Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigella Lawson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigella Lawson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 maja 2011

Sałata z jajkiem na miękko i chrupiącym bekonem


No i przyszło lato! Co prawda póki co nie może się do końca zdecydować, czy chce się już na dobre rozgościć, czy tylko od czasu do czasu na chwilę pojawić, niemniej jednak pogoda coraz częściej skłania nas do pikników, plenerowych posiłków i lekkich dań… Także do lekkich alkoholowych napojów: szprycerów, kruszonów i mojego ulubionego Pimm’s, angielskiego koktajlu z miętą i truskawkami, o którym napiszę Wam kiedyś nieco więcej.

Maj to czas, kiedy poza szparagami i owocami morza, naprawdę lubię zajadać sałatę w różnych formach. Sałata w ogóle stoi wysoko w moim rankingu kuchni efektywnej, ekonomicznej, lekkiej – zawsze wyrafinowanej i zawsze dobrze przyjmowanej, choć rzeczywisty czas realizacji zieleninowych dań nie przekracza na ogół 20-30 minut.

Sałata zbliża ludzi. Postaw przed nimi jej wielką miskę, a – niczym przy makaronie – będą zapamiętale wcinać z wielkim smakiem. Nawet bardziej, bo makaron to jednak kalorie, a sałata – o czym wie każdy – to danie przyjazne nawet dietowiczom. Można więc jeść ją bez ograniczeń, a jedzenie – jak wiadomo – łagodzi obyczaje i poprawia nastroje. Dodaj do tego kieliszki i białe wino – a udany wieczór gwarantowany:)

Ale istnieje i inny rodzaj sałaty. Taki, który lubisz jeść w samotności lub bardzo wąskim gronie, niespiesznie, popijając sokiem pomarańczowym lub pyszną herbatą. Na wczesny lunch lub późne śniadanie, wśród zieleni słonecznego tarasu… słowem, tylko wiosną lub latem, i tylko wtedy, gdy możesz pozwolić sobie na leniwe przedpołudnie.

I taką właśnie sałatę mam dla Was dzisiaj – sałatę z sosem wręcz maślanym, choć masła prawie w niej nie ma. Sałatę, na którą przepis znalazłam w bardzo przeze mnie ostatnio nadużywanej książce Nigelli Lawson „KUCHNIA” - choć moja wersja znacznie odbiega od oryginału.

Po raz pierwszy Nigella trochę mnie zawiodła. Jej wersja sałatki zawierała jajka ugotowane na pół-twardo – żółtka ścięte na zewnątrz, ale wciąż pół-płynne w środku. Takie jajka bardzo lubię i chętnie wypróbowałam patent Nigelli, który podaje jako niezawodny: że jajko należy gotować przez minutę, następnie wyłączyć ogień i trzymać w gorącej wodzie pod przykryciem przez kolejne 8 minut. Przygotowane w ten sposób jajko miało mieć idealną, pół-twardą, kremową w środku konsystencję.


Pełna jak najlepszych chęci przygotowałam w ten sposób jajko do sałatki… i co? No i właśnie nic. Wyszły mi jajka nie tylko nie na pół-twardo, ale nawet nie do końca na miękko… coś, co było ścięte dosłownie na słowo honoru i przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle mogę tego użyć. W końcu jednak zamiłowanie do szybkich rozwiązań zwyciężyło nad lojalnością wobec oryginalnego przepisu – najzwyczajniej w świecie nie miałam ochoty gotować jajek od nowa – i użyłam tego, co miałam. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – sałatka wyszła naprawdę pyszna, o ciekawej, nietypowej teksturze – chrupiąca od zieleniny, a przy tym aksamitno-kremowa od płynnych, lekko tylko ściętych żółtek. Spróbujcie koniecznie!

4 Porcje

2 główki ulubionej sałaty lub 1-2 torby mieszanki sałat (polecam!)
250 g pomidorków cherry
40 dkg wędzonego bekonu, pokrojonego w cienkie paski
8 jajek
2 łyżki masła

Dressing:

1 czubata łyżka majonezu, najlepiej domowego
3 łyżki octu balsamicznego
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka musztardy
1 łyżeczka słodkiego chutney’u owocowego (opcjonalnie)
tłuszcz ze smażenia bekonu

Jajka włóż do garnka, doprowadź do wrzenia. Gotuj przez 1 minutę, po czym zgaś ogień i trzymaj jajka w garnku i gorącej wodzie przez 8 minut. W międzyczasie porwij sałatę i wrzuć do dużej miski. Dodaj przekrojone na pół pomidorki cherry. W małej miseczce wymieszaj składniki dressingu na jednolitą masę.

Na patelni rozpuść na małym ogniu masło, dodaj bekon i smaż, aż się przyrumieni. Zlej tłuszcz i dodaj do dressingu, a bekon odsącz na ręczniku papierowym. Do miski z sałatą dodaj dressing i całość wymieszaj rękoma. Rozłóż sałatę na głębokie talerze. Gdy jajka będą gotowe, ostrożnie obierz je i przełóż na talerze z sałatę, po czym delikatnie je rozkrój. Całość pokryj z wierzchu chrupiącym bekonem; podawaj od razu!

sobota, 5 marca 2011

Owoce morza w pomidorach i winie


Nigella nazwała ten przepis: Speedy seafood supper („szybka kolacja z owoców morza”). Tak po prostu. I rzeczywiście, muszę przyznać, że coś w tym jest. Dwie najbardziej charakterystyczne rzeczy, które można o tym daniu powiedzieć, to że składa się z frutti di mare i powstaje w przeciągu kilkunastu dosłownie minut.

Czy smaczne? Smaczne. Ale choć nawet oryginalny przepis zakładał użycie mrożonych owoców morza, śmiem twierdzić, że potrawa ta musi smakować o wiele lepiej wszędzie tam, gdzie wszelkie morskie stwory można kupić świeże. I wcale nie trzeba na to mieszkać nad samym morzem! W wielu krajach świeże frutti do mare sprzedawane jest „tak po prostu”, w sklepach rybnych albo supermarketach. Dlatego, choć sama Nigella wybrała tu drogę na skróty, jeśli zechcesz przygotować to danie, a masz dostęp do świeżej „morszczyzny” – skorzystaj z niego:)

Połączenie, które proponuje Nigella – pomidory, czosnek, białe wino, oliwa, a nawet kurkuma – świetnie komponuje się z owocami morza. Uważajcie tylko bardzo na czas – krewetek, małży czy kalmarów nie można gotować zbyt długo, inaczej zrobią się twarde i gumowate.

Przyznam uczciwie, że kolejne wykonanie tego dania zostawiłabym sobie na okazję, przy której mogłabym użyć „owoców” prosto z morza. Muszę niemniej przyznać, że potrawa ta świetnie i skutecznie przenosi nas z zimowej szarości na słoneczną plażę w jakiejś pięknej, włoskiej, rybackiej wiosce:) Spróbujcie jej, jeśli tęsknicie za śródziemnomorską beztroską – zaopatrzcie się tylko koniecznie w chrupiącą bagietkę, lekkie białe wino (u mnie troszkę słodkawe:)) i przyjemną, południowoeuropejską, gitarową muzykę :)



Dla 4 osób:

Szczypta nitek szafranu
250 ml świeżo zagotowanej wody (ja radziłabym dać pół tego)
4 łyżki oliwy czosnkowej (jeśli nie masz, użyj zwykłej i dodaj 1-2 ząbki czosnku)
6 dymek (ze szczypiorkiem), drobno posiekanych
½ łyżeczki mielonej kurkumy
125 ml wermutu lub białego wina (ja użyłam więcej, ok. 250 ml)
½ puszki pomidorów (ja użyłam całej, za to proponuję dać mniej gotowanej wody)
1 łyżka płatków soli morskiej lub ½ łyżeczki soli
400 g mrożonych owoców morza (dałam ok. 500-600 g; jeżeli możecie, użyjcie świeżych)
świeżo mielony pieprz – do smaku
świeże zioła własnego wyboru (u mnie pietruszka)
1 cytryna pokrojona w ćwiartki (moja modyfikacja)

Włóż do szklanki niteczki szafranu i zalej gorącą wodą. Na dużej patelni rozgrzej oliwę, dodaj dymki, posiekany czosnek (opcjonalnie) i kurkumę i smaż na średnim ogniu przez 1-2 minuty. Wlej wino lub wermut, wodę z szafranem, pomidory i połowę soli. Zwiększ ogień na duży, dodaj owoce morza, doprowadź do wrzenia. Następnie zmniejsz ogień i gotuj przez 3-4 minuty, aż owoce morza się ugotują, ale wciąż będą miękkie. Dodaj świeżo zmielony pieprz do smaku i – jeśli trzeba – więcej soli. Podawaj ze świeżymi ziołami i ćwiartkami cytryny.

* Przepis pochodzi z książki Nigelli Lawson KUCHNIA.

środa, 26 stycznia 2011

Frittata z mozzarellą i bekonem


Przepyszne, lekkie danie, idealne na lunch lub kolację, świetnie smakuje w towarzystwie zielonej sałaty lub (na zimno) z pajdą dobrego, rumianego chleba – tak, jak podają je we włoskich barach i kafejkach. Frittatę można też przygotować jako jedną z potraw na miły, duży obiad w stylu śródziemnomorskim, gdzie stół ugina się od wielu różnych potraw – pysznych, choć prostych w przygotowaniu.

Przepis pochodzi ze wspominanej już przeze mnie, nowej książki Nigelli Lawson – KUCHNIA. Nigella zamiast bekonu użyła cienko pokrojonej, włoskiej mortadeli z pistacjami. Ponieważ nie miałam jej w lodówce, a danie przygotowywałam „na szybko” – zastąpiłam mortadelę bekonem, ale jeśli możecie łatwo kupić włoską mortadelę (dostępną w większości supermarketów i delikatesów) – użyjcie jej, bo smakuje naprawdę dobrze.

Moja jedyna uwaga – frittata Nigelli jest pyszna, ale dosyć mdła. Ja akurat podałam ją z pikantną zupą z krewetek, więc łagodny smak mi nie przeszkadzał, ale generalnie sugerowałabym urozmaicenie smaku przez dodanie np. chilli, pieczonej słodkiej papryki lub po prostu sporej ilości pieprzu.


Dla 3-4 osób:

6 jajek
150 g cienko pokrojonego bekonu lub włoskiej mortadeli
125 g pokrojonej w kostkę mozzarelli (ja dałam więcej, bo lubię roztopiony ser;))
1 kopiata łyżka tartego parmezanu
1 kopiata łyżka pietruszki + drugie tyle do posypania na koniec
Sól
Pieprz
1 łyżka oliwy, najlepiej czosnkowej
1,5 łyżki masła

Piekarnik ustaw na opcję „grill” (grzanie od góry) i rozgrzej do temperatury 180° C. Jajka wbij do miski i roztrzep widelcem. Dodaj pokrojoną mozzarellę i bekon, delikatnie wymieszaj. Dodaj parmezan, natkę pietruszki oraz – do smaku – sól i pieprz.

Na patelni (przystosowanej do wkładania do pieca) o średnicy ok. 25 cm, lub w szklanym okrągłym naczyniu żaroodpornym rozgrzej oliwę i masło, po czym ostrożnie wylej na nią masę jajeczną i smaż na niewielkim ogniu (bez mieszania!) przez ok. 5 minut. Spód frittaty powinien się w tym czasie ściąć i nabrać złocistego koloru.

Zdejmij frittatę z ognia i wstaw do piekarnika na ok. 20-30 minut (tak naprawdę to czas orientacyjny… Nigella pisze, by trzymać frittatę w piecu, aż cała masa się zetnie, a wierzch nabierze złocistego koloru… i każe cały czas jej pilnować;)) Wyjmij frittatę z pieca i odstaw na kilka minut, by troszkę opadła, następnie posyp posiekaną pietruszką i podawaj na gorąco lub – po ostygnięciu – na zimno z chlebem, w formie kanapki.


wtorek, 18 stycznia 2011

Kokosowa zupa tajska z kurczakiem


Kilka tygodni temu zostałam obdarowana nową książką Nigelli Lawson – „KUCHNIA” (książka jest fenomenalna – dziękuję! :)) Wkrótce napiszę o niej więcej (choć podejrzewam, że wiele z Was ma ją już na swoich półkach;)), dziś chciałabym opowiedzieć Wam o pierwszym przepisie z tej publikacji, który udało mi się zrealizować – o cudownie żółtej od kurkumy, tajskiej zupie kokosowej z kurczakiem i ryżowym makaronem vermicelli.

Jak już Wam nieraz pisałam, do zup azjatyckich mam prawdziwą słabość. Es eł a be o ś ć. Dlatego nic dziwnego, że w zbiorze prawie dwustu cudnych przepisów w pierwszej kolejności wrzuciłam się właśnie na ten. Jest zdecydowanie inny, niż pozostałe – bardzo kokosowy, ale też szalenie… kurkumowaty. Tak. To jest właściwe określenie. Smakuje przez to trochę, jak malezyjska laksa. Po całej sekwencji mleka kokosowego z dodatkiem pasty curry, które okazuje się na ogół najszybszą wersją z tajskich potraw, to danie było prawdziwym powiewem świeżości. Jest kokosowo-kremowe, to fakt, ale przy tym głęboko imbirowe – może i na swój sposób pikantne, ale bardziej właśnie, jak imbirowy napar, niż nawet jak wspomniany przeze mnie kurczak w pięciu smakach. Oryginalny przepis zawiera oczywiście chilli i ja wiernie go dodaję, ale jeśli wolelibyście, by potrawa była mniej ostra – nie dawajcie go. Imbir i tak zrobi swoje, ale powinien stworzyć rodzaj pikantności, która nie tyle piecze, co rozgrzewa.

Bardzo ciekawa jest też konsystencja zupy, pełnej chrupiących jeszcze warzyw i sprężystego, ryżowego makaronu. Jeśli lubicie smaki Azji (lub nie boicie się ich po raz pierwszy spróbować) – ugotujcie ją koniecznie!

Jedna mała uwaga: oryginalny przepis Nigelli zakłada użycie rozdrobnionych kawałków pieczonego kurczaka. Jeśli macie takie kurczakowi resztki, oczywiście możecie je w ten sposób spożytkować; ja jednak użyłam pokrojonych piersi kurczaka, które wcześniej zamarynowałam w azjatyckich sosach.


Kokosowa zupa tajska z kurczakiem, na 2-3 porcje:

1 litr bulionu drobiowego
150 g vermicelli ryżowego lub sojowego (do tej potrawy wolę ryżowy)
400 ml mleka kokosowego (w oryginale jest 200 ml, ale puszka ma 400 i wygodniej było mi dać wszystko… moim zdaniem, ze świetnym rezultatem)
kawałek kłącza imbiru o długości ok. 3-4 cm, obrany i posiekany
2 łyżki sosu rybnego
1 chilli, pozbawione pestek (ja zostawiam) i posiekane
1 łyżeczka kurkumy (dałam 1,5 łyżeczki)
1 łyżeczka pasty z tamaryndowca (pominęłam)
1 łyżeczka cukru, najlepiej brązowego
2 łyżki soku z limonki
250g mieszanki warzyw do stir-fry, w moim wypadku były to:
1 zielona papryka, posiekana w długie cienkie paski
1 opakowanie kiełków sojowych

2 piersi z kurczaka
Marynata: 1 łyżka sosu sojowego, 1 łyżka słodkiego sosu chilli, 1 łyżka sosu chilli-czosnek
Garść kolendry lub mięty (do posypania)

  
Piersi z kurczaka umyj, oczyść z błonek i chrząstek i pokrój w małe kawałki. Włóż do miski, dodaj wszystkie składniki marynaty; całość wymieszaj i odstaw.

W garnku zagrzej bulion. W osobnej misce przygotuj makaron, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu (UWAGA! najlepiej sprawdź te instrukcje, zanim przystąpisz do gotowania zupy. Cienkie makarony, choć podobne, potrafią znacząco różnić się pod względem czasu i sposobu przygotowania, a ważne, by był gotowy w tym samym momencie, co zupa).

Do bulionu dodaj wszystkie składniki poza makaronem, kurczakiem*, warzywami i kolendrą/miętą, i całość zagotuj. Gdy zupa dobrze się zagrzeje, dodaj kurczaka i warzywa. Po jakichś dwóch-trzech minutach, czyli gdy tylko kurczak się ugotuje, a warzywa zagrzeją, zupa będzie gotowa.

Gotowy makaron dodaj do zupy lub rozłóż bezpośrednio w miseczkach. Podawaj ze świeżą kolendrą lub miętą.

Miłego smakowania:)

* Jeśli, jak Nigella, używasz już upieczonego kurczaka, dodaj go do bulionu od razu, razem z innymi składnikami.


czwartek, 30 grudnia 2010

Jak nakarmić armię gości, czyli orientalne żeberka Nigelli


Jeśli nieopatrznie zaprosiliście do siebie na Sylwestra gości i zastanawiacie się, co by im tu dać do jedzenia - ten wpis może Wam się przydać:) Dziś mam dla Was absolutny hit wszystkich imprez, kolacji dla znajomych, wieczorów filmowych czy nawet rodzinnych obiadów. Wymarzona potrawa zarówno gości, jak i każdej gospodyni. Panie i panowie, przedstawiam Wam łatwe do zrobienia, szybkie, nieabsorbujące, ale za to zdecydowanie WSPANIAŁE orientalne żeberka Nigelli!

Pierwszy raz potrawę tę zobaczyłam kilka lat temu w programie Forever Summer, i pamiętam, że zachwyciła mnie już wtedy. Ale że Nigella złapała mnie znienacka, kompletnie nieprzygotowaną do robienia kulinarnych notatek, pokiwałam tylko z uznaniem głową i gładko przeszłam do realizacji kolejnych ekscytujących punktów w moim planie dnia. Gdy jednak kilka miesięcy temu znów przypadkiem natknęłam się w telewizji na ten sam odcinek, na hasło „orientalne żeberka” zastrzygłam uszami i skupiłam uwagę, tak, by spokojnie móc odtworzyć w przyszłości tę fantastyczną potrawę. Znacie to uczucie, że słyszycie o jakimś daniu i po prostu wiecie, że musicie je spróbować? Tak było właśnie ze mną i z żeberkami Nigelli. Dlaczego? Po pierwsze, sama mieszanina smaków i przypraw podziałała mi na wyobraźnię, a po drugie od razu uderzyło mnie, jak świetnie nadawałyby się na imprezę, bo brzmią pysznie, łatwo się je zjada (taki typowy finger food!), można zrobić je wcześniej i nie poświęcić im w czasie wieczoru ani minuty – no oczywiście poza tą chwilą, gdy gorące wyjmujesz je z piekarnika i zaczynasz nakładać gościom. Pierwszy raz zrobiłam je jako ciepłe danie na imprezie dla ok. 20 osób – dla urozmaicenia dodałam też skrzydełka, co bardzo polecam (UWAGA: potrzebowałam ok. 1,5 kg żeberek i 2 kg skrzydełek, starczyło z dokładką dla każdego, z tym, że było też kilka dań zimnych, więc goście zdążyli się już trochę najeść:)). Wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: choć było to latem (gdy w ogóle mniej jemy) a goście zdążyli skosztować już i innych dań, i tak zmietli żeberka do końca! Tymczasem pracy było przy nich tylko tyle, ile wymaga pokrojenie mięsa, zrobienie marynaty, a potem wrzucenie całości do pieca!

UWAGA! Tak przygotowane żeberka powinny marynować się co najmniej 2-4 godziny, ale optymalnie jest, jeśli możecie przygotować je do 24 godzin wcześniej.

Zanim przejdziecie do samego przepisu, muszę się do czegoś przyznać. Choć oficjalna nazwa żeberek brzmi ‘Sticky spare ribs’ (czy jakoś tak), moje nie wychodzą znowu aż takie ‘sticky’, jak te Nigelli (na fenomenalne, „klejące” żeberka podam Wam niedługo inny przepis, na który natrafiłam). Myślę, że jest to kwestia odmiennych proporcji – Nigella daje mniej płynów, a więcej miodu, ja stawiam bardziej na mieszaninę sosów i dodanej „siekaniny”, bo dopiero przy takich proporcjach mamy gwarancję, że wszystkie smaki dobrze się przegryzą, żeberka staną się kruche i soczyste, a warzywne „dodatki” puszczą soki, zamiast się spalić.

Poniżej podaję przepis jako główne danie dla ok. 4-6 osób. W nawiasach podaję liczby dla potrzeb imprezy, tylko z założeniem, że nie jest to jedyna potrawa wieczoru! Obawiam się, że proporcje są trochę „na oko”, bo tak naprawdę sama doprawiam wszystko do smaku, a już szczególnie, gdy chodzi o marynaty… Generalnie, jeśli czegoś nie lubicie lub lubicie, zmniejszajcie lub zwiększajcie ilości wg swoich preferencji – smak może i będzie trochę inny, ale na pewno równie ciekawy! Jedyne, na czym bym nie oszczędzała, to sos sojowy (żeby na pewno było wystarczająco słone) i olej (bo inaczej żeberka wyjdą suche); za to nie dawałabym więcej, niż 2 gwiazdki anyżu (jeśli w ogóle) bo jest on szalenie aromatyczny i to w sposób, który nie wszystkim odpowiada.

1,5 kg żeberek wieprzowych (ok. 3.5-4kg)
2-3 papryczki chilli, posiekane, pestki zostawiamy lub usuwamy w zależności od tego, czy ma być łagodniejsze, czy ostrzejsze (dla potrzeb imprezy proponuję zostawić tyle samo; bo wśród tylu gości na pewno nie wszyscy będą lubili bardzo ostre potrawy)
ok. 5 cm kłącza imbiru (tak samo, jak wyżej), posiekane w małe kawałki
3 duże dymki pokrojone w kostkę wraz ze szczypiorkiem
3 łyżki płynnego miodu (ok. 6 łyżek)
5-6 łyżek sosu sojowego (ok. 7-8 łyżek)
5 łyżek octu ryżowego (ok. 7-8 łyżek)
4 łyżki oleju (6 łyżek)
2-3 pokruszone laski cynamonu
Opcjonalnie: 2 pokruszone gwiazdki anyżu (za pierwszym razem dodałam, potem już nie, bo sama nie przepadam za jego smakiem;))

Można dodać w trakcie pieczenia:
Troszkę miodu
Przyprawa „5 smaków”

Do przybrania:

Poszatkowane chilli (bez pestek)
Poszatkowany szczypiorek z dymki

Pokrojona bagietka do maczania w sosie

Żeberka pokrój na wąskie kawałki (tak, by w każdym była tylko jedna kość). Wrzuć na blachę do pieczenia lub (jak Nigella) do dużej plastikowej zamykanej torby spożywczej (ziplock). Dodaj posiekany imbir, chilli, dymkę i szczypiorek, a także miód, sos sojowy, ocet ryżowy, olej, cynamon i (opcjonalnie) anyżek. Jeśli używasz torby spożywczej, zamknij ją i poprzewracaj w rękach, żeby składniki dobrze się wymieszały, jeśli robisz żeberka bezpośrednio na blasze, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma lub dużą łyżką. Odstaw do lodówki na co najmniej 2-4 godziny, a najlepiej na ok. dobę.

Żeberka piecz na blasze przykrytej folią aluminiową, w temperaturze ok. 200° C, przez ok. 1,5 h. I teraz macie dwie opcje. Opcja Nigelli: wyciągacie blachę, żeberka smarujecie po wierzchu dodatkową porcją miodu i posypujecie przyprawą „5 smaków”, po czym pieczecie bez przykrycia przez ok. 0.5 h; lub moja: wyjmujecie blachę z pieca, zdejmujecie folię, nastawiacie piekarnik na silne grzanie z góry po czym pieczecie jeszcze przez jakieś 10-15 minut, albo aż żeberka się zarumienią. Podawać na półmisku posypane świeżym szczypiorkiem i posiekanym chilli (bez pestek), lub serwować prosto na talerze. UWAGA! Na dnie blachy powinien znajdować się absolutnie rewelacyjny, orientalny sos – dlatego dobrze mieć w zanadrzu pokrojoną bagietkę, którą goście będą mogli w nim zamoczyć!

Rada dla zainteresowanych opcją "Sylwester" lub „Impreza”: żeberka dobrze jest wstawić do pieca tuż przed przyjściem gości i liczyć, że będą gotowe w mniej-więcej 2 h, a więc akurat w momencie, gdy nasi znajomi zjedzą już zimne przekąski i chętnie spróbują czegoś nowego:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...