Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smak Orientu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smak Orientu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2011

Orient Express. Błyskawiczna zupa ostro-kwaśna.



Nawet przepyszne dania nie muszą oznaczać wielu godzin spędzonych w kuchni. Oczywiście – przecieranie warzyw, peklowanie pieczeni  czy lepienie kołdunów może dać wiele radości i satysfakcji, ale czasem wystarczy tylko dobry przepis, kilka składników i wolny kwadrans lub dwa, by stworzyć coś naprawdę smacznego.

Nieważne, czy jesteście mistrzami sztuki kulinarnej, czy tylko jej sympatykami lub początkującymi uczniami – ekspresowe gotowanie warto opanować! Jeśli rozsmakowujecie się w pieczeniu chleba i robieniu domowych przetworów – zachowajcie sobie błyskawiczne gotowanie na sytuacje awaryjne. Jeśli z kolei gotujecie mało lub wcale – zachęcam Was do opanowywania kolejnych prostych, niezawodnych, acz smacznych przepisów, które uchronią Was od życia na zamawianej pizzy i hamburgerach.

Ja sama ekspresowych przepisów poszukuję zawsze i wszędzie, bo to dzięki nim znajduję czas na gotowanie nawet kilkudaniowych posiłków dla siebie i innych :)

Specjalnie z myślą o Was (i o sobie;)) stworzyłam zakładkę „ekspresowo”, do której włożyłam wszystkie szybkie i proste przepisy na pyszne, lekkie dania – niektóre tradycyjne, inne mniej, ale każdy powinien znaleźć w nich coś dla siebie. Dzisiejszy przepis na chińską zupę ostro-kwaśną również się do nich zalicza. Wprawdzie na pierwszy rzut oka lista składników wygląda podejrzanie długo, ale zapewniam Was, że to tylko pozory:) Zatem – do dzieła!


Zupa pikantno-kwaśna*

Dla 6 osób

600 g filetów z piersi kurczaka
2+3 łyżki oleju (najlepiej arachidowego)
4 ząbki czosnku
2 szalotki lub 1 średnia cebula
5 łodyżek świeżej kolendry wraz z liśćmi, posiekanych
30 g świeżego imbiru, przekrojonego na kilka kawałków
2 papryczki chilli, posiekane
3 łodygi trawy cytrynowej
6 liści limonki kaffir
2 l bulionu warzywnego lub drobiowego
3 łyżki sosu rybnego
100 g makaronu sojowego
1 pęczek zielonej cebulki, pokrojonej po przekątnej)
sok z 1-2 cytryn
garść liści kolendry, posiekanych

1)      Filety z kurczaka pokrój na paski i wymieszaj w misce z odrobiną oleju oraz szczyptą soli i pieprzu. Odstaw na bok.
2)      Do blendera wrzuć kawałki imbiru, przekrojone na ćwiartki szalotki, czosnek i trawę cytrynową. Dolej kilka kropli oleju. Zmiksuj na gładką masę.
3)      W dużym garnku rozgrzej 2 łyżki oleju, następnie dorzuć posiekane chilli i kolendrę. Smaż przez ok. 20 sekund, po czym dodaj zmiksowaną pastę i smaż na mniejszym ogniu przez kolejną minutę.
4)      Do rondla dolej bulion i dorzuć liście limonki. Całość wymieszaj i doprowadź do wrzenia. Przykryj i gotuj na małym ogniu przez ok. 20 minut.
5)      Gdy zupa będzie się gotować, rozgrzej w woku 3 łyżki oleju. Wrzuć paski kurczaka i smaż przez ok. 3 minuty z każdej strony, tak, by się przyrumieniły. Gotowe kawałki kurczaka zdejmij z ognia i osusz z tłuszczu na bibule.
6)      Po upływie 20 minut dodaj do bulionu sos rybny i makaron i gotuj jeszcze przez 2 minuty. Następnie usuń liście limonki i dorzuć: kurczaka, plasterki cebuli, liście kolendry i sok z cytryny. Podawaj od razu.


*Przepis pochodzi z książki KUCHNIA AZJATYCKA, Wydawnictwo Olesiejuk 2009

niedziela, 15 maja 2011

Singapurska laksa



Pogoda ostatnio różna, niby zapowiadają upały, ale póki co – różnie z tym bywa. Mam dla Was w zanadrzu kilka bardzo letnich przepisów, ponieważ jednak nasz klimat nie może się zdecydować – ja też póki co nie będę.

Dziś więc potrawa neutralna pogodowo – i na słońce, i na deszcz. Szybka, łatwa – jak prawie wszystko, co Wam proponuję – a przy tym bardzo efektowna i bardzo pyszna.

Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi z książki „Zupy” z serii Le Cordon Bleu, po próbach i doświadczeniach został przeze mnie zmodyfikowany – zamiast proponowanego 1 litra mleka kokosowego i 250 ml bulionu, daję 400 ml (1 puszkę) mleka kokosowego i 800 ml bulionu warzywnego lub drobiowego.



Dla 4 osób:

18 gotowanych, obranych krewetek królewskich lub tygrysich
4 dymki, posiekane
3 ząbki czosnku, posiekane
5 suszonych papryczek chilli (lub 3 świeże), pokrojonych
2 łodygi trawy cytrynowej (tylko białe części), pokrojone
3 łyżeczki mielonej kurkumy
1 łyżka pasty krewetkowej (pominęłam)
½ łyżeczki nasion kolendry
1 l mleka kokosowego (użyłam 400 ml mleka kokosowego i 800 ml bulionu)
2 łyżki oleju
2 łyżki cukru
500 g filetów z piersi kurczaka
250 ml bulionu drobiowego
250 g ulubionego makaronu azjatyckiego (ja używam stosunkowo cienkiego makaronu pszennego)

Do przybrania:

Listki mięty i/lub kolendru
1 porcja szczypioru sałatkowego, posiekana
1 papryczka chilli, posiekana
4 ćwiartki limonki


Szalotki i czosnek zmiksuj w malakserze na gładką masę. Dodaj paprykę chilli, trawę cytrynową, kurkumę, pastę krewetkową (opcjonalnie), kolendrę oraz 60 ml mleka kokosowego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę.

W średniej wielkości garnku rozgrzej olej, dodaj przyrządzoną pastę i smaż przez 1 minutę, cały czas mieszając. Dodaj pozostałe mleko kokosowe, bulion, cukier i 1 łyżeczkę soli. Mieszaj całość aż do momentu zagotowania. Zmniejsz ogień i gotuj przez kolejne 10 minut.

Do małego garnka włóż kurczaka, wlej do niego 250 ml bulionu (tak, aby przykryć mięso). Gotuj pod przykryciem przez 8 minut, następnie wyjmij i pokrój w kostkę.
Makaron ugotuj zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu i odcedź.

Makaron, krewetki i kurczaka rozdziel na 4 miseczki, następnie zalej gorącą zupą. Przybierz listkami świeżej mięty i kolendry, limonką, posiekanym szczypiorem i dymką. Podawaj od razu.

                                                                                    

sobota, 26 marca 2011

Kokosowe czerwone curry z bakłażanem



Pamiętam, gdy zjadłam czerwone kokosowe curry po raz pierwszy. To było dawno, choć wydaje się, jakby wczoraj. A może wcale nie tak dawno?

W każdym razie na długo przed tym, nim kokosowe curry zagościło również na polskich stołach. Zamówiłam je z karty trochę dlatego, że curry (tego hinduskiego, które znałam) nigdy nie było mi dość, a trochę zaciekawiona nazwą (curry z kokosa? jak to?) i sugestiami znajomych, żebym koniecznie spróbowała.

Spróbowałam… no i wpadłam po same uszy:) Mało jest potraw, które uwielbiam tak niezawodnie, jak tajskie kokosowe curry. Smakuje mi w każdej postaci, choć moje ulubione jest chyba curry żółte – bardzo aromatyczne od przypraw, ale nie pikantne, tylko lekko słodkawe. Natomiast curry czerwone kojarzy mi się trochę  - wybaczcie to porównanie – z tradycyjną, polską pomidorową zabielaną śmietaną i podawaną z rozgotowanym ryżem – jakby nie było, hit każdego przedszkola. Właśnie w przedszkolu taka pomidorówka była jednym z nielicznych dań, do zjedzenia których w ogóle udawało się mnie nakłonić – uwielbiałam ją. Być może więc to, że dziś tak bardzo lubię czerwone curry – również „zabielone” mlekiem kokosowym i pałaszowane w towarzystwie specjalnie gotowanego na miękko, perłowego wręcz ryżu – ma jakiś związek z moimi najdawniejszymi wspomnieniami przedszkola i dzieciństwa:)

No ale do rzeczy. Curry. Po tym, jak spróbowałam go za granicą, wiedziałam, że chciałabym przygotować je kiedyś w Polsce. Łatwo nie było, bo nie było też głównych składników – przede wszystkim tajskich past curry (lub elementów do zrobienia ich w domu), a i z mlekiem kokosowym było wtedy trudno. Przeglądałam przepis za przepisem, z poczuciem, że zawsze sprawa pada na jednym – braku składników. A danie już z opisów wydawało się takie łatwe… Na szczęście mieszkałam wtedy jedną nogą w Anglii i to tam zakręciłam się wokół potrzebnych produktów.

Gdy więc wreszcie ugotowałam curry sama, ujęło mnie znowu – już nie tylko smakiem, ale i tym, że jest tak szybkie i proste w wykonaniu. A jak już być może się zorientowaliście, takie potrawy lubię najbardziej. Kuchnia i gotowanie też muszą być „user friendly” :)

Jeśli już je próbowaliście – wiecie, o czym mówię. Jeśli myślicie o tym, by przyrządzić je sami – nie bójcie się! Jak raz dostanie się składniki (a obecnie stoją na półkach większości supermarketów, nie mówiąc już o sklepach z żywnością orientalną) – reszta przychodzi naprawdę łatwo:)

Przyznaję – używam gotowej pasty. Najbardziej dlatego, że skompletowanie wszystkich składników niezbędnych do jej przygotowania (takich jak np. pasta krewetkowa) zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Jeśli jednak lubicie tworzyć swoje dania od podstaw i zależy Wam na paście domowej, w Internecie bez trudu znajdziecie wiele dobrych przepisów:)

Kokosowe curry świetnie smakuje z kurczakiem, krewetkami, a nawet z kaczką. Dziś postanowiłam podać Wam przepis na wersję wegetariańską, z papryką i dużą ilością bakłażana (którego zresztą dodaję do tajskiego curry zawsze –  w tym przepisie pełni w nim jednak rolę główną). Aha, no i jeszcze uwaga na koniec – do czerwonego curry nie dodaję na ogół świeżej papryczki chilli, bo pasta sama w sobie powinna być dość ostra. Jeśli chcę dodać potrawie pikantności, na samym końcu dodaję do niej jakiś ostry sos lub nawet hinduskie pikle (choć to dość nieortodoksyjne). W ten sposób nie ryzykuję, że już na wstępie nadam curry zbyt pikantnego smaku.

No dobra. Koniec pisania. Pora pogotować!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
2-3 łyżki czerwonej pasty curry (w zależności od producenta)
1 papryka, najlepiej żółta lub zielona, pokrojona w paski
2 bakłażany, pokrojone w większą kostkę
2 pomidory, pokrojone w większą kostkę
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki cukru
sok z ½ limonki
olej – do smażenia
Opcjonalnie, do smaku: sambal oelek, sos chilli, sos imbirowy lub nawet pikle z chilli (dla zaostrzenia potrawy)

Do podania:

Ćwiartki lub plasterki limonki
Garść posiekanej kolendry
Garść posiekanej mięty
Garść posiekanego szczypioru sałatkowego (spring onions)

W dużym garnku lub w woku rozgrzej olej. Dodaj bakłażana i paprykę i smaż, aż zmiękną (bakłażan wchłonie dużo tłuszczu – w razie czego – dolej oleju w trakcie smażenia). Następnie dodaj pomidory i smaż chwilę, po czym dodać pastę curry i całość smaż przez ok. 1 minuty, cały czas mieszając. Dodaj mleko kokosowe i – jeśli trzeba – ok.1/2 szklanki wody. Całość gotuj na małym ogniu przez ok. 12 minut, aż pasta dobrze się rozpuści a bakłażan będzie miękki. Dodaj cukier, sos ryby i sok z limonki. Jeśli sos jest za gęsty – dodaj odrobinę wody. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku.

Podawaj z ryżem, w małych miseczkach, przyozdobione kawałkami limonki i posypane szczypiorkiem, kolendrą i miętą.

Tradycyjnie ryż do kokosowego curry serwuje się w oddzielnych miseczkach, po czym nabiera się go trochę łyżką i zanurza w kokosowym sosie – wybór sposobu podania należy więc do Was:)


sobota, 12 marca 2011

Wiosenny stir-fry, czyli co gotujemy, gdy za oknem słońce…:)


Jest fajnie. Naprawdę. Dziś słońce świeciło nie przez 15 minut, tylko przez cały dzień.

Jest super. Serio! Bo jak pojawia się słońce, super po prostu być musi.

Jest pięknie. Mówię Wam! Pięknie, kolorowo, cudownie. Bo przecież wspaniały jest świat!

Jest ciepło. Ach, jak ciepło! Niedawno szczypał nas w nosy mróz, teraz buzie smaga słońce:)

Jest miło. Tak po prostu.

Jest przyjemnie. Tak, jak chciałoby się, żeby było zawsze.

Jest wiosna. Nareszcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :)

Moi drodzy, z okazji wiosny mam dziś dla Was piękne danie – kolorowe, urozmaicone i przepyszne. I jeszcze życzenia – byście potrafili czuć wiosnę w sercu nie tylko wtedy, gdy jest za oknem, ale i przez cały czas… gdy tylko to możliwe:)

Pozdrawiam Was bardzo cieplutko i dziękuję – nieustająco – że do mnie zaglądacie, że czytacie… i że zostawiacie takie miłe komentarze! Wywołują uśmiech na mojej buzi tak samo, jak wiosenne słońce za oknem:)

Miłego weekendu!


Dla 4 osób:

0,5 kg karkówki lub schabu wieprzowego, pokrojonej w cienkie, małe kawałki
1 czerwona papryka, pokrojona w cienkie paski
1 pęczek listków kapusty bok choi/pak choi (można zastąpić szpinakiem lub kapustą pekińską)
1 bakłażan, pokrojony w cienkie, ale spore kawałki
kawałek imbiru długości ok. 5 cm, posiekany
1 papryczka chilli, drobno posiekana
1 ząbek czosnku, pokrojony w cienkie plasterki
1 spory pęczek szczypioru sałatkowego (czyli zielonej części dymki), posiekany
1 limonka, pokrojona w „szóstki”
3 porcje średniej grubości azjatyckiego makaronu (użyłam makaronu pszennego)
garść kolendry, do posypania (opcjonalnie)
1 łyżka przyprawy „5 smaków”
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki słodkiego sosu chilli lub sosu miodowo-czosnkowego (opcjonalnie)
2 łyżki sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka tajskiej pasty z chilli, bazylii i oliwy (opcjonalnie)
Olej lub oliwa

Marynata:

2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego
1 łyżka octu (najlepiej ryżowego)

Opcjonalnie: 1 łyżka hinduskich pikli z chilli, 1 łyżka pasty z chilli i bazylii lub sambal oelek, 1 łyżka sosu imbirowego

Składniki marynaty wymieszaj w misce. Dodaj mięso, wymieszaj i odstaw minimum na 20 minut, a najlepiej na 2-3 godziny.

W woku lub na dużej patelni rozgrzej olej lub oliwę, i gdy będzie gorący, dodaj mięso, smaż, aż będzie złociste, po czym zdejmij z woka i odstaw. Na woka wrzuć bakłażana (dolewając oleju, jeśli trzeba), smaż, aż się przyrumieni i również zdejmij go i odstaw na bok. Dodaj papryczkę chilli, imbir, czosnek i część szczypioru sałatkowego, smaż przez chwilę, po czym dodaj przyprawę „5 smaków”, a po ok. 15 sekundach – pozostałe warzywa. Smaż przez ok. 3-4 minuty, aż warzywa będą złociste i stracą surowość, ale wciąż będą chrupiące i jędrne.

W międzyczasie przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Gotowy makaron odcedź z wody, zachowując jej ok. pół szklanki.

Gdy makaron i warzywa w woku będą gotowe, dodaj pozostałe sosy i przyprawy wraz z odłożoną wodą. Dodaj bakłażana, mięso i makaron, całość starannie wymieszaj i – jeśli trzeba – dopraw do smaku.

Podawaj z posiekanym szczypiorem i kawałkami limonki, oraz – opcjonalnie – ze  świeżą, posiekaną kolendrą. Tuż przed jedzeniem wyciśnij sok z limonki prosto na swoją porcję makaronu… smakuje wyśmienicie:)

 

środa, 2 marca 2011

Du-Za Mi-Ha… i pikantna zupa kokosowa z kurczakiem


W weekend odwiedziłam knajpkę wietnamską Du-Za Mi-Ha na ulicy Widok w samym centrum Warszawy. Słyszeliście już o niej? Ja wybrałam się tam po raz pierwszy, zachęcona bardzo dobrymi recenzjami w prasie i na gastronauci.pl.

I muszę powiedzieć… podobało mi się. A to z trzech powodów.

Po pierwsze – charakter serwowanych dań. Pojawiają się powoli w Warszawie miejsca z azjatyckim jedzeniem, które nie sprowadza się do glutowatych sosów na bazie mąki kukurydzianej i kapusty pekińskiej. Jest ich jednak wciąż mało. Mnie, uformowanej kulinarnie (jak to szumnie brzmi!) na wszelkich noodle soups, którymi szczególnie zachwycałam się tu i tu, bardzo brakowało tego, co w kuchni wschodu stanowi podstawę – aromatycznych dań z makaronem i dodatkami wszelkiej maści. Piszę, że brakowało – ale odnalazłam je właśnie w Du-Za Mi-Ha. Menu jest bardzo proste, zawiera w sobie jednak to, co moim zdaniem w kuchni wietnamskiej najcenniejsze – bogactwo smaków, aromatów i tekstur, zawarte w dość nieskomplikowanych wbrew pozorom kompozycjach. Choć więc lista dań jest bardzo długa, sprowadza się tak naprawdę do dwóch kategorii – zupa Pho z różnymi rodzajami makaronów i dodatków do wyboru, obficie posypana kolendrą i kiełkami soi, oraz makarony smażone, również w wielu wariantach. Do tego kilka przystawek, w tym pokaźne menu sajgonkowe (nemy), obejmujące wersje zarówno na ciepło, jak i na zimno.

Zjadłam zupę Pho z makaronem Bun (średnio-cienki ryżowy) i kaczką po pekińsku i muszę powiedzieć, że była przepyszna! Byłam pod szczególnym wrażeniem kaczki – rzadko zdarza mi się trafić na tak dobrze przyrządzoną – była krucha i miękka, a przy tym soczysta.

Po drugie – zachęca też standard miejsca. Nie jest to poziom restauracyjny – nawet zupełnie nie – a mimo to znacznie przewyższa jakość typowych azjatyckich barków. Jest tam czysto, jasno i przyjemnie, oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to raczej bar, niż restauracja. Nim powstała Du-Za Mi-Ha, był tam lokal z sushi, i choć miejsce trochę przerobiono i powstawiano więcej stolików, to jednak klimat pozostał. Dodatkową atrakcję stanowią w jednej z sal stoły i siedziska wpuszczone w ziemię, które dają wrażenie jedzenia na podłodze, w stylu dalekowschodnim.

Po trzecie wreszcie – niskie ceny. Wielka miska bulionu z kaczką po pekińsku kosztowała… 17 zł, a większość zup i makaronów oscylowała wokół 13-15 zł. Jak na wielką porcję naprawdę smacznego wietnamskiego jedzenie w przyzwoitym otoczeniu i samym centrum Warszawy, to naprawdę niedużo.

Wszystko to powoduje, że Du-Za Mi-Ha zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i będę tam wracać – i chyba nie tylko ja. W niedzielne popołudnie knajpka tętniła życiem, przewijało się przez nią mnóstwo grupek zamawiających dania na miejscu lub na wynos (jeśli dobre wietnamskie jedzenie wolisz zjeść w zaciszu własnego domu – może to być dobre rozwiązanie!).

Du-Za Mi-Ha jest więc zdecydowanie warta wypróbowania. Taka rekomendacja wiele znaczy w moim wypadku, bo gdy chodzi o azjatyckie makarony – jestem dość wybrdna:)

Przepraszam Was, niestety nie udało mi się zrobić zdjęć (widziałam kilka fotografii Du-Za Mi-Ha w Internecie, jeśli chcecie zobaczyć wnętrze). Tym bardziej jednak będę Was namawiała, byście poszli i wypróbowali sami…:)

Du-Za Mi-Ha
ul. Widok 16
00-023 Warszawa
tel.: (22) 826 18 71

A teraz, by pozostać w klimacie azjatyckich makaronów, mam dla Was fenomenalną pikantną zupę kokosową z kurczakiem. Nie jest wprawdzie wietnamska, ale smakuje absolutnie rewelacyjnie. Oryginalny przepis znalazłam swego czasu u Niny i od tej pory gotuję ją bardzo często, z małymi modyfikacjami. Mam nadzieję, że Wam posmakuje!


Dla 4 osób:

400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
500 ml bulionu drobiowego lub warzywnego
2 piersi kurczaka, pokrojone w kawałki
kawałek imbiru o długości 5 cm, pokrojony na kawałki
4 łodygi trawy cytrynowej, pokrojone na kawałki (ewentualnie użyj mrożonej)
1 spora papryczka chilli
4 łyżki sosu rybnego
1 łyżka cukru (najlepiej brązowego)
1 limonka
3 porcje makaronu won-ton lub ramen (azjatycki makaron pszenny)
¼ szklanki wrzątku
kolendra i dymka, posiekane (do posypania)

Marynata:

1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżeczka octu ryżowego (opcjonalnie)
1 łyżka sosu miodowego lub słodkiego sosu chilli
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)

W misce połącz składniki marynaty. Dodaj kawałki kurczaka, wymieszaj i odstaw na ok. 20 minut.

W garnku rozgrzej bulion, dodaj trawę cytrynową i imbir. Gotuj na małym ogniu przez 10-12 minut. Przecedź, trawę cytrynową wyrzuć, natomiast zachowaj kawałki imbiru i przeciśnij przez praskę do czosnku, z powrotem do zupy. Dodaj chilli, mleko kokosowe, sos rybny i cukier, po czym gotuj przez ok. 7 mnut. Dodaj makaron i ok. ¼ szklanki wrzątku, gotuj przez ok. 2 minuty, po czym dodaj kurczaka i gotuj przez kolejne 2-3 minuty, czyli aż makaron zmięknie, a kurczak będzie już ugotowany, ale ciągle miękki. Tuż przed podaniem skrop sokiem z limonki i wymieszaj.

Zupę podawaj w miseczkach, posypaną kolendrą i dymką.


niedziela, 13 lutego 2011

Wieprzowina słodko-kwaśna w chrupiącej panierce


Lubicie sobie pochrupać? Bo ja tak. Owszem, chętnie marchewkę i jabłka – ale czasem jeszcze chętniej coś gorącego i wytrawnego.

Lubicie sobie posmażyć? Bo ja bardzo. Uwielbiam tę chwilę, gdy na gorący tłuszcz kładziemy smakowite kąski i widzimy, jak momentalnie zaczynają się rumienić; słyszymy, jak zaczynają skwierczeć.

Lubicie porcje na jeden kęs? Bo ja właśnie takie lubię najbardziej. Sięgasz ręką, widelcem, pałeczkami… i hop, prosto do buzi. To taki śliczny sposób jedzenia, danie sporządzone z porcji mini: mini-tarty, mini-kanapeczki, mini-kotleciki… A weźmy sushi – sushi to jakby mini-wersja całego obiadu – ryż, ryba i zielenina, wszystko ładnie zwinięte, ładnie opakowane, ładnie zredukowane:)

Pisałam Wam kiedyś, że podstawy wiedzy o kuchni orientalnej zdobyłam, cichcem podpatrując koleżanki–Azjatki w naszej akademikowej kuchni. To tam po raz pierwszy zauważyłam, że Chińczycy przygotowują na wspólny posiłek kilka różnych potraw, które stawiają na środku i z których wspólnie podjadają przez cały wieczór pałeczkami, i że w związku z tym wszystko pomyślane jest tak, by łatwo dało się pałeczkami chwycić. Zauważyliście, że w kuchni chińskiej mięsa podawane są na ogół w małych kawałeczkach, nawet, jeśli wyraźnie pieczone były w całości? To proste – kroi się je w ten sposób, by łatwo dało się chwycić pałeczkami mini-porcyjkę ze znajdującego się na środku talerza.

Moja dzisiejsza propozycja też taka właśnie jest – porcjowana. Przepis znalazłam kiedyś w programie o kuchni azjatyckiej na kuchnia.tv i tu odtwarzam go trochę na oko, ale generalnie rzecz biorąc zgodnie ze wskazówkami autorki programu. Tak podane kawałki mięsa możecie jeść samodzielnie, np. ze słodkim sosem chilli, ja jednak bardzo lubię przełamywać smaki i tekstury, dlatego wysmażone kąski podaje często na lekkim bulionie, zbliżonym do tego (choć w tym wypadku dodałabym mniej imbiru, a  więcej cukru lub słodkiego sosu chilli/ miodowego).

To jak? Chrupiemy?

Dla 4 głodnych chrupaczy:

1 kg karkówki wieprzowej
4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej (można ewentualnie użyć pszennej)
Olej lub oliwa – do smażenia
Szczypiorek lub szczypior sałatkowy (spring onion) – do posypania

Marynata:

5 łyżek octu ryżowego (lub 3 łyżki octy zwykłego + 2 łyżki wody lub soku owocowego)
2 łyżki miodu
2 rozgniecione ząbki czosnku (pominęłam)
2-3 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu chilli
2 łyżki oleju
1 jajko


Karkówkę pokrój bardzo ostrym nożem na cienkie plasterki, po czym przekrój je na mniejsze kawałki, by po przygotowaniu były na jeden kęs. Przełóż je do miski, dodaj wszystkie składniki, całość starannie wymieszaj i odstaw na co najmniej 1 godzinę (a optymalnie na ok. 4 godziny). Następnie dodaj do mięsa mąkę i całość starannie wymieszaj, by wszystkie kawałki pokryły się powstałą masą.

Na woku lub patelni rozgrzej olej, po czym partiami smaż kawałeczki mięsa z każdej strony, aż będę rumiane. Odkładaj na ręcznik papierowy, by odciekły z tłuszczu. Podawaj partiami, w miarę smażenia, lub osuszone z tłuszczu kawałki wkładaj do pieca nastawionego na ok. 50- 80° C, by nie straciły ciepła, po czym podaj całość. Podawaj posypane posiekanym szczypiorkiem, z sosem chilli lub z lekką azjatycką zupą bulionową (patrz w tekście powyżej).

wtorek, 1 lutego 2011

Egg-fried rice: ryż smażony z jajkiem i krewetkami


Nie planowałam dziś wpisów… ba, co ja mówię – nie planowałam na dziś nawet większego  gotowania, po tym jak przez ostatnie dni wcinałam różne wspaniałe dania i o wiele zbyt pyszne tiramisu:) Tymczasem jednak czas mijał, a ja robiłam się głodna (zawsze tak jest, po prostu zawsze) i coraz cieplej myślałam o nie-tak-już-ciepłym ryżu, którego trochę za dużo wcześniej ugotowałam. Potem przypomniałam sobie o krewetkach w zamrażalniku, o podarowanej mi butelce sosu imbirowego i o nowiutkim woku, który również właśnie dostałam i o którym ostatnio Wam pisałam.... a potem wszystkie moje plany niejedzenia większej kolacji zostały porzucone na rzecz szybkiej decyzji, czego jeszcze mogłabym użyć i do owego śliczniutkiego nowego woka wsadzić.

Powstało orientalne danie w angielskiej terminologii nazywane na ogół egg-fried rice, czyli ryż smażony w woku z jajkiem i dodatkami. Bardzo go lubię, choć na ogół przyrządzam tylko wtedy, gdy zostało mi trochę wcześniej gotowanego ryżu. Oczywiście można potrawę przyrządzić od zera i specjalnie na jej potrzeby ugotować ryż, mnie jednak zawsze wydawało się to zbytnim zawracaniem głowy – dlatego, o ile nie jesteście ogromnymi fanami smażonego ryżu, i Wam proponuję wypróbowanie tej potrawy przede wszystkim wtedy, gdy zostanie Wam go trochę:) Z tym, że –  UWAGA – choć sama nie mam takich doświadczeń, słyszałam, że niewłaściwie przetrzymany ryż może poważnie zaszkodzić (z góry oświadczam, że nie wiem, czy to prawda…), dlatego należy go przechowywać w bezpieczny sposób i nie nazbyt długo!
                       
Ważna informacja dla wegetarian – ja dodałam do ryżu krewetki, bo je akurat miałam, ale spokojnie możecie je pominąć – danie będzie równie smaczne. Można też wzbogacić je większą ilością warzyw, np. papryką, kiełkami soi czy zielonym groszkiem.

A więc – woki i pałeczki w dłoń… i do dzieła!


Ryż smażony z jajkiem i krewetkami

Dla 4 osób:

2 szklanki ryżu
1 duża cebula, posiekana w piórka
1 papryczka chilli, posiekana (opcjonalnie)
1 posiekany ząbek czosnku (opcjonalnie, ja nie dałam i też było pyszne!)
2 łyżki posiekanego imbiru
1 pęczek szczypioru sałatkowego, posiekany
1 łyżeczka przyprawy „5 smaków”
4 jajka
ok. 25 krewetek tygrysich
2 łyżki oleju
1 łyżka masła (opcjonalnie)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka słodkiego sosu chilli lub innego słodkiego dodatku

Ryż ugotuj i ostudź (ja użyłam ryżu wcześniej ugotowanego). W woku dobrze rozgrzej olej i masło, dodaj chilli, imbir i szczypior sałatkowy, smaż przez ok., 20 sekund. Dodaj krewetki i przyprawę „5 smaków”, smaż przez 1 minutę, po czym wyjmij krewetki i odstaw. Do woka dodaj cebulę i smaż przez 1-2 minuty, aż zmięknie i zacznie się brązowić, po czym warzywa przesuń na boczne ścianki, na dno wbij jajka i zacznij szybko rozbełtywać, po czym odczekaj chwilę, znów zacznij rozbełtywać, znowu odczekaj, a gdy masa się zetnie, rozdrobnij ją szybko szpatułką (chodzi po to, by uniknąć powstania jajecznicy – powinien wytworzyć się taki ścięty, rozdrobniony na małe kawałeczki, przyrumieniony omlet). Dodaj ryż i smaż przez ok. 2-3 minuty, aż się nagrzeje i przejdzie smakiem dodatków, po czym dodaj krewetki, przypraw do smaku podanymi sosami, wymieszaj i podawaj od razu:) Jeśli chcesz, postaw na stole buteleczki z azjatyckimi sosami, by w miarę chęci i potrzeby każdy mógł doprawić sobie jeszcze ryż wedle własnego uznania:)

I tak oto pyszne i szybkie danie gotowe!


wtorek, 18 stycznia 2011

Kokosowa zupa tajska z kurczakiem


Kilka tygodni temu zostałam obdarowana nową książką Nigelli Lawson – „KUCHNIA” (książka jest fenomenalna – dziękuję! :)) Wkrótce napiszę o niej więcej (choć podejrzewam, że wiele z Was ma ją już na swoich półkach;)), dziś chciałabym opowiedzieć Wam o pierwszym przepisie z tej publikacji, który udało mi się zrealizować – o cudownie żółtej od kurkumy, tajskiej zupie kokosowej z kurczakiem i ryżowym makaronem vermicelli.

Jak już Wam nieraz pisałam, do zup azjatyckich mam prawdziwą słabość. Es eł a be o ś ć. Dlatego nic dziwnego, że w zbiorze prawie dwustu cudnych przepisów w pierwszej kolejności wrzuciłam się właśnie na ten. Jest zdecydowanie inny, niż pozostałe – bardzo kokosowy, ale też szalenie… kurkumowaty. Tak. To jest właściwe określenie. Smakuje przez to trochę, jak malezyjska laksa. Po całej sekwencji mleka kokosowego z dodatkiem pasty curry, które okazuje się na ogół najszybszą wersją z tajskich potraw, to danie było prawdziwym powiewem świeżości. Jest kokosowo-kremowe, to fakt, ale przy tym głęboko imbirowe – może i na swój sposób pikantne, ale bardziej właśnie, jak imbirowy napar, niż nawet jak wspomniany przeze mnie kurczak w pięciu smakach. Oryginalny przepis zawiera oczywiście chilli i ja wiernie go dodaję, ale jeśli wolelibyście, by potrawa była mniej ostra – nie dawajcie go. Imbir i tak zrobi swoje, ale powinien stworzyć rodzaj pikantności, która nie tyle piecze, co rozgrzewa.

Bardzo ciekawa jest też konsystencja zupy, pełnej chrupiących jeszcze warzyw i sprężystego, ryżowego makaronu. Jeśli lubicie smaki Azji (lub nie boicie się ich po raz pierwszy spróbować) – ugotujcie ją koniecznie!

Jedna mała uwaga: oryginalny przepis Nigelli zakłada użycie rozdrobnionych kawałków pieczonego kurczaka. Jeśli macie takie kurczakowi resztki, oczywiście możecie je w ten sposób spożytkować; ja jednak użyłam pokrojonych piersi kurczaka, które wcześniej zamarynowałam w azjatyckich sosach.


Kokosowa zupa tajska z kurczakiem, na 2-3 porcje:

1 litr bulionu drobiowego
150 g vermicelli ryżowego lub sojowego (do tej potrawy wolę ryżowy)
400 ml mleka kokosowego (w oryginale jest 200 ml, ale puszka ma 400 i wygodniej było mi dać wszystko… moim zdaniem, ze świetnym rezultatem)
kawałek kłącza imbiru o długości ok. 3-4 cm, obrany i posiekany
2 łyżki sosu rybnego
1 chilli, pozbawione pestek (ja zostawiam) i posiekane
1 łyżeczka kurkumy (dałam 1,5 łyżeczki)
1 łyżeczka pasty z tamaryndowca (pominęłam)
1 łyżeczka cukru, najlepiej brązowego
2 łyżki soku z limonki
250g mieszanki warzyw do stir-fry, w moim wypadku były to:
1 zielona papryka, posiekana w długie cienkie paski
1 opakowanie kiełków sojowych

2 piersi z kurczaka
Marynata: 1 łyżka sosu sojowego, 1 łyżka słodkiego sosu chilli, 1 łyżka sosu chilli-czosnek
Garść kolendry lub mięty (do posypania)

  
Piersi z kurczaka umyj, oczyść z błonek i chrząstek i pokrój w małe kawałki. Włóż do miski, dodaj wszystkie składniki marynaty; całość wymieszaj i odstaw.

W garnku zagrzej bulion. W osobnej misce przygotuj makaron, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu (UWAGA! najlepiej sprawdź te instrukcje, zanim przystąpisz do gotowania zupy. Cienkie makarony, choć podobne, potrafią znacząco różnić się pod względem czasu i sposobu przygotowania, a ważne, by był gotowy w tym samym momencie, co zupa).

Do bulionu dodaj wszystkie składniki poza makaronem, kurczakiem*, warzywami i kolendrą/miętą, i całość zagotuj. Gdy zupa dobrze się zagrzeje, dodaj kurczaka i warzywa. Po jakichś dwóch-trzech minutach, czyli gdy tylko kurczak się ugotuje, a warzywa zagrzeją, zupa będzie gotowa.

Gotowy makaron dodaj do zupy lub rozłóż bezpośrednio w miseczkach. Podawaj ze świeżą kolendrą lub miętą.

Miłego smakowania:)

* Jeśli, jak Nigella, używasz już upieczonego kurczaka, dodaj go do bulionu od razu, razem z innymi składnikami.


czwartek, 6 stycznia 2011

Kurczak w pięciu smakach na lekkim imbirowym bulionie


Wiecie, za co tak uwielbiam obrazy impresjonistów? (Bo naprawdę za nimi przepadam, mówiłam Wam już o tym?) Za to, że z plątaniny niewiele nam mówiących plam i pacnięć pędzlem wyłania się obraz czegoś, co ma sens. Niby to tylko Impresja, ale jednak Wschód Słońca właśnie taki, jaki byśmy zobaczyli, gdybyśmy wraz z Claude’m Monet’em stali na brzegu tamtego mglistego, szarawego jeszcze poranka.

Z kuchnią – a w każdym razie, na pewno z moją kuchnią – właśnie tak jest, a przynajmniej chciałabym, żeby było. Wiele różnych smaków i tekstur, które pozornie nijak mają się do siebie, a mimo to – razem mają sens, tworzą prawdziwą całość.

Tak właśnie jest też z kuchnią azjatycką – tu nic nie jest takie, jakie powinno być, a mimo to – smakuje pysznie. Słodkie z pikantnym, słone ze słodkim, chrupiące z mokrym – niby dziwne, a jednak nie aż tak bardzo.

To po prostu ma sens.

O moim wielkim afekcie dla orientalnych zup pisałam Wam już wcześniej (także tutaj), nie będę się więc powtarzać, po raz kolejny stwierdzę tylko, że je uwielbiam. Uwielbiam i basta. Zdążyłam Wam chyba dodać, że mam takich azjatyckich przepisów w zanadrzu sporo, dziś pora więc na kolejny z serii. To lekka, szybka w przygotowaniu potrawa, przy której bawimy się nie tylko smakiem, ale i teksturą, zestawiając przysmażoną, mocno przyprawioną pierś kurczaka z leciutkim, choć bardzo aromatycznym, przejrzystym bulionem. Z góry muszę Was ostrzec, że to danie bardzo ostre, ale jeśli lubicie odrobinę pikanterii – powinno Wam smakować. Szczególnie teraz, zimą, gdy zmagamy się z mrozami:) To niezwykle rozgrzewająca potrawa, choć – uprzedzam – imbir i chilli wiercą nie tylko w gardłach, ale i w nosach;)


Dla 4 osób:

Kurczak:

2 piersi kurczaka
3 łyżki sproszkowanej przyprawy „5 Smaków”
4-5 łyżek oleju

Bulion:

1,5 l bulionu warzywnego
1 papryczka chilli
obrany ze skóry kawałek imbiru długości ok. 5 cm
1 łyżka sosu sojowego
250 g (1 paczka) świeżego szpinaku
1 puszka kasztanów wodnych, czyli water chestnuts (waga po odsączeniu: ok. 280 g); jeśli nie zdołacie dostać kasztanów, dodajcie inne chrupiące warzywo, np. mange tout lub szparagi
200 g azjatyckiego makaronu Vermicelli (ryżowego lub sojowego – ja wolę sojowy, jest bardziej przejrzysty i sprężysty)

Kurczaka umyj, pozbaw chrząstek/ścięgien i pokrój wzdłuż w długie paski o szerokości ok. 2,5 cm. Przełóż do miski, dodaj przyprawę „5 Smaków”, po czym starannie i równomiernie obtocz w niej mięso, najlepiej rękami. Na patelni rozgrzej olej i gdy będzie już bardzo gorący, połóż na nim paski kurczaka. Smaż na dużym ogniu przez ok. 4 minuty z jednej strony, następnie przewróć mięso na drugą stronę i smaż jeszcze przez ok. 2-3 minuty. (UWAGA! – czas smażenia zależy od tego, jak bardzo rozgrzewa się Twoja patelnia i w jakiej temperaturze smażysz mięso. Generalnie chodzi o to, by wierzch usmażył się na złoto i chrupiąco, a środek był delikatny i kruchy, ale koniecznie ugotowany. Uważaj jednak bardzo, by z kolei nie przesmażyć mięsa – pierś kurczaka szybko twardnieje, jeśli jest gotowana zbyt długo.) Usmażone mięso zdejmij z patelni, pokrój na mniejsze kawałki i odstaw.

W garnku rozgrzej bulion. Posiekaj chilli (usuwając lub zostawiając pestki w zależności od tego, czy potrawa ma być mniej, czy bardziej pikantna) i dodaj do płynu, następnie wetrzyj imbir (ja ścieram go na małych ząbkach tarki). Dodaj sos sojowy i gotuj pod przykryciem, na małym ogniu, przez ok. 10 minut, po czym dodaj odsączone kasztany wodne i szpinak. Gdy warzywa się zagrzeją, a szpinak przywiędnie i zmniejszy objętość – bulion będzie gotowy.

W międzyczasie w osobnej misce lub garnku przygotuj makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu (UWAGA! czas przygotowywania warto sprawdzić przed rozpoczęciem gotowania, bowiem bardzo różni się w zależności od typu makaronu i producenta).

Makaron przecedź i rozłóż w miseczkach lub na głębokich talerzach, następnie każdą porcję hojnie zalej bulionem z warzywami i posyp kawałkami kurczaka (ważne, by robić to w tej kolejności, bo w momencie podania potrawy kurczak nie powinien pływać w zupie – każdy sam powinien bowiem móc zdecydować, czy chce zanurzyć go w bulionie, by zmiękł, czy też jak najdłużej zachować rozdzielność tekstur i smaków:))

Gotowe!

czwartek, 30 grudnia 2010

Jak nakarmić armię gości, czyli orientalne żeberka Nigelli


Jeśli nieopatrznie zaprosiliście do siebie na Sylwestra gości i zastanawiacie się, co by im tu dać do jedzenia - ten wpis może Wam się przydać:) Dziś mam dla Was absolutny hit wszystkich imprez, kolacji dla znajomych, wieczorów filmowych czy nawet rodzinnych obiadów. Wymarzona potrawa zarówno gości, jak i każdej gospodyni. Panie i panowie, przedstawiam Wam łatwe do zrobienia, szybkie, nieabsorbujące, ale za to zdecydowanie WSPANIAŁE orientalne żeberka Nigelli!

Pierwszy raz potrawę tę zobaczyłam kilka lat temu w programie Forever Summer, i pamiętam, że zachwyciła mnie już wtedy. Ale że Nigella złapała mnie znienacka, kompletnie nieprzygotowaną do robienia kulinarnych notatek, pokiwałam tylko z uznaniem głową i gładko przeszłam do realizacji kolejnych ekscytujących punktów w moim planie dnia. Gdy jednak kilka miesięcy temu znów przypadkiem natknęłam się w telewizji na ten sam odcinek, na hasło „orientalne żeberka” zastrzygłam uszami i skupiłam uwagę, tak, by spokojnie móc odtworzyć w przyszłości tę fantastyczną potrawę. Znacie to uczucie, że słyszycie o jakimś daniu i po prostu wiecie, że musicie je spróbować? Tak było właśnie ze mną i z żeberkami Nigelli. Dlaczego? Po pierwsze, sama mieszanina smaków i przypraw podziałała mi na wyobraźnię, a po drugie od razu uderzyło mnie, jak świetnie nadawałyby się na imprezę, bo brzmią pysznie, łatwo się je zjada (taki typowy finger food!), można zrobić je wcześniej i nie poświęcić im w czasie wieczoru ani minuty – no oczywiście poza tą chwilą, gdy gorące wyjmujesz je z piekarnika i zaczynasz nakładać gościom. Pierwszy raz zrobiłam je jako ciepłe danie na imprezie dla ok. 20 osób – dla urozmaicenia dodałam też skrzydełka, co bardzo polecam (UWAGA: potrzebowałam ok. 1,5 kg żeberek i 2 kg skrzydełek, starczyło z dokładką dla każdego, z tym, że było też kilka dań zimnych, więc goście zdążyli się już trochę najeść:)). Wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: choć było to latem (gdy w ogóle mniej jemy) a goście zdążyli skosztować już i innych dań, i tak zmietli żeberka do końca! Tymczasem pracy było przy nich tylko tyle, ile wymaga pokrojenie mięsa, zrobienie marynaty, a potem wrzucenie całości do pieca!

UWAGA! Tak przygotowane żeberka powinny marynować się co najmniej 2-4 godziny, ale optymalnie jest, jeśli możecie przygotować je do 24 godzin wcześniej.

Zanim przejdziecie do samego przepisu, muszę się do czegoś przyznać. Choć oficjalna nazwa żeberek brzmi ‘Sticky spare ribs’ (czy jakoś tak), moje nie wychodzą znowu aż takie ‘sticky’, jak te Nigelli (na fenomenalne, „klejące” żeberka podam Wam niedługo inny przepis, na który natrafiłam). Myślę, że jest to kwestia odmiennych proporcji – Nigella daje mniej płynów, a więcej miodu, ja stawiam bardziej na mieszaninę sosów i dodanej „siekaniny”, bo dopiero przy takich proporcjach mamy gwarancję, że wszystkie smaki dobrze się przegryzą, żeberka staną się kruche i soczyste, a warzywne „dodatki” puszczą soki, zamiast się spalić.

Poniżej podaję przepis jako główne danie dla ok. 4-6 osób. W nawiasach podaję liczby dla potrzeb imprezy, tylko z założeniem, że nie jest to jedyna potrawa wieczoru! Obawiam się, że proporcje są trochę „na oko”, bo tak naprawdę sama doprawiam wszystko do smaku, a już szczególnie, gdy chodzi o marynaty… Generalnie, jeśli czegoś nie lubicie lub lubicie, zmniejszajcie lub zwiększajcie ilości wg swoich preferencji – smak może i będzie trochę inny, ale na pewno równie ciekawy! Jedyne, na czym bym nie oszczędzała, to sos sojowy (żeby na pewno było wystarczająco słone) i olej (bo inaczej żeberka wyjdą suche); za to nie dawałabym więcej, niż 2 gwiazdki anyżu (jeśli w ogóle) bo jest on szalenie aromatyczny i to w sposób, który nie wszystkim odpowiada.

1,5 kg żeberek wieprzowych (ok. 3.5-4kg)
2-3 papryczki chilli, posiekane, pestki zostawiamy lub usuwamy w zależności od tego, czy ma być łagodniejsze, czy ostrzejsze (dla potrzeb imprezy proponuję zostawić tyle samo; bo wśród tylu gości na pewno nie wszyscy będą lubili bardzo ostre potrawy)
ok. 5 cm kłącza imbiru (tak samo, jak wyżej), posiekane w małe kawałki
3 duże dymki pokrojone w kostkę wraz ze szczypiorkiem
3 łyżki płynnego miodu (ok. 6 łyżek)
5-6 łyżek sosu sojowego (ok. 7-8 łyżek)
5 łyżek octu ryżowego (ok. 7-8 łyżek)
4 łyżki oleju (6 łyżek)
2-3 pokruszone laski cynamonu
Opcjonalnie: 2 pokruszone gwiazdki anyżu (za pierwszym razem dodałam, potem już nie, bo sama nie przepadam za jego smakiem;))

Można dodać w trakcie pieczenia:
Troszkę miodu
Przyprawa „5 smaków”

Do przybrania:

Poszatkowane chilli (bez pestek)
Poszatkowany szczypiorek z dymki

Pokrojona bagietka do maczania w sosie

Żeberka pokrój na wąskie kawałki (tak, by w każdym była tylko jedna kość). Wrzuć na blachę do pieczenia lub (jak Nigella) do dużej plastikowej zamykanej torby spożywczej (ziplock). Dodaj posiekany imbir, chilli, dymkę i szczypiorek, a także miód, sos sojowy, ocet ryżowy, olej, cynamon i (opcjonalnie) anyżek. Jeśli używasz torby spożywczej, zamknij ją i poprzewracaj w rękach, żeby składniki dobrze się wymieszały, jeśli robisz żeberka bezpośrednio na blasze, dokładnie wymieszaj wszystko rękoma lub dużą łyżką. Odstaw do lodówki na co najmniej 2-4 godziny, a najlepiej na ok. dobę.

Żeberka piecz na blasze przykrytej folią aluminiową, w temperaturze ok. 200° C, przez ok. 1,5 h. I teraz macie dwie opcje. Opcja Nigelli: wyciągacie blachę, żeberka smarujecie po wierzchu dodatkową porcją miodu i posypujecie przyprawą „5 smaków”, po czym pieczecie bez przykrycia przez ok. 0.5 h; lub moja: wyjmujecie blachę z pieca, zdejmujecie folię, nastawiacie piekarnik na silne grzanie z góry po czym pieczecie jeszcze przez jakieś 10-15 minut, albo aż żeberka się zarumienią. Podawać na półmisku posypane świeżym szczypiorkiem i posiekanym chilli (bez pestek), lub serwować prosto na talerze. UWAGA! Na dnie blachy powinien znajdować się absolutnie rewelacyjny, orientalny sos – dlatego dobrze mieć w zanadrzu pokrojoną bagietkę, którą goście będą mogli w nim zamoczyć!

Rada dla zainteresowanych opcją "Sylwester" lub „Impreza”: żeberka dobrze jest wstawić do pieca tuż przed przyjściem gości i liczyć, że będą gotowe w mniej-więcej 2 h, a więc akurat w momencie, gdy nasi znajomi zjedzą już zimne przekąski i chętnie spróbują czegoś nowego:)

piątek, 17 grudnia 2010

Słodko-pikantna zupa tajska z czerwonym curry


Gdybym tylko umiała, o orientalnych noodle soups mogłabym pisać całe traktaty, a nawet poematy. Mało co smakuje mi tak, jak azjatyckie makarony – w czystym bulionie lub mleku kokosowym, na słodko, pikantno, kwaśno – uwielbiam je wszystkie. Laksa, ramen, tom yum czy nawet lekka zupa warzywna – każda z nich niezawodnie poprawia mi humor:) Jeśli kiedykolwiek będziecie w UK lub w którejś zachodnioeuropejskiej stolicy, koniecznie, koniecznie wybierzcie się do restauracji wagamama – gdy zamówicie tam którąś z zup, postawią przed Wami wielką miskę parującego bulionu z warzywami, chilli, krewetkami, kurczakiem… i wielką górą dłuuugich, perłowych noodles. Ah ah ah, nawet teraz na samą myśl o nich robię się głodna:) Oczywiście, przepyszne zupy zjecie też w mniej efektownych, ale absolutnie wspaniałych chińskich knajpkach w londyńskim Chinatown blisko Leicester Square – ale w tych wielkich misach z wagamamy jest coś tak niepowtarzalnego, że wracam do nich tak często, jak to tylko możliwe – i czekam, by wreszcie otworzyli jakąś w Polsce:)

Moja przygoda z noodle soups zaczęła się, gdy jako mała dziewczynka spróbowałam tak zwane „chińskie zupki”. Dziś patrzymy na nie z lekkim podejrzeniem zarezerwowanym dla potraw instant, hamburgerów, chipsów i innych tam takich niezdrowych przekąsek, ale wówczas, u progu nowej rzeczywistości, gdy Polska dopiero co otrząsała się z kulinarnego marazmu oscylującego wokół octu w sklepach i żurku w butelkach, taki powiew egzotyki (niechby i bardzo niezdrowej) i tak robił furorę, szczególnie w moich bardzo wówczas małych oczkach kilkuletniej dziewczynki.

Ale różnorodność i głębię smaków zawartą w noodle soups odkryłam dużo, dużo później, gdy przez kilka lat studiowałam za granicą. Życie w akademiku bardzo temu sprzyjało, bo przygotowania wielu potraw nauczyłam się właśnie od kuchni, podpatrując po cichu kulinarne dokonania moich koleżanek. Niby robiłam sobie herbatę albo podpiekałam tosty, a tak naprawdę patrzyłam, co i jak też one tam gotują. Później, gdy zrozumiałam, że w Anglii niemal w każdym supermarkecie łatwo dostanie się wszystkie składniki potrzebne do masowej produkcji azjatyckich dań, po prostu oszalałam na ich punkcie. Do dziś poznałam ich dużo i zdecydowanie dominują one w moim kuchennym repertuarze; poczułam się już też na tyle pewnie w ich przygotowywaniu, że nauczyłam się sama eksperymentować z niektórymi smakami, a nie tylko korzystać z gotowych przepisów – choć książki kucharskie, również te o potrawach orientalnych, czytam garściami i pasjami.

Niejeden jeszcze przepis na noodle soup Wam podam; tę akurat zupę zrobiłam bardzo niedawno i według własnego pomysłu. Choć to zupa tajska, nie użyłam wyjątkowo mleka kokosowego (mimo, że bardzo je lubię!), natomiast aksamitną teksturę uzyskałam, dodając na początku do zupy odrobinę masła. Jest naprawdę bardzo, bardzo dobra, a przy tym szybka i łatwa w przygotowaniu:) Jeśli ma jakąś wadę to tylko taką, że najsmaczniejsza jest niezwłocznie po przyrządzeniu – inaczej makaron może zanadto rozmięknąć. Nie należy więc jej przechowywać (jeśli bardzo chcecie zrobić ją wcześniej – przygotujcie bulion, a makaron dodajcie dopiero, gdy będziecie odgrzewać zupę tuż przed podaniem).

Aha… jeszcze jedno. Tak samo, jak opisana już przeze mnie Pappa al pomodoro, azjatyckie zupy z makaronem to prawdziwy comfort food – nas sam ich widok czujesz się lepiej:) świetnie sprawdzają się jako pokrzepiający posiłek po całym dniu ciężkiej pracy, tym bardziej, że nie namęczycie się najpierw zbytnio przy ich gotowaniu – dość istotne, jeśli w zasadzie padacie już ze zmęczenia:)

Wiele z Was przygotowywało już zapewne dania orientalne i nie zaniepokoi się na widok podanej niżej listy składników, ale wszyscy, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym kulinarnym regionem, mogą uznać za użyteczne zapoznanie się z wprowadzeniem do kuchni azjatyckiej, które mówi o podstawowych składnikach i przyprawach potrzebnych do orientalnego gotowania.


Słodko-pikantna zupa tajska z czerwonym curry

Dla 4 osób:

1 duża cebula
1 ostra papryczka chilli
Szczypiorek z 2 dymek lub tzw. „szczypior sałatkowy” (spring onion)
4 porcje azjatyckiego makaronu średniej grubości, pszennego lub ryżowego
12 paluszków krabowych
1 l bulionu warzywnego lub drobiowego
1 łyżka oleju
2 łyżki masła
1 łyżeczka pasty z czerwonego curry
1 łyżeczka pasty z galangalu (opcjonalnie)
2 łyżki sosu sojowego (najlepiej, jeśli jest słodkawy, np. Blue Dragon)
2 łyżki sosu rybnego
1 łyżka cukru
1 łyżka słodkiego sosu chilli
1 limonka

Cebulę pokroić na cienkie piórka, papryczkę chilli drobno posiekać (pestki możecie usunąć, ja je na ogół zostawiam:)) W dużym garnku rozgrzać olej i masło. Dodać cebulę i posiekaną papryczkę i smażyć przez ok. 2 minuty, cały czas mieszając. Dodać pastę z czerwonego curry i (opcjonalnie) pastę z galangalu, następnie smażyć jeszcze przez ok. 30 sekund. Wlać bulion, dodać sos sojowy, sos rybny, słodki sos chilli oraz cukier. Dobrze wymieszać, spróbować wywar i w razie konieczności dodać do smaku jeszcze odrobinę cukru lub sosu sojowego, w zależności od preferencji. Pokroić paluszki krabowe i dorzucić do bulionu. Następnie dodać makaron, łamiąc go na mniejsze kawałki, i gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 1-2 minuty, aż zmięknie. Zgasić ogień, wycisnąć sok z limonki i dodać do potrawy, następnie starannie wymieszać. Podawać w głębokich talerzach lub miseczkach, posypane posiekanym szczypiorkiem.

 

środa, 15 grudnia 2010

Kilka słów o kuchni azjatyckiej, czyli kulinarną podróż czas zacząć!


Przygotowałam na dziś przepis na absolutnie przepyszną zupę tajską z krabem i czerwonym curry. Być może nawet niektórzy z Was myślą sobie teraz „hmmm, to super, uwielbiam tajską kuchnię, chętnie nauczę się ją przygotowywać’. I chociaż już właściwie miałam publikować ten post, w ostatniej chwili, spojrzawszy jeszcze raz na listę składników, uświadomiłam sobie, że raczej tak nie pomyślicie. Pomyślelibyście raczej: „hmmmm, no niby bardzo fajnie, ale w życiu nie chciałoby mi się gromadzić tych wszystkich składników”. I dlatego przyszło mi do głowy, że zanim podzielę się z Wami moimi azjatyckimi przepisami, opowiem Wam, w co powinniście się zaopatrzyć, by bez problemu móc z nich skorzystać.

Mówimy o niej „kuchnia azjatycka”, ale tak naprawdę wrzucamy w ten sposób do jednego worka wiele bardzo różnych wpływów. Tajska, chińska, malezyjska, indonezyjska, hinduska czy japońska – tak naprawdę każda z nich smakuje inaczej, a przecież wymieniłam tylko te najbardziej nam znane. Jeśli dodamy do tego, że tylko na terenie Chin czy Indii składniki i sposoby przyrządzania potraw znacząco różnią się od siebie w zależności od regionu, zaczynamy rozumieć, ile odmiennych smaków i form mamy tak naprawdę na myśli.

Niemniej jednak ja też zmuszona jestem w tej chwili do pewnych uogólnień, bo gdybym tak o każdym z tych wpływów i ich specyfice miała napisać osobno, zajęłoby mi to ładnych kilka stron, a Was szybko by znudziło. Dlatego zamiast tego napiszę tylko, że kuchnię azjatycką uwielbiam w całej jej rozciągłości i różnorodności, że towarzyszy mi w mojej kuchni już od wielu, wielu lat, i że niejednym przepisem i historią chciałabym się z Wami podzielić. Jeśli chcielibyście wraz ze mną wybrać się w kulinarną podróż po Azji, byłoby super – nauczę Was, co i jak przyrządzać, i pokażę, jakie to łatwe i szybkie. Równocześnie nie obiecuję, że moje dania są w stu procentach właśnie „takie”, jak w Azji, ale na pewno stanowią ciekawe urozmaicenie menu.


Wybierając się w podróż, musicie spakować walizkę; do podróży kulinarnej też trzeba się więc odpowiednio przygotować. By gotowanie szło łatwo i gładko, „spakujcie” więc do swoich szafek następujące produkty:

Klasyczny sos sojowy (ja używam lekko słodkawego sosu firmy Blue Dragon, ale to rzecz gustu)
Słodki sos sojowy (Sweet Soya Sauce) – jest zdecydowanie inny: gęsty i… SŁODKI
Sos rybny (Fish Sauce) – klasyk kuchni tajskiej
Sos ostrygowy* (Oyster Sauce)
Słodki sos chilli (sweet chilli sauce)
Pasta z czerwonego curry (Red Curry Paste) – jest bardzo pikantna. Jeśli wolicie, możecie zastąpić ją pastą z curry zielonego (również pikantne, lekko gorzkawe w smaku) lub żółtego (łagodne, leciutko słodkawe)
Mleko kokosowe (można kupić je w puszkach lub kartonikach)
Makaron azjatycki: ryżowy, pszenny i/lub jajeczny. Ja osobiście najbardziej lubię średniej grubości makaron pszenny, używany do zup ramen, ale to już rzecz gustu

* Sos ostrygowy i sos rybny różnią się trochę od siebie, ale w razie czego – jeśli dysponujecie tylko jednym z nich – możecie wzajemnie zastępować je w przepisach :)

Stopniowo (ale opcjonalnie) warto wypróbowywać też następujące produkty:
Olej sezamowy (Sesame Oil)
Olej chilli (Chilli Oil)
Sos miodowo-czosnkowy (Honey & Garlic Sauce)
Pasta z galangalu
Inne sosy/pasty dostępne w sklepach lub działach z orientalną żywnością

Wszystkie wymienione wyżej produkty są łatwo dostępne i niedrogie. Możecie kupić je w specjalistycznych sklepach takich jak np. Kuchnie Świata, ale też po prostu w działach z kuchnią międzynarodową w dużych supermarketach. Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – te przyprawy są jak sól, pieprz czy ziele angielskie – jak raz je kupicie, starczą Wam na baaardzo długo i przydadzą się praktycznie do każdej orientalnej potrawy:)

Bądźcie też przygotowani do kupowania od czasu do czasu następujących świeżych produktów:

Papryczki chilli
Świeży imbir
Szczypiorek z dymki

Oraz, trochę trudniejsze do dostania, ale dostępne:
Świeża kolendra
Liście limonki kaffir (można kupić suszone w działach orientalnych)
Trawa cytrynowa (najlepsza jest świeża, nieraz dostępna mrożona; w Kuchniach Świata można dostać też pojemniczki z trawą suszoną i rozdrobnioną – zawsze coś) 
Osobom mieszkającym w Warszawie przyda się pewnie informacja, że ponoć pod Halą Mirowską można wszystkie te składniki i przyprawy kupić na jednym ze stanowisk. Jeszcze nie wypróbowałam, ale jak tylko to zrobię - dam Wam znać!

Skoro wiecie już, co spakować w Waszą kulinarną walizkę – do dzieła! Bo wyruszamy już niedługo!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...