, tak, by jej ostry smak równomiernie przeszedł całość. Jeśli jednak nie lubicie ostrych przypraw, papryczkę chilli możecie pominąć – wprawdzie w Meksyku nie spotkałoby się to pewnie z dużym zrozumieniem, ale zupa i tak jest szalenie pyszna i esencjonalna.

Ważna z kolei informacja dla wegetarian – choć w moim (i w tradycyjnym) przepisie dodaję mielone mięso, nie stanowi ono tak naprawdę raison d’être tej potrawy – możecie więc je pominąć, w takim wypadku jednak podwójcie ilość czerwonej papryki i fasoli, by zupa była odpowiednio treściwa.


Meksykańska zupa z fasolą, dla 3-4 osób:

0,5 kg mielonej wołowiny lub wieprzowiny (opcjonalnie; jeśli nie jadasz mięsa, nie dodawaj, i tak będzie dobre!)
1 duża cebula (lub dwie mniejsze), posiekana
2 papryczki chilli, posiekane
400 g (1 puszka) czerwonej fasoli (800 g w wersji wegetariańskiej)
2 duże czerwone papryki (4 w wersji wegetariańskiej), pokrojone w dużą kostkę
1 puszka pomidorów (400 g – latem możecie użyć świeżych!)
2 łyżki oliwy
750 ml bulionu mięsnego
1 kieliszek czerwonego wina (jakie masz pod ręką;) – ja dodałam resztki słodkiej Sangrii)
1 łyżka mielonej słodkiej papryki
1 łyżka suszonego oregano lub bazylii
sól – do smaku
cukier – do smaku (opcjonalnie)
150 g ostrego, dobrze topiącego się sera (np. Cheddar, Manchego, Gruyere lub Bursztyn)
garść posiekanej, świeżej kolendry
4 łyżki śmietany

Nachos – pikantne chipsy z tortilli


2-3 duże tortille
1 łyżka oliwy
1 łyżka sosu chilli

W dużym garnku rozgrzej oliwę. Dodaj cebulę i papryczkę chilli; smaż, aż cebula zmięknie i lekko się przyrumieni. Dodaj świeżą paprykę i podsmażaj przez kilka minut, po czym – jeśli dodajesz – dorzuć mielone mięso i smaż, aż się ugotuje i lekko przyrumieni. Dodaj czerwoną fasolę, zioła i słodką paprykę w proszku, po czym całość wymieszaj. Dolej wino, a po chwili pomidory i bulion. Gotuj na małym ogniu przez 20-30 minut, po czym dopraw do smaku solą i – jeśli trzeba – odrobiną papryki lub cukru.

W międzyczasie zrób nachos. Piekarnik rozgrzej do temp. 180° C. Tortille pokrój na małe kawałki, najlepiej trójkąciki lub kwadraciki, i wyłóż na dużym, płaskim, żaroodpornym naczyniu. W miseczce wymieszaj oliwę z sosem chilli, po czym zalej nimi tortille i delikatnie wymieszaj rękoma, tak, by mieszanka pokryła każdy kawałek nachos. Piecz przez ok. 7-10 min., aż tortille staną się przyrumienione i chrupiące.

Zupę podawaj posypaną serem, nachos i świeżą kolendrą (jeśli zostanie trochę chipsów, wyłóż je na stół w koszyczku do pochrupywania;)). W miseczce obok podaj śmietanę (nie dawaj jej bezpośrednio na talerze, bo obniży temperaturę zupy, zanim ser zdąży się rozpuścić.


poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śródziemnomorska sałatka z warzyw w balsamiczno-oliwnej zalewie


Dobrze mieć urodziny. Dostaje się piękne prezenty i wszyscy są TACY mili:) Gotowanie zawsze było moją wielką pasją, ale odkąd założyłam bloga, również kolekcjonowanie różnych kulinarnych gadżetów okazało się niezłą frajdą. I chyba dlatego wśród ton przepięknych prezentów, które się u mnie zjawiły, znalazły się urocze foremeczki małe i duże, nóż szefa kuchni, nowiutki WOK, wspominana już przeze mnie KUCHNIA Nigelli Lawson, książka Historia Smaku, którą ponoć pochłania się jednym tchem (dziewczyny, jeszcze raz dziękuję, zdam relację wkrótce!), dwukolorowy likier kawowo-śmietankowy, prawdziwe i absolutnie PRZEPYSZNE tiramisu z dużą ilością kawy i amaretto, kilka kulinarnych świeczek i cała torba egzotycznych różności, znanych i nieznanych, z których będę starała się skomponować ciekawe potrawy (jeśli ktoś z Was zna jakieś dobre przepisy z użyciem owocu drzewa bochenkowego – dajcie znać;))

No ale najpiękniejszym prezentem była dla mnie obecność tylu ludzi, którym chciałam podziękować, gotując coś smacznego. Co prawda wspomniane już przeze mnie kiedyś żeberka Nigelli trochę się przypaliły (a i tak znalazły amatorów!), ale generalnie prawie wszystko się zjadło, mam więc nadzieję, że nie było źle;) W najbliższym czasie będę Wam podawać przepisy na to, co tam wymyśliłam, nieraz – nie ukrywam – zainspirowana pomysłami z innych blogów lub kulinarnych stron, dziś jednak chciałam wspomnieć o czymś dla mnie wyjątkowym, potrawie skomponowanej przeze mnie w moich pięknych, zagraniczno-studenckich latach, czyli o śródziemnomorskiej sałatce z pieczonych warzyw w oliwno-balsamicznej zalewie.

Nieraz obijały mi się o uszy zachwyty nad pieczonymi warzywami. A to ktoś wspomniał, że gdzieś takie jadł i były wyśmienite, a to co i rusz z jakiejś mniej lub bardziej znanej książki kucharskiej wyskakiwał ciekawy przepis, a to wreszcie zdarzało mi się czasem samej spróbować bakłażana i paprykę, upieczone i zamarynowane w oliwie – może nie idealne, ale w każdym razie z dużym potencjałem.

A potem pojechałam na studia za granicę i w kraju słynącym z wysokich cen i niekorzystnego kursu wymiany musiałam jakoś radzić sobie z gotowaniem na dobrym poziomie. Region, w którym studiowałam słynie wręcz z niezdrowego żywienia wśród lokalnych mieszkańców, i rzeczywiście dało się to zauważyć, obserwując zawartość niejednego wózka w supermarkecie. Ja tak nie chciałam. Nie chciałam żywić się mrożoną pizzą, burgerami i fabrycznymi frytkami, albo kupować wędliny, w których zawartość mięsa wynosiła zapewne jakieś 5% albo niewiele więcej. Kraj, w którym żyłam oferował niezwykłe wręcz możliwości kulinarne, a ja bardzo chciałam z nich skorzystać – i skorzystałam. Choć gotować lubiłam od zawsze, to właśnie tam rozwinęłam się kulinarnie i stworzyłam swój własny styl. Tam również nauczyłam się, że gotowanie tego, co smaczne i zdrowe nie wymaga nie wiadomo jakich nakładów finansowych, choć wielu twierdzi, że to niemożliwe. I dlatego zawsze śmieszyło mnie, gdy stałam w kolejce do kasy, przede mną ktoś wyładowywał wózek pełen chipsów i puszek, a potem ja, studentka, podchodziłam z moją malowniczą kolekcją frykasów, na ogół zresztą płacąc za nią niewiele. W tworzeniu naprawdę dobrych potraw za niewielkie pieniądze zawsze byłam mistrzynią, trochę z konieczności, bo żyłam przecież na studenckim kieszonkowym, a wystarczyć musiało też na ciuchy, kosmetyki, wyjścia i oczywiście książki:)

I wtedy właśnie, poproszona o ugotowanie czegoś jako dodatek na kolację dla 15 osób, postanowiłam zrobić tę właśnie sałatkę. Było lato, szczyt sezonu, warzywa tanie i niezwykle wręcz apetyczne… pomyślałam – czemu by nie spróbować? Zrobiłam – i się nią zachwyciłam, a ze mną wspomniane już 15 osób. Odtąd sałatka ta towarzyszy mi przy każdej imprezie, już nie dlatego, że można ją łatwo zrobić, ale dlatego, że jest wyjątkowo wręcz pyszna, a do tego można przygotować ją wcześniej. Czasem robię ją też latem, w mniejszej ilości, jako dodatek do włoskich wędlin i serów na lekką kolację na balkonie – nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Moi goście bardzo ją lubią, a dla mnie łączy się z tyloma pięknymi wspomnieniami tych niezapomnianych, szalonych lat…:) Spróbujcie jej koniecznie!



Śródziemnomorska sałatka z pieczonych warzyw, porcja imprezowa:)

3 duże czerwone papryki
1 duża papryka żółta
1 duża papryka zielona
3-4 nieobrane ze skórki bakłażany, pokrojone w grube „zapałki”
5 pomidorów
1 słoik karczochów w oleju
2 czubate łyżki kaparów
1 opakowanie filecików anchois (opcjonalnie)
oliwa z oliwek

Zalewa:

4 łyżki oliwy
1 łyżka zalewy z anchois
2-3 łyżki oliwy balsamicznej
2 ząbki czosnku
1 łyżka miodu
1 łyżka cukru
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)
2 łyżki wódki lub innego mocnego alkoholu
Sól
Pieprz

Do przybrania:

Garść orzeszków pinii
Garść listków bazylii

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż umyte, całe papryki i pomidory, skrop oliwą i dobrze wymieszaj. Włóż do piekarnika i piecz przez ok. 30 min,, aż skórka na warzywach stanie się ciemna i pomarszczona. Wyjmij blachę i zostaw do ostygnięcia.

W tym samym czasie na innej blasze ułóż pokrojonego bakłażana, również skrop oliwą i wymieszaj, po czym wstaw do piekarnika i piecz, aż bakłażan ładnie się przyrumieni.

W misce przygotuj zalewę, łącząc wszystkie składniki.

Z papryk i pomidorów zdejmij skórkę (powinna łatwo odchodzić), papryki pozbaw gniazd nasiennych, pokrój w paseczki i przełóż do dużego naczynia, po czym zrób podobnie z pomidorami (można rozdrobnić je w rękach) i również dodaj je do naczynia. Dodaj bakłażana, odsączone karczochy, kapary, anchois przekrojone na mniejsze kawałki, po czym wlej zalewę i całość wymieszaj. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku. Odstaw do lodówki, najlepiej co najmniej na kilka godzin (maksymalnie na 24 godziny), po czym podawaj na dużym płaskim naczyniu, posypane orzeszkami pinii i listkami bazylii.

piątek, 21 stycznia 2011

Zupa-krem z brokułów i sera Roquefort


Dziś po raz kolejny coś błyskawicznego, a przy tym przepysznego - moja (dostosowana do warunków polskiego zaopatrzenia ) wersja angielskiej Broccoli & Stilton Soup. Nie wiem, czy mieliście okazję spróbować sera Stilton, ale jeśli takowa się nadarzy – skosztujcie go koniecznie! Jest ostry (tak, jak ostry bywa ser, a nie chilli!), a przy tym szalenie aromatyczny – coś jakby połączenie serów cheddar i roquefort, ale – co ciekawe – mimo wyraźnie widocznych kanalików pleśni, ma konsystencję stosunkowo twardego sera żółtego, a nie np. kremowej Gorgonzoli. No i ta skórka… (którą Anglicy, z korzyścią dla mnie, o mijają na ogół szerokim łukiem). Skórka jest najlepsza ze wszystkiego.

W serze Stilton jestem głęboko zadurzona. Nieraz w chwilach głębokiego kryzysu naukowego, gdy była 2 w nocy, a rano egzamin, zdarzało mi się podjadać go razem z konfiturą cebulową dla dodania sobie chęci do pracy:) Niestety w Polsce jest bardzo trudno dostępny (poprawka – w ogóle chyba jest niedostępny, bo nigdy go jeszcze nie widziałam…:/), więc nauczyłam się zastępować go w potrawach innymi serami – wspomniałam o Roqueforcie, ale tak naprawdę świetnie do tej roli nadaje się też Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert, Danish Blue, czy nawet nasz poczciwy Rokpol albo Lazur (najlepiej zielony). A swoją drogą – jeśli ktoś z Was wie, czy i gdzie w Polsce można kupić angielski Stilton – proszę, dajcie mi znać:) Nawet nie wiecie, jaki uśmiech wywołałoby to na mojej buzi:)

Zupa jest na rach ciach ciach, świetnie nadaje się jako przystawka albo danie samo w sobie! Polecam szczególnie na zimowy, intensywny dzień, gdy mamy ochotę na coś rozgrzewającego, ale mamy zbyt mało czasu i energii, by bawić się w skomplikowane gotowanie:)

Dla 2-3 osób:

1 opakowanie mrożonych brokułów (ok. 450g) – można oczywiście użyć świeżych, ale wtedy musisz mieć ich więcej, by 450 g otrzymać po odcięciu twardych części
2 duże cebule, posiekane w piórka
1 l bulionu warzywnego lub drobiowego
ok. 150 g sera Roquefort lub innego mocnego sera niebieskiego (patrz notatka powyżej), pokrojonego w kostkę
1-2 łyżki kwaśnej śmietany, wedle uznania
1,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżka cukru
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
sól
pieprz

Do podania:

Śmietana
Kilka listków mięty lub innych świeżych ziół
Kilka kostek niebieskiego sera (jeśli zostanie)

Jeśli używasz świeżych brokułów, umyj je i odetnij twarde części. W dużym rondlu rozgrzej oliwę i masło, następnie dodaj cebulę i duś przez ok. 5-10 minut, by cebula stała się szklista i słodkawa. Dodaj cukier i gałkę muszkatołową, przemieszaj, następnie wrzuć brokuły (jeśli używasz mrożonych, nie musisz niczego z nimi robić; wrzuć je do bezpośrednio z paczki do garnka) i zalej bulionem. Gotuj przez ok. 15-20 minut, aż warzywa staną się bardzo miękkie. Dorzuć ser i całość zmiksuj na krem. Dodaj śmietanę, a także sól i pieprz do smaku. Zupa powinna być ostra od sera, ale równocześnie słodkawa od cebuli, no i (ma się rozumieć), niezwykle brokułowa od brokułów;).

Zupę podawaj z kleksem śmietany, listkami mięty i – jeśli zostanie Ci nadprogramowa ilość – odrobiną pokruszonego niebieskiego sera.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Na zielonej sałacie: Camembert zapiekany w miodzie i orzechach


Dziś taki zabiegany dzień, dlatego i danie będzie dość pośpieszne, a mimo to bardzo wykwintne. Przyrządza się je łatwo i błyskawiczne. Doskonałe na lekki lunch, elegancką kolację, a nawet (dla smakoszy o dużych apetytach) – na pyszną przystawkę. Przepis podpatrzony od zaprzyjaźnionej belgijskiej Rodziny, u której kiedyś spędziłam piękne wakacje (choć w oryginale zamiast camemberta występowały malutkie, twarde kozie serki, których w Polsce nie widuję, a ich nazwy – nie pamiętam). Tak czy siak, wersję podaną poniżej polecam z całym przekonaniem. Często ją robię, zawsze się sprawdza. Bon appétit!


Dla 4 osób:

4 sery camembert o wadze ok. 120 g każdy
4 łyżki miodu
garść orzechów pinii lub orzechów włoskich
oliwa

1 główka sałaty, umytej i poszatkowanej, lub ok. 200 gramów liści sałat mieszanych

Dressing:

3 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego lub soku z cytryny,
1 rozgnieciony ząbek czosnku (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka musztardy,
sól
pieprz

Grzanki czosnkowe:

4 kromki ulubionego chleba lub bułki
1 rozgnieciony ząbek czosnku
masło lub oliwa

Piekarnik rozgrzej do temp. 180 stopni. Na blachę wlej 1 łyżkę oliwy i rozprowadź tam, gdzie położysz serki. Następnie umieść na blasze camemberty, każdy polej 1 łyżką miodu, skrop oliwą i posyp kilkoma orzeszkami. Wstaw do rozgrzanego pieca na 10 minut.

W tym czasie przygotuj sałatę: w miseczce zrób dressing, łącząc składniki i doprawiając do smaku, liście wrzuć do miski, dodaj dressing i wymieszaj; najlepszy efekt uzyskasz, jeśli zwilżysz ręce oliwą i nimi wymieszasz sałatę z sosem.

Przygotuj grzanki: każdą kromkę chleba posmaruj odrobiną rozgniecionego czosnku, następnie rozprowadź na nich masło lub oliwę. Wstaw do piekarnika na ok. 2-3 minuty przed wyjęciem serków.


Tuż przed podaniem włóż na 20 sekund do pieca 4 talerze, by się zagrzały (to ważne! Jeśli wyjmiemy z pieca gorące camemberty i umieścimy na zimnych talerzach, momentalnie się zetną, stracą roztopioną konsystencję i staną się gumowate), następnie wyjmij je i od razu wyłóż na nie sałatę, ser i czosnkową grzankę. Camembert powinien być złocisty od miodu i rozpływać się na talerzu:)

 

piątek, 7 stycznia 2011

Angielska zupa cebulowa z szałwią i serem cheddar, czyli pochwała wyspiarskiej kuchni


Z jakiegoś powodu panuje na świecie przekonanie, że kuchnia brytyjska jest paskudna. Ba – co tam paskudna! Po prostu niejadalna.

Nic bardziej błędnego. To tak, jakby ktoś zjadł w szkolnej stołówce suchą jak podeszwa „pieczeń” z sosem w kolorze burej ścierki, a potem na tej podstawie utrzymywał, że kuchnia polska jest po prostu do niczego. A przecież prawda jest taka, że nasze rodzime potrawy są naprawdę pyszne, POD WARUNKIEM, że zostaną odpowiednio przygotowane, przyrządzone i przyprawione, nieraz co prawda kosztem dłuższego czasu ich gotowania, ale za to z korzyścią dla wszystkich, którzy będą je następnie wcinać.

Tak samo jest z kuchnią brytyjską. Odpowiednio przygotowana jest naprawdę smaczna i – co ciekawe – w swoim zamyśle dość podobna do naszych rodzimych smaków i kulinarnych schematów. Dziś podam Wam przepis na jedno ze sztandarowych dań brytyjskiej kuchni, czyli na zupę cebulową, którą zrobiłam według receptury Jamiego Olivera z książki Jamie at Home. W Polsce – słusznie i niesłusznie – zupę cebulową kojarzymy właściwie z Francją, a nie z Wielką Brytanią. Słusznie o tyle, że rzeczywiście, potrawa ta również we Francji jest jednym ze sztandarowych dań narodowych; niesłusznie zaś, bo francuska wersja zupy cebulowej absolutnie nie jest jedyną. Francuska zupa smakuje specyficznie – jest bardzo alkoholowa i bardzo, bardzo wytrawna.. Też smaczna – ale mimo wszystko inna.

Angielskie wydanie zupy bazuje natomiast przede wszystkim na słodyczy, którą cebule wytwarzają podczas długiego, powolnego duszenia i na maślanej, jedwabistej wręcz konsystencji, której danie nabiera. I dlatego tak mi smakuje, bo –  jak Wam już swego czasu pisałam – w pieczonych i smażonych cebulach jest coś tak przepysznego – jakby melasowego czy karmelkowego – że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko je uwielbiać. I podobnie jest z tą zupą. Ma w sobie coś takiego… jest po prostu… a zresztą, nie. Nie powiem Wam, bo żadne słowa tego nie opiszą. Spróbujcie sami, i to koniecznie. KONIECZNIE:)

Na 4 porcje zupy potrzebujesz:

Różne rodzaje cebul (w sumie ok. kilograma). Czyli np.:
5 cebul czerwonych
2-3 duże cebule białe
3 szalotki
300 g pora

6 wyciśniętych ząbków czosnku (ja dodałam 2)
garść świeżej szałwii
1,5 l bulionu warzywnego lub drobiowego
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka gałki muszkatołowej (Jamie nie dodaje, ale moim zdaniem warto)
Sól
Pieprz
Sos Worcestershire (opcjonalnie)
Oliwa z oliwek
2 łyżki masła
8 kromek czerstwego chleba lub bułki
200 g utartego sera cheddar (można zastąpić polskim ostrym serem, np. Carskim lub Bursztynem)

Piekarnik rozgrzej do temp. 200º C. Wszystkie cebule i pora posiekaj na piórka. Odłóż na bok ok. 4-8 listków szałwii, resztę z grubsza posiekaj. W garnku o grubym dnie i nieprzywierającym spodzie rozgrzej oliwę i masło; gdy się rozpuszczą, zmniejsz ogień do minimalnego płomienia. Dodaj szałwię i czosnek i duś przez chwilę na małym ogniu, po czym dodaj cebule, sól i pieprz i mieszaj przez chwilę, tak, by wszystkie pokryły się tłuszczem. Następnie częściowo przykryj garnek pokrywką i duś (ciągle na maleńkim ogniu!) przez ok. 30 minut, po czym zdejmij pokrywkę i duś jeszcze przez 20 minut, tak, by cebula nabrała złotawego koloru. W czasie tych 50 minut co jakiś czas sprawdzaj i mieszaj cebulę, by nie przywarła do dna ani się nie przypaliła. Takie cierpliwe duszenie jej na małym ogniu może wydawać się irytujące, ale naprawdę warto – puści prze-prze-pyszny, maślano-słodki sos i nabierze niezwykłego aromatu, którego nie miałaby, gdyby ją po prostu szybko usmażyć w wysokiej temperaturze. Dlatego – warto pozwolić cebuli na taką powolną „kąpiel” w maśle, tym bardziej, że jeśli temperatura będzie niska, cebula nie powinna nazbyt przywierać i nie trzeba cały czas przy niej stać, a tylko doglądać i od czasu do czasu zamieszać.

Po upływie 50 minut dodaj cukier i gałkę, przemieszaj, a potem zalej bulionem i gotuj na małym ogniu przez ok. 10-15 minut. Jeśli trzeba – dopraw do smaku solą i pieprzem. Gotową zupę rozlej do żaroodpornych miseczek.

W piekarniku przyrumień z obu stron kromki chleba, następnie wyjmij, porwij na mniejsze kawałki i ułóż na zupie. Grzanki posyp tartym serem i pieprzem, polej kilkoma kroplami sosu Worcestershire (opcjonalnie) i przystrój odłożonymi na bok listkami szałwii. Każdą miseczkę skrop odrobinką oliwy, następnie postaw na blasze, całość wstaw do piekarnika i piecz z górnym grzaniem, aż ser się roztopi i zacznie ładnie rumienić:) Ostrożnie wyjmij blachę z miseczkami zupy i podawaj je od razu, tylko uwaga – będą baaaardzo gorące!

Enjoy!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...