Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia Włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia Włoska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2011

Pomidorowo-chlebowa sałatka z chrupiącą szynką parmeńską


Dziś krótko, ale za to jak treściwie! Sałatka z pieczonego chleba i pomidorów o balsamicznym posmaku - szybka, urozmaicona smakowo, idealna na śniadanie lub lunch.

Wymyśliłam ją kiedyś "na cito" - pewnego pięknego poranka, gdy chodziła za mną włoską panzanella, na której przyrządzenie nie miałam czasu;) Wymyśliłam więc coś prostszego, ale z użyciem głównych składników panzanelli - chleba i pomidorów.

Efektem moich wysiłków była ta właśnie sałatka - jej ostrawy smak chilli i octu balsamicznego złagodziłam odrobiną mascarpone, ale tak naprawdę i bez tego sałatka byłaby świetna.

Polecam :)


Na 4 porcje potrzebujesz:


10 kromek ulubionego pieczywa, najlepiej ciabatty lub bagietki
8 słodkich, dojrzałych pomidorów, pokrojonych w ósemki
10 dkg szynki parmeńskiej lub szynki Serrano w plasterkach
150 g gorgonzoli, pokrojonej w kostkę (opcjonalnie)
1 papryczka chilli, drobno posiekana (opcjonalnie)
garść listków bazylii
3 łyżki oliwy
sól
pieprz


Sos:


4 łyżki octu balsamicznego
5 łyżek oliwy
3 łyżki miodu
1 ząbek czosnku, zmiażdżony (opcjonalnie)
Do podania: 
4 łyżki mascarpone (po 1 na osobę)


Piekarnik nastaw na na 200ºC. Plasterki szynki pokrój lub rozerwij na mniejsze kawałki. Kromki chleba pokrój w kostkę i przełóż do żaroodpornego naczynia. Dodaj szynkę i posiekane chilli (opcjonalnie). Dodaj sól oraz pieprz do smaku i zalej oliwą, następnie całość dokładnie wymieszaj. Włóż do piekarnika na 5-8 minut, by grzanki i szynka ładnie się przyrumieniły.
W małej miseczce połącz składniki sosu. Wyciśnij sok z cząstek pomidorów i dodaj do sosu. Spróbuj i w razie potrzeby dopraw wedle uznania.
Pomidory, bazylię i gorgonzolę przełóż do dużej miski. Dolej sos i grzanki, całość wymieszaj.
Podawaj w głębokich talerzach, z dodatkiem mascarpone (1 łyżka na osobę).

piątek, 7 października 2011

Jedzenie Po Prostu. Bruschetta ze słodkimi pomidorami i gorgonzolą.


Zanim w ogóle przejdę do przepisu, a nawet do moich tradycyjnych około-kulinarnych wynurzeń, muszę się Wam do czegoś przyznać. Otóż - określenie „Bruschetta” jest w wypadku tego dania lekkim nadużyciem. Tradycyjna bruschetta to solidnej grubości grzanka z chleba, w którą wtarto świeży czosnek i hojnie polano oliwą, ewentualnie doprawiono solą i pieprzem… i dopiero tak przygotowana baza stanowi ramę dla ewentualnych dodatków – pomidorów i bazylii, szynki parmeńskiej, warzyw macerowanych w oliwie… dodanych na już upieczoną kromkę chleba. Nie jest natomiast bruschettą porcja pieczywa zapieczona z dodatkami… czyli właśnie to, co Wam dzisiaj proponuję;)

No, ale że ja w kuchni czuję się bardzo swobodnie, także i bruschettę mogę sobie przygotowywać tak, jak chcę. Zresztą – podstawowym powodem, dla którego lubię zapiekać słynne bruschettowe pomidory jest nie – przekora, ale gorzka świadomość, że dzisiejszym „tomatom” niejednokrotnie wiele brakuje do tego, by mogły zachwycać tylko i wyłącznie czarem własnego smaku. Odpowiednie ich przygotowanie, a następnie zapieczenie w piecu pozwala odtworzyć ten cudowny, słodko-kwaśny efekt, którego w świeżych pomidorach (nawet tych najlepszych) nie udało mi się znaleźć już od dawna.

No ale dość już o tym.

Bruschetta. Bułka z masłem. Kuchenna fraszka-igraszka, trochę jedzenie, a trochę takie fru-bździu – bo czyż przekąskę z chleba z dodatkami można nazwać posiłkiem? W pogoni za wyszukanymi potrawami od najbardziej wybitnych szefów kuchni zapominamy, że nieraz najsmaczniejsze rozwiązania to także te najprostsze. Trochę, jak w życiu – godzinami zadręczamy się poczuciem, że – by znaleźć sens życia - potrzebujemy „czegoś innego” albo „czegoś więcej”, podczas, gdy tak naprawdę to, co sprawiłoby nam najwięcej radości mamy dokładnie przed sobą – rozwiązanie tak genialne w swojej prostocie, że nawet nie pamiętamy, iż w ogóle istnieje.

Nie bójmy się więc żyć, jeść i gotować „po prostu”. Pewnie, że czasem fajnie spędzić nad nowym daniem trzy godziny, a wcześniej tydzień, by dobrać odpowiednie składniki… ale nieraz też to, co najlepsze, jest też najłatwiejsze i najszybsze w przygotowaniu.


Na 4 bruschetty potrzebujesz:

4 kromki pieczywa razowego, najlepiej na oliwie
3 niewielkie pomidory gruntowe, pokrojone w kostkę
Garść listków świeżej bazylii, posiekanych
50 g gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
1 łyżka octu balsamicznego
3 łyżki oliwy
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 drobno posiekana papryczka chilli (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
sól
świeżo zmielony pieprz


Piekarnik rozgrzej do temperatury 180º C. Do miseczki wrzuć pomidory, połowę czosnku, posiekaną paryczkę chilli (opcjonalnie), ¾ listków bazylii, ocet balsamiczny, cukier, 1 łyżkę oliwy, szczyptę soli i odrobinę świeżo zmielonego pieprzu. Całość wymieszaj i odstaw na 10 minut, by smaki się przeniknęły.

W cztery przygotowane kromki chleba wetrzyj pozostały czosnek i pokryj oliwą (ok. ½ łyżki na każdą kromkę, ale można oczywiście dać więcej). Ułóż na naczyniu żaroodpornym i zapiekaj pod grillem przez ok. 5 min. Następnie wyjmij naczynie z pieca i na każdej kromce umieść hojną porcję macerowanych pomidorów. Zapiekaj przez kolejne 6 minut. Wyjmij, na każdej kromce umieść kawałki gorgonzoli, po czym zapiekaj jeszcze przez 2 minuty.

Podawaj od razu, posypane listkami bazylii i świeżo zmielonym pieprzem. Jeśli chcesz, możesz dodatkowo polać bruschettę oliwą i octem balsamicznym, choć mnie wystarczają na ogół te ilości, które dodałam na początku.

czwartek, 10 marca 2011

Caponata – sycylijski gulasz z bakłażanów


Gdy nie wiadomo, o co chodzi – najpewniej chodzi o Jamiego. Zawsze, gdy zapraszam gości i chcę poeksperymentować z nowymi przepisami, najpierw zaglądam właśnie do niego – niekoniecznie po gotowe potrawy, czasem po prostu dla inspiracji. I tak ostatnio, stojąc przed perspektywą wykarmienia gości, po raz kolejny zaczęłam od przewertowania jego przepisów.

Powiem Wam – niełatwo gotuje się dla innych ludzi, szczególnie, gdy chcesz, żeby byli zadowoleni. Ten nie je tego, tamten znowu – tamtego; ktoś nie je mięsa, inny znów jest uczulony na to i na tamto… co tu dużo mówić – same problemy. Problemy, które ja sama też zapewne stwarzam innym, z moim zdecydowanie negatywnym stosunkiem do: indyka, potraw bez sosów, kawioru, wątróbki i całej masy przeróżnych rzeczy, które niekoniecznie wydają się powszechnie nielubiane, a które ja tymczasem staram się omijać. No ale ja to ja, a inni to inni…:) Szukanie potraw „uniwersalnych” bywa więc frustrujące, ale z drugiej strony – stanowi zawsze ekscytujące wyzwanie – co by tu wymyśleć, żeby goście chętnie zjedli?

Jedną z odpowiedzi jest po prostu: urozmaicenie. Nieraz pisałam Wam już, ze najbardziej lubię przygotowywać potrawy proste i szybkie, ale o głębokim i wielopoziomowym smaku. Pewną dodatkową zaletą takich dań (pomijając to, że się przy nich nie zmęczysz;)), jest to, że można zrobić ich kilka i zaoferować gościom całą kolekcję – do wyboru, do koloru:)

Gdy się nad tym zastanowić, na tym polega właśnie model włoski – dużo różnych, choć prostych dań, postawionych na stole przed tabunem ludzi. Jest jedzenie, jest wino i jest miło (to nie miał być rym częstochowski, tak mi się napisało!). Choć na ogół nie starcza mi czasu ani energii na pełen, multidaniowy pakiet, staram się chociaż o kilka opcji, w tym dwie w daniu głównym.

I tak właśnie ostatnio, jako uzupełnienie lub alternatywa dla makaronu w sosie serowym, zrobiłam Caponatę, znalezioną oczywiście u Jamiego.

Jest fenomenalna – szybka w wykonaniu, ale niezwykle lekka i aromatyczna. Smażony na złoto, a potem podduszony w pomidorach bakłażan zyskuje aksamitną, niemal maślaną konsystencję, a wykończenie ze smażonej, słodkawej cebuli z kaparami i oliwkami dodatkowo wzbogaca ten jego delikatny smak. Do tego dużo oliwy, kilka kropel octu balsamicznego, świeża pietruszka i… mmmm, można się delektować, oczywiście najlepiej w towarzystwie swojego ulubionego wina – lub wina po prostu;)

Caponatę można też jeść na zimno, jako antipasti. Polecam!


Dla 4 osób:

2 duże bakłażany, pokrojone w spore kawałki
1 mała czerwona cebula, pokrojona w piórka
2 ząbki czosnku, obrane i pokrojone w cienkie plasterki
1 pęczek natki pietruszki – listki odłożone do posypania, łodygi – posiekane
2 łyżki kaparów, najlepiej solonych (dałam w occie) i odsączonych
garść zielonych oliwek, bez pestek
5 bardzo dojrzałych pomidorów (ze względu na porę roku użyłam pomidorów z 1 puszki)
Oliwa z oliwek
1 łyżka suszonego oregano
sól
świeżo zmielony pieprz
2-3 łyżki najlepszej jakości octu ziołowego (dałam balsamiczny)
łuskane migdały, podsmażone na patelni (opcjonalnie, do podania)

Na dużej patelni lub woku rozgrzej oliwę. Dodaj bakłażana i oregano, posól, po czym dokładnie wymieszaj, tak, by każdy kawałek bakłażana był pokryty oliwą. Smaż w wysokiej temperaturze przez ok. 4-5 minut, od czasu do czasu mieszając (jeśli patelnia jest za mała, smaż bakłażany partiami). Gdy bakłażany będą już złote po obu stronach, dodaj cebulę, czosnek i posiekane łodygi natki i smaż dalej przez kilka minut. Jeśli trzeba, dolewaj w międzyczasie oliwy. Dodaj kapary i oliwki, polej octem, a gdy ten wyparuje, dodaj pomidory i duś na małym ogniu przez ok. 15 minut, aż bakłażan będzie miękki. Dopraw do smaku solą, pieprzem i – jeśli trzeba – octem. Przed podaniem polej gulasz dobrej jakości oliwą; posyp listkami natki i (opcjonalnie) prażonymi migdałami.


sobota, 5 marca 2011

Owoce morza w pomidorach i winie


Nigella nazwała ten przepis: Speedy seafood supper („szybka kolacja z owoców morza”). Tak po prostu. I rzeczywiście, muszę przyznać, że coś w tym jest. Dwie najbardziej charakterystyczne rzeczy, które można o tym daniu powiedzieć, to że składa się z frutti di mare i powstaje w przeciągu kilkunastu dosłownie minut.

Czy smaczne? Smaczne. Ale choć nawet oryginalny przepis zakładał użycie mrożonych owoców morza, śmiem twierdzić, że potrawa ta musi smakować o wiele lepiej wszędzie tam, gdzie wszelkie morskie stwory można kupić świeże. I wcale nie trzeba na to mieszkać nad samym morzem! W wielu krajach świeże frutti do mare sprzedawane jest „tak po prostu”, w sklepach rybnych albo supermarketach. Dlatego, choć sama Nigella wybrała tu drogę na skróty, jeśli zechcesz przygotować to danie, a masz dostęp do świeżej „morszczyzny” – skorzystaj z niego:)

Połączenie, które proponuje Nigella – pomidory, czosnek, białe wino, oliwa, a nawet kurkuma – świetnie komponuje się z owocami morza. Uważajcie tylko bardzo na czas – krewetek, małży czy kalmarów nie można gotować zbyt długo, inaczej zrobią się twarde i gumowate.

Przyznam uczciwie, że kolejne wykonanie tego dania zostawiłabym sobie na okazję, przy której mogłabym użyć „owoców” prosto z morza. Muszę niemniej przyznać, że potrawa ta świetnie i skutecznie przenosi nas z zimowej szarości na słoneczną plażę w jakiejś pięknej, włoskiej, rybackiej wiosce:) Spróbujcie jej, jeśli tęsknicie za śródziemnomorską beztroską – zaopatrzcie się tylko koniecznie w chrupiącą bagietkę, lekkie białe wino (u mnie troszkę słodkawe:)) i przyjemną, południowoeuropejską, gitarową muzykę :)



Dla 4 osób:

Szczypta nitek szafranu
250 ml świeżo zagotowanej wody (ja radziłabym dać pół tego)
4 łyżki oliwy czosnkowej (jeśli nie masz, użyj zwykłej i dodaj 1-2 ząbki czosnku)
6 dymek (ze szczypiorkiem), drobno posiekanych
½ łyżeczki mielonej kurkumy
125 ml wermutu lub białego wina (ja użyłam więcej, ok. 250 ml)
½ puszki pomidorów (ja użyłam całej, za to proponuję dać mniej gotowanej wody)
1 łyżka płatków soli morskiej lub ½ łyżeczki soli
400 g mrożonych owoców morza (dałam ok. 500-600 g; jeżeli możecie, użyjcie świeżych)
świeżo mielony pieprz – do smaku
świeże zioła własnego wyboru (u mnie pietruszka)
1 cytryna pokrojona w ćwiartki (moja modyfikacja)

Włóż do szklanki niteczki szafranu i zalej gorącą wodą. Na dużej patelni rozgrzej oliwę, dodaj dymki, posiekany czosnek (opcjonalnie) i kurkumę i smaż na średnim ogniu przez 1-2 minuty. Wlej wino lub wermut, wodę z szafranem, pomidory i połowę soli. Zwiększ ogień na duży, dodaj owoce morza, doprowadź do wrzenia. Następnie zmniejsz ogień i gotuj przez 3-4 minuty, aż owoce morza się ugotują, ale wciąż będą miękkie. Dodaj świeżo zmielony pieprz do smaku i – jeśli trzeba – więcej soli. Podawaj ze świeżymi ziołami i ćwiartkami cytryny.

* Przepis pochodzi z książki Nigelli Lawson KUCHNIA.

piątek, 25 lutego 2011

Risotto z gorgonzolą i gruszkami


Mam nadzieję, że ten post będzie w miarę składny. Piszę go, jednocześnie oglądając bardzo dziwny francuski film o rozterkach jakiegoś faceta, którego żona jest aktorką i on nie może pogodzić się z tym, że ją na każdym kroku ktoś prosi o autograf. Oglądając takie coś, nasuwa mi się tylko jedna myśl: niektórzy to mają zmartwienia!

Pisałam Wam już o risotto. O tych maleńkich, perłowych, kleistych ziarenkach ryżu duszonych w bulionie i winie, które nabierają niezwykłej, kremowej wręcz konsystencji.

Anglicy mają takie piękne określenie – squidgy. Znaczy ono coś mięciutkiego, kleistego właśnie, ale nie – papkowatego. Coś takiego, co powoli wyjadasz łyżką z dużej miseczki późnym wieczorem, oglądając telewizję po ciężkim i długim dniu:)

Risotto właśnie takie jest. A to połączenie – pleśniowej, prawie orzechowej w smaku gorgonzoli i gruszek karmelizowanych w miodzie – jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych. Polecam je Wam bardzo:)

Proponowane dziś przeze mnie risotto autorstwa Dave'a Barkera pochodzi – jak zwykle – od Jamiego Olivera, a dokładniej z Magazynu JAMIE; oryginalny przepis możecie też zobaczyć tutaj. Świetnie zjada się jako samodzielne danie, ale polecam Wam je też jako dodatek do mięsa – ja przyrządzam je często w towarzystwie kurczaka z szynką Serrano, o którym pisałam Wam ostatnio.


Dla 4 osób:

400 g ryżu arborio, opłukanego na sicie
200 g kremowej gorgonzoli, pokrojonej w kostkę
375 ml wermutu
1 litr bulionu
1 łodyga selera naciowego, drobno posiekana
1 drobno posiekana cebula
4 łyżki masła
3 gruszki, obrane ze skórki, pozbawione gniazda nasiennego i pokrojone na kawałki (alternatywnie możesz użyć odsączonych gruszek z puszki)
3 łyżki miodu
parmezan
garść listków świeżego tymianku
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. Na żaroodpornym naczyniu ułóż gruszki, polej miodem i skrop oliwą. Całość dokładnie wymieszaj i wstaw do piekarnika na ok. 15-20 minut, po czym wyjmij i odstaw do ostygnięcia.

W garnku rozgrzej oliwę i jedną łyżkę masła. Dodaj cebulę i seler naciowy, zmniejsz ogień i duś w małej temperaturze, aż warzywa się zeszklą i zmiękną, ale nie – przypieką. Dodaj ryż i smaż przez chwilę, po czym dodaj wermut i duś, cały czas mieszając. Gdy wermut się wchłonie, dodaj chochlę bulionu i duś, cały czas mieszając, by ryż nie przykleił się do dna. Gdy cały bulion zostanie wchłonięty, dodaj kolejną chochlę i dalej mieszaj czekając, aż ryż ponownie wchłonie cały płyn. Dodaj wtedy kolejną chochlę i powtarzaj czynność, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od producenta może to zająć od ok. 15 minut do pół godziny, i od ok. 750 ml litra bulionu do ok. litra, dlatego nie przejmujcie się, jeśli trochę wywaru zostanie!).

Gdy ryż będzie miękki, dodaj ok.. 150 g gorgonzoli, 3 łyżki masła i skarmelizowane gruszki. Przykryj szczelnie garnek, zdejmij z ognia i zostaw na 2-3 minuty, po czym pomieszaj i dopraw do smaku.

Podawaj na głębokich talerzach, skropione oliwą i posypane pozostałą gorgonzolą, parmezanem, listkami świeżego tymianku i świeżo mielonym pieprzem.


środa, 23 lutego 2011

Cytrynowy kurczak z szynką Serrano i tymiankiem


Macie swojego kulinarnego idola? Bo ja mam, i to aż dwóch! Jeden to niejaki Heston Blumenthal,  kulinarny eksperymentator-wynalazca, który najbardziej ze wszystkiego lubi wybuchy i ciekły azot. Odkryłam go nie tak dawno temu, ale zachwyciłam się aż po sam sufit. Jego kolacja à la Charlie i fabryka czekolady z przystawkami zlizywanymi ze ściany, albo zupa „zjedz mnie” w stylu Alicji w Krainie Czarów, którą musisz najpierw zaparzyć w dzbanuszku niczym popołudniową herbatę – to naprawdę było coś. Ponieważ jednak kulinarne dokonania Hestona nie tak łatwo odtworzyć w zaciszu własnej kuchni, gotując, częściej inspiruję się przepisami mojego idola numer 2, czyli Jamiego O. Poniższa potrawa pochodzi z jego książki Ministry of Food (Każdy może gotować), którą zdecydowanie polecam wszystkim chętnym zgłębiania tajników przygotowania sztandarowych, acz niekoniecznie często przygotowywanych samemu dań. Książka świetnie sprawdzi się też tym z Was, którzy gubią się w nieraz dość ogólnych i skrótowych przepisach w książkach kucharskich – w Ministry of Food Jamie szczegółowo opowie Ci o przygotowaniu każdej potrawy, krok po kroku, informując Cię nawet, kiedy masz coś zamieszać albo doprawić:)

Poniższy przepis świetnie nada się na ważną kolację dla gości lub na spotkanie dla przyjaciół. Jego niekwestionowaną zaletą jest to, że przygotowanie jest łatwe i szybkie, zaś efekt – wyśmienity. To naprawdę pyszna potrawa, polecam ją Wam bardzo! Na ogół robię do niej risotto z gruszkami i serem gorgonzola, o którym opowiem Wam już niedługo:)


Dla 4 osób:

1 kg piersi kurczaka
10 dkg szynki Serrano lub parmeńskiej, pokrojonej w cienkie plasterki
2-3 łyżki tartego parmezanu
2-3 łyżki otartej skórki z cytryny
garść listków świeżego tymianku
sok z ½ cytryny
sól
świeżo zmielony pieprz
Oliwa z oliwek (do smażenia)


Kurczaka oczyść z błonek i chrząstek, każdą pierś przekrój na 2 lub 3 części. Pobij kawałki kurczaka, aż będą cienkie, następnie wszystkie powstałe w ten sposób kotlety rozłóż na jednej desce/tacy/talerzu (nie kładź jednych kotletów na drugich!). Każdy z kawałków posyp solą, pieprzem, skórką z cytryny, parmezanem i listkami tymianku. Skrop kilkoma kroplami oliwy, po czym na wierzchu każdego z kotletów połóż plasterek szynki, tak, by dobrze przykrył kotlet. Dociśnij szynkę do kurczaka, następnie przykryj kotlety folią, jeszcze raz dociśnij, i odstaw do lodówki na min. 1 godzinę.

Na patelni rozgrzej oliwę. Gdy będzie już gorąca, kładź na niej kotlety, szynką do dołu, i smaż przez ok. 2-3 minuty, w zależności od wielości kawałków kurczaka. W czasie smażenia podlej częścią soku z cytryny. Następnie odwróć kurczaka i smaż po drugiej stronie przez mniej-więcej tyle samo czasu, również podlewając sokiem z cytryny w trakcie smażenia.

Podawaj z listkami świeżego tymianku, w towarzystwie swojego ulubionego białego wina!

piątek, 11 lutego 2011

Makaron w sosie serowym z brokułami i karmelizowanymi pomidorkami cherry


Kilka dni temu widziałam na TVN Style nieznany mi dotąd brytyjski program o kulinarnej rywalizacji dwóch rodzin pod okiem znanych i doświadczonych szefów kuchni. Program jak program, widywałam lepsze, ale – wobec braku lepszych propozycji o tej porze dnia – całkiem miło oglądało się go przy porannej kawie.

Jedna z uczestniczek zwierzyła się swojemu mentorowi, że jej dzieci folgują bardzo niezdrowym upodobaniom żywieniowym, odmawiając wszystkiego, co nie jest mrożoną pizzą lub odgrzewanym macaroni cheese z pudełka – którymi z kolei zajadają się do szaleństwa. Przydzielony rodzinie opiekun znalazł proste remedium – zapiekankę z makaronu i sera w jego autorskiej, zdrowszej wersji. Makaron gotuje się z brokułami, w garnku obok robi się sos serowy z niskotłuszczowym serem, całość miesza się i przekłada do żaroodpornego naczynia, które na koniec przykrywa się warstwą zdrowych, pokrojonych pomidorów i zapieka w piekarniku. No i voilà, gotowe. Nie muszę chyba mówić, że wdzięczna mama rzuciła się do podziękowań, a jej entuzjastycznie nastawione do telewizji dzieci – do zapewnień, że taka serowa zapiekanka z brokułami smakuje im tak samo, a nawet bardziej, niż przygotowywany fabrycznie i naszpikowany chemią macaroni cheese. Taaaa, in their dreams.

Czy rzeczywiście dzieci tak łatwo dają się oszukać? – nie wiem. Czy faktycznie przemycenie im w posiłku zdrowych warzyw i owoców to taka prosta sprawa? – na to pytanie również nie znam odpowiedzi, choć mam pewne wątpliwości. Wiem natomiast, że ta makaronowo-serowa zapiekanka narobiła mi takiego apetytu, że musiałam i ja ją ugotować. Czy raczej – tylko się nią zainspirować, bo od makaronowych zapiekanek wolę makaron z sosem per se. I tak powstało danie, które Wam dziś proponuję. Jest nieskomplikowane i szybkie, wymaga tylko kilku składników, a smakuje – naprawdę wspaniale. Nie wiem niestety, o ile mniej ma kalorii niż macaroni cheese (obawiam się, że nie aż tak wiele…:/), z pewnością jednak jest zdrowszy. A co do macaroni cheese… ech, jako dziecko je uwielbiałam, choć jadałam bardzo rzadko – gdy moja rodzina przywoziła nam je z Kanady jako specjalny treat. Dziś już pewnie tak ochoczo bym go nie wcinała, ale wtedy – to było to! Były czasy…;)



Dla 4 osób:

300 g makaronu, np. penne lub fusilli
korony z 3 brokułów
500 g pomidorków cherry
150 ml kwaśnej śmietany
200 ml słodkiej śmietany
100 g sera Gorgonzola, pokrojonego w duże kawałki
50 g ostrego niebieskiego sera, np. Roquefort lub Bleu d’Auvergne, pokrojonego j/w
100 g tartego ostrego sera żółtego, np. Cheddar lub Bursztyn
3 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
1 łyżka masła
2 czubate łyżki cukru
1 łyżka octu balsamicznego
sól
świeżo mielony pieprz
tarty parmezan (można zastąpić drobno utartym serem żółtym używanym do sosu)


Piekarnik rozgrzej do 180° C. W żaroodpornym naczyniu umieść umyte i osuszone pomidorki cherry (jeśli są duże, można je poprzekrawać na pół), dodaj do nich cukier, ocet balsamiczny, 2 rozgniecione ząbki czosnku i 2 łyżki oliwy, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma i włóż do piekarnika na ok. 15 minut, od czasu do czasu wyjmując i mieszając, by pomidorki się nie przypaliły.

W rondelku rozgrzej pozostałą oliwę i masło i dodaj posiekany ząbek czosnku, następnie duś go przez chwilę na bardzo małym ogniu. Dodaj śmietanę i dokładnie wymieszaj, dodaj Gorgonzolę i ostry niebieski ser, po czym wolno podgrzewaj na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając, by śmietana się nie zwarzyła. W garnku nastaw osoloną wodę, a gdy zacznie wrzeć – dodaj makaron i brokuły i gotuj, aż będą miękkie.

Gdy makaron będzie gotowy, do sosu dodaj tarty żółty ser i starannie wymieszaj. Odcedź makaron i brokuły, pozostawiając ok. 50 ml wody z gotowania, po czym dodaj to wszystko do sosu. Wymieszaj i – w razie czego – dopraw do smaku. Podawaj z karmelizowanymi, pieczonymi pomidorkami cherry, tartym parmezanem i świeżo mielonym pieprzem.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śródziemnomorska sałatka z warzyw w balsamiczno-oliwnej zalewie


Dobrze mieć urodziny. Dostaje się piękne prezenty i wszyscy są TACY mili:) Gotowanie zawsze było moją wielką pasją, ale odkąd założyłam bloga, również kolekcjonowanie różnych kulinarnych gadżetów okazało się niezłą frajdą. I chyba dlatego wśród ton przepięknych prezentów, które się u mnie zjawiły, znalazły się urocze foremeczki małe i duże, nóż szefa kuchni, nowiutki WOK, wspominana już przeze mnie KUCHNIA Nigelli Lawson, książka Historia Smaku, którą ponoć pochłania się jednym tchem (dziewczyny, jeszcze raz dziękuję, zdam relację wkrótce!), dwukolorowy likier kawowo-śmietankowy, prawdziwe i absolutnie PRZEPYSZNE tiramisu z dużą ilością kawy i amaretto, kilka kulinarnych świeczek i cała torba egzotycznych różności, znanych i nieznanych, z których będę starała się skomponować ciekawe potrawy (jeśli ktoś z Was zna jakieś dobre przepisy z użyciem owocu drzewa bochenkowego – dajcie znać;))

No ale najpiękniejszym prezentem była dla mnie obecność tylu ludzi, którym chciałam podziękować, gotując coś smacznego. Co prawda wspomniane już przeze mnie kiedyś żeberka Nigelli trochę się przypaliły (a i tak znalazły amatorów!), ale generalnie prawie wszystko się zjadło, mam więc nadzieję, że nie było źle;) W najbliższym czasie będę Wam podawać przepisy na to, co tam wymyśliłam, nieraz – nie ukrywam – zainspirowana pomysłami z innych blogów lub kulinarnych stron, dziś jednak chciałam wspomnieć o czymś dla mnie wyjątkowym, potrawie skomponowanej przeze mnie w moich pięknych, zagraniczno-studenckich latach, czyli o śródziemnomorskiej sałatce z pieczonych warzyw w oliwno-balsamicznej zalewie.

Nieraz obijały mi się o uszy zachwyty nad pieczonymi warzywami. A to ktoś wspomniał, że gdzieś takie jadł i były wyśmienite, a to co i rusz z jakiejś mniej lub bardziej znanej książki kucharskiej wyskakiwał ciekawy przepis, a to wreszcie zdarzało mi się czasem samej spróbować bakłażana i paprykę, upieczone i zamarynowane w oliwie – może nie idealne, ale w każdym razie z dużym potencjałem.

A potem pojechałam na studia za granicę i w kraju słynącym z wysokich cen i niekorzystnego kursu wymiany musiałam jakoś radzić sobie z gotowaniem na dobrym poziomie. Region, w którym studiowałam słynie wręcz z niezdrowego żywienia wśród lokalnych mieszkańców, i rzeczywiście dało się to zauważyć, obserwując zawartość niejednego wózka w supermarkecie. Ja tak nie chciałam. Nie chciałam żywić się mrożoną pizzą, burgerami i fabrycznymi frytkami, albo kupować wędliny, w których zawartość mięsa wynosiła zapewne jakieś 5% albo niewiele więcej. Kraj, w którym żyłam oferował niezwykłe wręcz możliwości kulinarne, a ja bardzo chciałam z nich skorzystać – i skorzystałam. Choć gotować lubiłam od zawsze, to właśnie tam rozwinęłam się kulinarnie i stworzyłam swój własny styl. Tam również nauczyłam się, że gotowanie tego, co smaczne i zdrowe nie wymaga nie wiadomo jakich nakładów finansowych, choć wielu twierdzi, że to niemożliwe. I dlatego zawsze śmieszyło mnie, gdy stałam w kolejce do kasy, przede mną ktoś wyładowywał wózek pełen chipsów i puszek, a potem ja, studentka, podchodziłam z moją malowniczą kolekcją frykasów, na ogół zresztą płacąc za nią niewiele. W tworzeniu naprawdę dobrych potraw za niewielkie pieniądze zawsze byłam mistrzynią, trochę z konieczności, bo żyłam przecież na studenckim kieszonkowym, a wystarczyć musiało też na ciuchy, kosmetyki, wyjścia i oczywiście książki:)

I wtedy właśnie, poproszona o ugotowanie czegoś jako dodatek na kolację dla 15 osób, postanowiłam zrobić tę właśnie sałatkę. Było lato, szczyt sezonu, warzywa tanie i niezwykle wręcz apetyczne… pomyślałam – czemu by nie spróbować? Zrobiłam – i się nią zachwyciłam, a ze mną wspomniane już 15 osób. Odtąd sałatka ta towarzyszy mi przy każdej imprezie, już nie dlatego, że można ją łatwo zrobić, ale dlatego, że jest wyjątkowo wręcz pyszna, a do tego można przygotować ją wcześniej. Czasem robię ją też latem, w mniejszej ilości, jako dodatek do włoskich wędlin i serów na lekką kolację na balkonie – nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Moi goście bardzo ją lubią, a dla mnie łączy się z tyloma pięknymi wspomnieniami tych niezapomnianych, szalonych lat…:) Spróbujcie jej koniecznie!



Śródziemnomorska sałatka z pieczonych warzyw, porcja imprezowa:)

3 duże czerwone papryki
1 duża papryka żółta
1 duża papryka zielona
3-4 nieobrane ze skórki bakłażany, pokrojone w grube „zapałki”
5 pomidorów
1 słoik karczochów w oleju
2 czubate łyżki kaparów
1 opakowanie filecików anchois (opcjonalnie)
oliwa z oliwek

Zalewa:

4 łyżki oliwy
1 łyżka zalewy z anchois
2-3 łyżki oliwy balsamicznej
2 ząbki czosnku
1 łyżka miodu
1 łyżka cukru
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)
2 łyżki wódki lub innego mocnego alkoholu
Sól
Pieprz

Do przybrania:

Garść orzeszków pinii
Garść listków bazylii

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż umyte, całe papryki i pomidory, skrop oliwą i dobrze wymieszaj. Włóż do piekarnika i piecz przez ok. 30 min,, aż skórka na warzywach stanie się ciemna i pomarszczona. Wyjmij blachę i zostaw do ostygnięcia.

W tym samym czasie na innej blasze ułóż pokrojonego bakłażana, również skrop oliwą i wymieszaj, po czym wstaw do piekarnika i piecz, aż bakłażan ładnie się przyrumieni.

W misce przygotuj zalewę, łącząc wszystkie składniki.

Z papryk i pomidorów zdejmij skórkę (powinna łatwo odchodzić), papryki pozbaw gniazd nasiennych, pokrój w paseczki i przełóż do dużego naczynia, po czym zrób podobnie z pomidorami (można rozdrobnić je w rękach) i również dodaj je do naczynia. Dodaj bakłażana, odsączone karczochy, kapary, anchois przekrojone na mniejsze kawałki, po czym wlej zalewę i całość wymieszaj. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku. Odstaw do lodówki, najlepiej co najmniej na kilka godzin (maksymalnie na 24 godziny), po czym podawaj na dużym płaskim naczyniu, posypane orzeszkami pinii i listkami bazylii.

środa, 26 stycznia 2011

Frittata z mozzarellą i bekonem


Przepyszne, lekkie danie, idealne na lunch lub kolację, świetnie smakuje w towarzystwie zielonej sałaty lub (na zimno) z pajdą dobrego, rumianego chleba – tak, jak podają je we włoskich barach i kafejkach. Frittatę można też przygotować jako jedną z potraw na miły, duży obiad w stylu śródziemnomorskim, gdzie stół ugina się od wielu różnych potraw – pysznych, choć prostych w przygotowaniu.

Przepis pochodzi ze wspominanej już przeze mnie, nowej książki Nigelli Lawson – KUCHNIA. Nigella zamiast bekonu użyła cienko pokrojonej, włoskiej mortadeli z pistacjami. Ponieważ nie miałam jej w lodówce, a danie przygotowywałam „na szybko” – zastąpiłam mortadelę bekonem, ale jeśli możecie łatwo kupić włoską mortadelę (dostępną w większości supermarketów i delikatesów) – użyjcie jej, bo smakuje naprawdę dobrze.

Moja jedyna uwaga – frittata Nigelli jest pyszna, ale dosyć mdła. Ja akurat podałam ją z pikantną zupą z krewetek, więc łagodny smak mi nie przeszkadzał, ale generalnie sugerowałabym urozmaicenie smaku przez dodanie np. chilli, pieczonej słodkiej papryki lub po prostu sporej ilości pieprzu.


Dla 3-4 osób:

6 jajek
150 g cienko pokrojonego bekonu lub włoskiej mortadeli
125 g pokrojonej w kostkę mozzarelli (ja dałam więcej, bo lubię roztopiony ser;))
1 kopiata łyżka tartego parmezanu
1 kopiata łyżka pietruszki + drugie tyle do posypania na koniec
Sól
Pieprz
1 łyżka oliwy, najlepiej czosnkowej
1,5 łyżki masła

Piekarnik ustaw na opcję „grill” (grzanie od góry) i rozgrzej do temperatury 180° C. Jajka wbij do miski i roztrzep widelcem. Dodaj pokrojoną mozzarellę i bekon, delikatnie wymieszaj. Dodaj parmezan, natkę pietruszki oraz – do smaku – sól i pieprz.

Na patelni (przystosowanej do wkładania do pieca) o średnicy ok. 25 cm, lub w szklanym okrągłym naczyniu żaroodpornym rozgrzej oliwę i masło, po czym ostrożnie wylej na nią masę jajeczną i smaż na niewielkim ogniu (bez mieszania!) przez ok. 5 minut. Spód frittaty powinien się w tym czasie ściąć i nabrać złocistego koloru.

Zdejmij frittatę z ognia i wstaw do piekarnika na ok. 20-30 minut (tak naprawdę to czas orientacyjny… Nigella pisze, by trzymać frittatę w piecu, aż cała masa się zetnie, a wierzch nabierze złocistego koloru… i każe cały czas jej pilnować;)) Wyjmij frittatę z pieca i odstaw na kilka minut, by troszkę opadła, następnie posyp posiekaną pietruszką i podawaj na gorąco lub – po ostygnięciu – na zimno z chlebem, w formie kanapki.


czwartek, 13 stycznia 2011

Danie o teksturze jak aksamit: penne w sosie z pomidorów, bekonu i mascarpone


Gdy byłam na studiach, makaron stanowił podstawę mojego żywienia. I to nie tylko dlatego, ze sama chętnie go gotowałam (każdy student powie Wam, jak prostym, szybkim i łatwym do rozmnożenia dla nieoczekiwanych gości artykułem jest pasta), ale również dlatego, że wszechobecnie panował w stołówce mojego college’u. Czasem pyszny, czasem trudny do przełknięcia; czasem al dente, częściej – rozgotowany; z sosem na bazie świeżych składników – a i owszem, choć bywało też, że raczej z resztek obiadu i kolacji poprzedniego dnia. Krótko mówiąc – repertuar stołówkowy w całej swojej krasie i w pełni wdzięków. (Choć muszę Wam przyznać, że mimo ciągłych narzekań na jedzenie i wizyt w stołówce zakończonych zamawianiem pizzy w atmosferze fiaska, z dużą nostalgią i sympatią wspominam nasze college’owe wyżywienie jako wcale nie najgorsze, a jadalniane lunche i kolacje – jako kluczowe punkty programu dnia;)) I teraz wyobraźcie sobie, że wśród tych właśnie lepszych lub gorszych propozycji gastronomicznych zdarzały się prawdziwe hity. Nasze dzisiejsze penne bezsprzecznie do nich należało; potrafiłam zjeść ze smakiem moją porcję w 10 minut, a potem odczekać kolejne 30, by tuż przed końcem wydawania posiłków ładnie uśmiechnąć się z prośbą o dokładkę, którą dopiero wtedy pozwalali nam brać – o ile oczywiście coś jeszcze zostało, bo stołówkowe hity rozchodziły się szybko.

Dziś mam ten komfort, że moje penne mogę ugotować kiedy chcę, i ile tylko chcę. Świetnie nadaje się jako  bardzo u mnie eksponowany comfort food do zjedzenia sam na sam z telewizorem, szybki i lekki wieczorny obiad dla rodziny albo łatwe lecz popularne danie na spontaniczną kolację dla znajomych. Ma cudowny, pomidorowo-śmietankowy smak, wzmocniony wędzonym aromatem bekonu, i prawdziwie aksamitną teksturę pożyczoną od serka mascarpone. Często się nim zajadam, często do niego wracam. Zatem – do dzieła!

 
Dla 4 osób:

1 opakowanie makaronu penne (może być też rigatoni)
2 puszki pomidorów lub 2 kartoniki pomidorów z oliwą i czosnkiem
1 cebula
1 ząbek czosnku
1 papryczka chilli pozbawiona pestek (opcjonalnie; jeśli wolisz łagodne smaki, pomiń)
40 dkg wędzonego bekonu
200g serka mascarpone (warto mieć w zanadrzu mały zapas, łącznie do 400 g)
garść świeżej rukoli lub bazylii
2 łyżki oliwy – do smażenia
sól
świeżo zmielony pieprz
2 łyżki cukru
kilka kropel octu balsamicznego
tarty parmezan

UWAGA: by zmienić makaron w danie wegetariańskie, bekon możesz zastąpić bakłażanem

Bekon pokrój w kostkę. Cebulę poszatkuj w kostkę lub piórka, ząbek czosnku pokrój w plasterki; drobno posiekaj papryczkę chilli, jeśli ją dodajesz.

Wstaw wodę na makaron (ja na ogół i to robię „po studencku”, czyli gotuję wodę w czajniku, wlewam do garnka, dodaję odrobinę oliwy i soli, włączam ogień i po chwili woda już się gotuje:)). Gdy woda zacznie wrzeć, dodaj makaron i gotuj pod przykryciem na średnim ogniu, aż będzie taki, jak lubisz. Odlej wodę i dodaj odrobinę oliwy, by makaron się nie kleił.

Na dużej patelni lub rondlu rozgrzej oliwę, gdy będzie gorąca, zdejmij ją z palnika, dorzuć chilli i czosnek, wymieszaj, następnie postaw znów na palnik, zmniejsz ogień do małego i przez chwilę duś, tak, by przyprawy dały aromat, ale się nie spaliły. Dodaj bekon i cebulę, zwiększ ogień i smaż, aż się przyrumienią, a cebula będzie miękka. Następnie dodaj pomidory, dokładnie wymieszaj i pozwól, by powstały sos się podgrzał. Zmniejsz ogień, dodaj cukier i kilka kropel octu balsamicznego (do smaku). Następnie spróbuj i wedle uznania/konieczności dodaj soli i świeżo zmielonego pieprzu. Dodaj mascarpone i poczekaj, aż się roztopi, następnie wymieszaj spróbuj. Sos powinien mieć gęstą, śmietankową, aksamitną konsystencję i dwupoziomowy smak. Gdzieś z tyłu – intensywne aromaty pomidorów, octu, cukru, soli i pieprzu, „przykryte” i złagodzone kremowym mascarpone. Na tym etapie spróbuj i zadecyduj: jeśli masz mały zapas mascarpone, a chcesz, by sos był jeszcze bardziej kremowy, dodaj więcej serka wedle uznania, a jeśli z kolei wolałabyś, by miał bardziej intensywny smak, dodaj jeszcze odrobinę cukru, octu, pieprzu i soli do smaku.

Do gotowego sosu dodaj makaron i całość starannie wymieszaj. Posyp rozerwanymi na pół listkami świeżej rukoli lub bazylii i parmezanem.


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Risotto z owocami morza


Należę do ludzi, którzy uwielbiają czytać książki kucharskie dla inspiracji, ale nie lubią dokładnie kopiować przepisów – no chyba, że dana potrawa spodoba mi się dokładnie w takiej formie, w jakiej została zaprezentowana, lub jeśli tak dalece nie mam doświadczenia w gotowaniu jakiegoś dania, że pełna pokory wypełniam wszystkie wskazówki niczym uczeń wykonujący pierwsze w życiu doświadczenie na lekcji chemii.

Gdy robiłam risotto po raz pierwszy (pamiętam je do dziś – było to risotto z gorgonzolą, jabłkiem i orzechami z książki Cook with Jamie), pieczołowicie wypełniałam wszystkie wskazówki Jamiego, starając się nie uchybić nawet najmniejszemu szczegółowi. Ale gdy raz załapałam zasadę gotowania potrawy tak się rozbisurmaniłam, że zaczęłam patrzeć na przepisy nowym, krytycznym okiem. Co prawda do dziś chcąc zrobić inną wersję tego wyśmienitego ryżowego dania sprawdzam przepisy, by załapać myśl przewodnią stojącą za konkretnymi jej wariacjami, ale chętnie czytam kilka różnych opisów, zbieram inspiracje, zostawiam te składniki, które mi pasują, a wyrzucam te, które mnie nie przekonują, dodaję nowe elementy i bez skrupułów rezygnuję z tego, co moim zdaniem trudno kupić lub wykonać. Jak już Wam kiedyś napisałam, bardzo cenię sobie prostotę wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe;)

Z poniższym przepisem było podobnie. Wymyśliłam sobie na kolację risotto z owocami morza ,ale kompletnie nie wiedziałam, jak dokładnie powinno smakować i co powinno w nim być (poza owocami morza, oczywiście:)). Poszperałam więc w internecie i na mojej ulubionej stronie Jamiego, a potem skleciłam coś, co wydawało mi się szybkie, łatwe i smaczne. Przepisowi Jamiego zawdzięczam dodanie pomidorów i kopru włoskiego – hmmmmmm, polecam zdecydowanie, nie tylko w risotcie ale w połączeniu z owocami morza generalnie. Tak samo – jeśli macie przypadkiem w domu – proponowałabym Wam dodanie dosłownie łyżeczki alkoholu anyżowego: absyntu, Pernod lub Ricard’a – w małych ilościach świetnie pasuje do frutti di Mare:)

Muszę przyznać, że risotto z owocami morza jest najlepszym, jakie miałam okazję jeść lub gotować. Chilli, pomidory, czosnek, oliwa, małże, krewetki, ośmiornice, cytryna… (prawie) wszystkie najlepsze smaki w jednym garnku. Jeśli tylko lubicie ostre smaki i frutti di Mare – wypróbujcie koniecznie!


Risotto z owocami morza

Dla 4 osób:

400 g ryżu Arborio
250 g mieszanych owoców morza (ale zdecydowanie można dać więcej;)) – jeśli używacie mrożonych, należy najpierw je rozmrozić – najlepiej umieścić je na sicie i przelać wrzątkiem
1 cebula
1 bulwa kopru włoskiego
½  jednego pędu selera naciowego
1 papryczka chilli
2 ząbki czosnku (opcjonalnie)
3 duże pomidory
1 kieliszek białego wina + ok. 1 kieliszka do dolewania w trakcie gotowania
1 l bulionu rybnego lub drobiowego
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 łyżeczka Pernod, Ricard’a lub absyntu (opcjonalnie)
sól
pieprz
maggi
Sok z ½ cytryny

Do przybrania:

1 cytryna, pokrojona na ćwiartki
natka pietruszki
oliwa z pierwszego tłoczenia

Pomidory pokroić w kostkę (jeśli wolicie, możecie najpierw usunąć z nich skórki wkładając je na kilka minut do garnka z wrzątkiem – ja je na ogół zostawiam, bo i tak rozgotowują się w czasie przygotowywania risotta). Cebulę, czosnek i koper włoski drobno posiekać (zielone listki kopru można odłożyć na bok i użyć do dekoracji gotowego dania), selera zetrzeć na tarce. Chilli drobno posiekać, usuwając lub zostawiając pestki – w zależności od tego, czy wolicie łagodniejsze, czy ostrzejsze smaki. Rozgrzać oliwę i masło, dodać posiekane chilli i czosnek i dusić przez chwilę na małym ogniu, tak, by się nie przypaliły, ale wydzieliły wspaniały, ostry, intensywny aromat. Dodać cebulę, koper włoski i starty seler naciowy i dusić na tłuszczu, by warzywa zmiękły i się zeszkliły, ale nie – przyrumieniły.



Zwiększyć ogień, dodać pomidory i smażyć przez 1-2 minuty, następnie dodać ryż i smażyć przez kolejną minutę, cały czas mieszając. Gdy płyn z pomidorów zacznie wyparowywać, dodać wino i gotować na małym ogniu przez 1 minutę, cały czas mieszając. Zmniejszyć ogień, dodać 1 szklankę bulionu i – opcjonalnie – 1 łyżeczkę alkoholu anyżkowego. (Uwaga – ma bardzo silny aromat, dlatego dokładnie odmierzcie 1 łyżeczkę, a jeśli chcielibyście dać więcej – najpierw spróbujcie;)). Mieszać, aż płyn wyparuje, następnie dodać chochlę bulionu i dalej gotować, cały czas mieszając, aż płyn się ulotni. Znów dodać 1 chochlę bulionu i mieszać; proces powtarzać, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od jakości ryżu zajmie to od 15 minut do ok. pół godziny). W czasie dolewania bulionu warto też dodawać od czasu do czasu kilka kropel białego wina. Gdy ryż będzie miękki doprawić go do smaku solą, pieprzem i maggi i upewnić się, że jest wystarczająco wilgotny (jeśli nie – wlać jeszcze odrobinkę bulionu lub gorącej wody). Zdjąć z ognia. Dodać sok z ½ cytryny i dokładnie wymieszać; owoce morza wypłukać pod zimną wodą i dodać do risotta. Przykryć i zostawić na 2 minuty, by smaki się przegryzły, a ryż „doszedł”. Zdjąć pokrywkę, wymieszać. Podawać w głębokich talerzach lub miseczkach razem z ćwiartką cytryny, posypane natką pietruszki i polane oliwą z pierwszego tłoczenia.

piątek, 10 grudnia 2010

Risotto z rydzami na piątkowy wieczór



Risotto to jedna z tych potraw, których przygotowanie wiąże się z całym kulinarnym rytuałem. Taka „potrawa społeczna”, bo… nie możesz zostawić jej po prostu na ogniu, musisz cały czas przy niej stać i gotować. A jak już tak stoisz, dolewasz i mieszasz, to – zanim się obejrzysz – kuchnia będzie pełna ludzi, którzy zaintrygowani zapachem i ciepłem ściągną z najdalszych domowych zakamarków. Tylko pomaga fakt, że w mieszaniu towarzyszy Ci butelka białego wina lub wermutu, z której od czasu do czasu dodajesz kilka kropel do garnka, a przy okazji – do kieliszków widowni (oczywiście tylko tej dorosłej!). Jakoś tak już jest, że chociaż w zasadzie według przepisu potrzebujesz tylko ok. 1 dużego kieliszka, to jeśli gotujesz w towarzystwie, szybko znika cała butelka. Z tego powodu, a także ze względu na przygotowanie risotta polegające głównie na dodawaniu kolejnych chochli bulionu, myślę o nim również jako o „potrawie dolewanej” ;)

Risotto to prawdziwy „comfort food” – dlatego świetnie nadaje się na zimowy wieczór. Pamiętajcie, że risotta nie należy przygotowywać w dużych ilościach, dlatego najlepiej sprawdza się jako propozycja na lekki lunch, danie główne podczas kameralnej kolacji, lub – dla większej liczby osób – jako dodatek do ryby lub mięsa. Z niżej podanych proporcji wyjdzie danie główne dla ok. 4 osób, lub dodatek do dania głównego dla ok. 6-8 osób.



500 g ryżu Arborio
4 łyżki masła
1 łyżka oliwy
1 mała cebula, posiekana w drobną kostkę
1 opakowanie suszonych grzybów, namoczone w wodzie
200 g rydzów, świeżych lub mrożonych
1 duży kieliszek wina
1 l bulionu grzybowego lub warzywnego
1 łyżka bulionu „maggi”
sól
świeżo mielony pieprz

Do przybrania:
natka pietruszki
parmezan
oliwa z pierwszego tłoczenia
świeżo zmielony pieprz


Ryż wypłukać na sicie i zostawić, by woda odciekła. Namoczone suszone grzyby odcedzić (zachowując wodę z moczenia), następnie wypłukać i pokroić w kostkę. Rydze pokroić w pół-plasterki (jeśli były zamrożone, najszybciej odmrozić  je, zalewając na chwilę wrzątkiem). W dużym garnku roztopić dwie łyżki masła i oliwę, następnie dodać posiekaną cebulę i smażyć na średnim ogniu, mieszając, aż cebula się zeszkli. Dodać grzyby suszone, zwiększyć ogień, przesmażać przez ok. 30 sekund, następnie dodać ryż i smażyć przez chwilę, ciągle mieszając, aż roztopiony tłuszcz otoczy wszystkie ziarenka ryżu. Dodać pół kieliszka wina i płyn z moczenia grzybów (przecedzony, by pozbyć się piasku), nadal intensywnie mieszając, aż cały płyn wyparuje. Zmniejszyć ogień, wrzucić posiekane grzyby i 1-2 chochle bulionu, cały czas mieszając, by ryż nie przykleił się do dna. Gdy cały bulion zostanie wchłonięty, dodać kolejną chochlę i dalej mieszać czekając, aż ryż ponownie wchłonie cały płyn. Dodać wtedy kolejną chochlę i powtarzać czynność, od czasu do czasu dodając kilka kropel wina, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od gatunku ryżu może to zająć od ok. 15 minut do pół godziny, i od ok. 750 ml litra bulionu do ok. litra, dlatego nie przejmujcie się, jeśli trochę wywaru zostanie!). Na tym etapie ryż powinien być miękki i kleisty, a dzięki zawartej w nim skrobi powinien nabrać specyficznej, aksamitnej konsystencji. Należy zdjąć go wtedy z ognia, dodać 2 łyżki masła, bulion, sól i świeżo zmielony pieprz – do smaku, następnie wymieszać i zostawić pod przykryciem przez ok. 2 minuty, by ryż „doszedł”. 

Podawać na głębokich talerzach, polane oliwą z pierwszego tłoczenia, posypane tartym parmezanem, posiekaną pietruszką i świeżo zmielonym pieprzem.

czwartek, 9 grudnia 2010

Pappa al Pomodoro, czyli pomidorówka po włosku


Pierwszy, historyczny wpis na blogu – długo zastanawiałam się, o czym powinien być. Inauguracja zobowiązuje, poza tym jest tyle potraw, o których chciałabym Wam opowiedzieć, tyle smaków, którymi pragnę Was zarazić. Od czegoś jednak trzeba zacząć, a że podejmowanie decyzji przychodzi mi z większym trudem i mniejszą przyjemnością, niż gotowanie, postanowiłam podejść do sprawy racjonalnie i przyjąć jakieś kryterium. Super, tylko jakie? Myślałam i myślałam, aż wreszcie zadałam sobie pytanie – co Polacy lubią jeść najbardziej? Jaka jest nasza absolutnie ulubiona, najcieplej wspominana, niezawodnie w każdym domu gotowana potrawa? I o ile najpierw długo nie wiedziałam, o czym napisać, tak teraz odpowiedź nasunęła mi się natychmiast: POMIDORÓWKA. Ta najbardziej ukochana, smakująca rozkosznym smakiem dzieciństwa, wartym więcej, niż wszystkie gwiazdki Michelin razem wzięte. Znana z domu, rodzinnych obiadów, a nawet – od niedawna – z sejmowej komisji śledczej; bo choć prawie nie pamiętamy już, o co chodziło w tzw. „aferze hazardowej”, to jednak wspomnienie panny Sobiesiak, która opowiedziała Posłom o zupie pomidorowej swojej babci, a nawet zdradziła tajniki jej przyrządzania, długo jeszcze będzie funkcjonować w naszej świadomości:)

Mówi się, że pomidorowa w każdym domu smakuje inaczej i rzeczywiście, chyba coś w tym jest. Ja sama zetknęłam się już w życiu z bardzo różnymi przepisami, od słodkiej, kwaskowej, niemal kremowej zupy pomidorowej mojej Babci, poprzez rzadką, wzmocnioną ryżem lub resztkami makaronu pomidorówkę z przedszkolnych i szkolnych stołówek czy absolutnie wspaniałą (choć w Polsce wciąż niestety niedostępną) Tomato Soup Heinz’a w puszkach, a skończywszy na modnych dziś kremach z pomidorów i bazylii podawanych w prawie wszystkich znanych mi knajpach. Na użytek własny stosuję kilka przepisów, o których z pewnością będę Wam sukcesywnie opowiadać, dziś jednak chciałabym podzielić się z Wami rewelacyjną, włoską wersją naszej poczciwej pomidorówki, czyli Pappa al Pomodoro – zupą z pomidorów, chleba i oliwy. Zapewne również we Włoszech każda mamma posiada własną, sprawdzoną recepturę; ja posługuję się nieco zmodyfikowaną wersją pappy autorstwa Jamiego Olivera z jego książki Jamie’s Italy (tytuł polski: Włoska wyprawa Jamiego). Zupę zrobiłam po raz pierwszy jakieś półtora roku temu, jako przystawkę na kolację dla znajomych – wyszła rewelacyjnie! Jest szalenie aromatyczna, łatwa do zrobienia, pełna intensywnych smaków i – co również ważne – niedroga i szybka w przygotowaniu. Za Jamiem podaję przepis na 4 osoby, bardzo łatwo można zwiększyć go do 8, 12, 16 itd. przemnażając odpowiednio poniższe ilości składników. Dwie rzeczy, o których trzeba pamiętać – po pierwsze, chleb użyty do pappy musi być czerstwy, ale dobrej jakości – żadnych bagietek o konsystencji waty, bo zamiast pięknej zawiesistej zupy zrobi się mdły glut. Po drugie – podane ilości oliwy mogą szokować miłośników diet, ale nie warto ich zmniejszać – w tych proporcjach zdecydowanie wzbogacają smak i konsystencję, a że zupy nie je się dużo (jest bardzo sycąca!), a oliwa to samo zdrowie – nie próbujcie kombinować z proporcjami, o ile nie macie w tym względzie jakiegoś medycznego nakazu.

O ile polska pomidorówka to smak dzieciństwa, o tyle pappa to wspomnienia wakacji, morza i słońca – w sam raz na chłodne, zimowe wieczory!


500 g dojrzałych pomidorów (najlepiej koktajlowych, ale mogą też być zwykłe)
3 obrane ząbki czosnku, cienko pokrojone
1 pęczek bazylii (np. w doniczce), listki oberwane, a gałązki drobno poszatkowane
2 puszki pomidorów (400 g każda) – ja używam tych krojonych, mniej rozdrabniania
dobrej jakości oliwa z pierwszego tłoczenia
500 g dobrego, czerstwego chleba
1 łyżka cukru
Sól, świeżo zmielony pieprz – do smaku

Piekarnik rozgrzej do 180° C. Na blasze do pieczenia rozgnieć (najlepiej rękoma) pomidorki koktajlowe lub uprzednio pokrojone na „ósemki” pomidory zwykłe, dodaj 1 pokrojony ząbek czosnku, ćwierć listków bazylii, sól, pieprz; skrop oliwą, jeszcze raz dokładnie wymieszaj rękoma. (Pomidory możesz piec od razu, ale jeśli przygotujesz je wcześniej i odstawisz na ok. pół godziny, smaki lepiej się przegryzą.) Pomidory wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 20 minut.

Do dużego garnka wlej 2-3 łyżki oliwy; następnie, gdy już osiągnie ona wysoką temperaturę, zmniejsz ogień i dorzuć resztę czosnku i posiekane pędy bazylii. Podduś, żeby zmiękły, a oliwa przeszła ich aromatem, natomiast – UWAGA! – nie pozwól, żeby czosnek albo bazylia spaliły się lub zrumieniły, to bardzo ważne! Dodaj pomidory z puszki razem z zalewą, następnie wlej do puszek wodę, żeby wypłukać resztki, i również dodaj do zupy. Jeśli pomidory były w całości, rozgnieć je. Doprowadź zupę do wrzenia, zmniejsz płomień i gotuj na małym ogniu przez 15 minut, nie pozwalając, by się przypaliła. Następnie dorzuć do zupy pokrojony chleb i większość pozostałych listków bazylii, przypraw cukrem, solą i pieprzem do smaku i gotuj na bardzo małym ogniu przez kolejne 10 minut, w razie potrzeby mieszając. Dodaj upieczone pomidory wraz z powstałym w czasie pieczenia „sosem” (w razie potrzeby, zalej blachę odrobiną wody i dodaj do zupy), wymieszaj, dodaj ok. 6-7 łyżek oliwy oraz – jeśli trzeba – troszkę wody. Pamiętaj jednak, że zupa powinna być baaaardzo gęsta:) Podawaj w miseczkach, udekoruj listkami bazylii i odrobiną świeżo zmielonego pieprzu.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...