niedziela, 7 września 2014

O powrotach. Tak po prostu.

 


Weszłam dziś na blogspot jak do dawno opuszczonego domu. Domu, który zarósł już trochę mchem, w kątach przybyło mu pajęczyn, ale na mój widok jakby odmłodniał, jakby mnie poznał.

Tak obcy, a jednocześnie tak bliski.

Znasz to uczucie?

Wyciągasz stary klucz, żeby otworzyć - i ze zdumieniem odkrywasz, że dalej działa. Przechodzisz uliczką, by sprawdzić, czy ciągle masz tych samych sąsiadów - i odkrywasz, że nic się nie zmieniło. I robi Ci się ciepło i przyjemnie, bo chociaż wiesz, ze czeka Cię mnóstwo sprzątania, nim ten swój dom doprowadzisz do porządku - to jednak to nadal jest Twój dom, i cały czas na Ciebie czekał.

Ja też tak się dzisiaj czuję. Mój ostatni post z lutego 2012 zdążył już zarosnąć kurzem i pajęczynami, bo z różnych względów nie miałam ani czasu, ani głowy do tego, by tu zaglądać - a jeszcze mniej, żeby gotować. W tym czasie zrobiłam wiele ekscytujących rzeczy, ale nie był to bynajmniej crème brûlée ani flapjack. No - może tylko trochę ekspresowej kuchni...:)

Czasem, jak zatęskniłam, to sobie tutaj wchodziłam, od jakiegoś czasu nosiłam się też z zamiarem, żeby wrócić do blogowania - mam nadzieję, że teraz mi się to uda:) W końcu jest jeszcze wiele przepisów do przetestowania!

Do zobaczenia wkrótce!

PS Specjalne podziękowania należą się Ninie, która średnio co miesiąc przypominała mi, że delikatessen cały czas na mnie czeka!

niedziela, 5 lutego 2012

O rewolucji francuskiej, nie tej z podręcznika


Przychodzi po cichu i niespodziewanie. Wkrada się tylnym wejściem, gdy Ty przy frontowych drzwiach oczekujesz czegoś zupełnie innego. Śmieje się z Ciebie, gdy analizujesz swoje życie i snujesz plany. I na ogół zjawia się wtedy, gdy najmniej na nią czekasz.

Zmiana.

Mnie też zaszła od tyłu. Nie spodziewałam się jej, nie przyjmowałam do wiadomości nawet wtedy, gdy już zamajaczyła w oddali, nie wiedziałam, czy i jak ją powitać.

Ale przyszła, i tak zrobiła swoje, cóż więc mogłam zrobić innego, niż się z nią zaprzyjaźnić?

No więc się zaprzyjaźniłam. Jeszcze pisząc poprzedniego posta siedziałam sobie wygodnie w Warszawie, dziś piszę do Was z Paryża, i tak będzie przez kilka najbliższych miesięcy. Mój blog ucierpiał wprawdzie na nagłej przeprowadzce, od grudnia nie zagościł to ani nowy wpis, ani jego autorka, ale teraz, gdy już zadomowiłam się w nowym miejscu, mam nadzieję wrócić do blogowania, choć od czasu do czasu – o jedzeniu, o piciu, i o Paryżu po prostu. Bo jak tu o nim nie pisać?

Nie miałam okazji złożyć Wam w tym roku życzeń Świątecznych ani Noworocznych, dlatego pozwalam sobie zrobić to teraz – życzę Wam w tym Roku Wszystkiego Najcudowniejszego, oby obfitował w ciepło, miłość, radość i spokój... no i w mnóstwo nowych, kulinarnych przygód, oczywiście!

Pozdrawiam Was serdecznie, à bientôt!

czwartek, 8 grudnia 2011

Pierwsze urodziny „Delikatesów”. I najłatwiejsze ciasto drożdżowe w świecie:)


 
Moi drodzy, 

Dziś bardzo szczególny dla mnie dzień – Blog „Delikatessen” obchodzi pierwsze urodziny!

Co ciekawe – choć w czasie, gdy publikowałam kolejne przepisy na zupy, przekąski i wypieki w moim życiu zdarzyło się bardzo wiele, to w dniu, gdy mija rok mam okazję siedzieć na tej samej kanapie, po turecku, z laptopem na kolanach i kubkiem mocno osłodzonej herbaty przed sobą – tak, jak wtedy, gdy pod wpływem impulsu zdecydowałam się na stworzenie bloga.

Kilka dni zajęło mi ogarnięcie podstawowych mechanizmów działania serwisu, i w środę, 8 grudnia 2010, opublikowałam na stronie pierwszy wpis.

Jest wiele osób, którym zawdzięczam pomoc w rozruszaniu „Delikatesów” – w tym Ninie, która pierwsza poddała mi myśl założenia takiej strony i wyjaśniła podstawy działania Bloggera. Masie innych osób dziękowałam i dziękuję za inspirację, zachęty i różnego rodzaju pomoc w tym, by mój blog rozwijał się i prosperował.

Specjalne podziękowania należą się jednak Wam, moi drodzy Czytelnicy – gdy zakładałam „Delikatessen”, robiłam to głównie dla siebie, nie sądząc, że ktoś naprawdę będzie chciał czytać moje wynurzenia i czerpać inspirację  moich przepisów. A potem zainstalowałam sobie statystykę wejść i zobaczyłam, jak z miesiąca na miesiąc rośnie liczba wejść, jak – nawet wtedy, gdy czasu na pisanie bardzo mi nagle zabrakło – Wy wciąż wchodziliście i czytaliście:)

I choć bloga piszę niby dla siebie, to jednak – DZIĘKUJĘ. Dziękuję, bo to Wy powodujecie, że gotowanie i pisanie o nim sprawia mi taką radość.

„Delikatessen” to miejsce, w którym jedzenie jednoczy ludzi. Wpadają po chleb, konfitury, francsuki ser i lasagne z garmażerii, zamawiają kawę i wypijają ją przy jednym z przygotowanych przez właścicieli stoliczków. I ja też chciałam, by mój blog był miejscem takich spotkań – może nie dosłownie, ale wirtualnie na pewno:) I jak dbały właściciel dobrych delikatesów zapraszam Was gorąco – wpadajcie na bloga jak najczęściej, bo to Wy tworzycie jego klimat!:)

W ramach podziękowań chciałabym dać Wam urodzinowy prezent od Delikatesów – najłatwiejszy przepis na ciasto drożdżowe, z jakim się kiedykolwiek spotkałam! Przepis przekazała mi ostatnio moja Babcia. Jego ogromna zaleta polega na tym, że nie wymaga wyrabiania i ugniatania (zmory wszystkich kucharek), a mimo to wychodzi lekkie, pulchne i aromatyczne – jak włoskie panettone. Zdumiewające jest to, że efekt końcowy w niczym nie ustępuje tradycyjnym puchowym babom, które wymagają ton jajek i całych godzin wyrabiania – a ciasto smakuje przepysznie!


½ kg mąki
3 całe jajka + 2 żółtka (białka zachowaj do posmarowania ciasta)
¾ szklanki cukru
10 dkg masła
6 dkg drożdży
1 opakowanie cukru waniliowego
garść rodzynek
¾ szklanki mleka
szczypta soli

Kruszonka:

200 g mąki
100 g masła
100 g cukru


1)      W ciepłym mleku rozetrzyj drożdże i 2 łyżeczki cukru. Odstaw na ok. 20 minut, aby całość podrosła.
2)      W międzyczasie wbij do garnka 3 jajka i 2 żółtka, wsyp cały cukier i szczyptę soli.
3)      Masło rozpuść i wlej wąską strużką do jajek, stale mieszając.
4)      Do tak powstałej mieszaniny wlej wyrośnięte drożdże.
5)      Całość dokładnie wymieszaj i pozostaw do wyrośnięcia na min. 3 godziny. Pamiętaj jednak, że po upływie tego czasu mieszanka nie będzie miała ciekawego wyglądu – bardziej będzie przypominać zważone, lekko sfermentowane „coś”, niż wyrośnięty zaczyn. Nie przestrasz się – tak właśnie ma to wyglądać:)
6)      Pod koniec czasu wyrastania masy zrób kruszonkę, siekając masło, mąkę i cukier (prosty przepis znajdziesz np. tutaj). Rodzynki sparz w gorącej wodzie.
7)      Gdy mieszanina drożdży i jajek urośnie, wsyp mąkę i rodzynki. Całość dokładnie wymieszaj, aż powstanie gęsta, gładka masa – możesz zrobić to w malakserze (z mieszakami hakowymi), ale mieszanie powinno być na tyle łatwe, że możesz zrobić to ręcznie. Bardzo szybko i łatwo powinna powstać gładka, gęsta masa.
8)      Formę wyłóż papierem do pieczenia, następnie wylej masę drożdżową i dobrze posmaruj białkiem, jednocześnie wyrównując powierzchnię ciasta. Na wierzch wysyp kruszonkę.
9)      Wstaw do ZIMNEGO piekarnika (nie nagrzewaj go wcześniej!), ustawionego na 150º C dopiero w momencie wstawiania ciasta.
10)  Piecz przez 30 min w temperaturze 150º C. Następnie zwiększ temperaturę do 200º C i piecz, aż ciasto się zrumieni, a wkładany do niego patyczek będzie suchy – w moim wypadku było to ok. 10-15 minut.


wtorek, 6 grudnia 2011

Pomidorowo-chlebowa sałatka z chrupiącą szynką parmeńską


Dziś krótko, ale za to jak treściwie! Sałatka z pieczonego chleba i pomidorów o balsamicznym posmaku - szybka, urozmaicona smakowo, idealna na śniadanie lub lunch.

Wymyśliłam ją kiedyś "na cito" - pewnego pięknego poranka, gdy chodziła za mną włoską panzanella, na której przyrządzenie nie miałam czasu;) Wymyśliłam więc coś prostszego, ale z użyciem głównych składników panzanelli - chleba i pomidorów.

Efektem moich wysiłków była ta właśnie sałatka - jej ostrawy smak chilli i octu balsamicznego złagodziłam odrobiną mascarpone, ale tak naprawdę i bez tego sałatka byłaby świetna.

Polecam :)


Na 4 porcje potrzebujesz:


10 kromek ulubionego pieczywa, najlepiej ciabatty lub bagietki
8 słodkich, dojrzałych pomidorów, pokrojonych w ósemki
10 dkg szynki parmeńskiej lub szynki Serrano w plasterkach
150 g gorgonzoli, pokrojonej w kostkę (opcjonalnie)
1 papryczka chilli, drobno posiekana (opcjonalnie)
garść listków bazylii
3 łyżki oliwy
sól
pieprz


Sos:


4 łyżki octu balsamicznego
5 łyżek oliwy
3 łyżki miodu
1 ząbek czosnku, zmiażdżony (opcjonalnie)
Do podania: 
4 łyżki mascarpone (po 1 na osobę)


Piekarnik nastaw na na 200ºC. Plasterki szynki pokrój lub rozerwij na mniejsze kawałki. Kromki chleba pokrój w kostkę i przełóż do żaroodpornego naczynia. Dodaj szynkę i posiekane chilli (opcjonalnie). Dodaj sól oraz pieprz do smaku i zalej oliwą, następnie całość dokładnie wymieszaj. Włóż do piekarnika na 5-8 minut, by grzanki i szynka ładnie się przyrumieniły.
W małej miseczce połącz składniki sosu. Wyciśnij sok z cząstek pomidorów i dodaj do sosu. Spróbuj i w razie potrzeby dopraw wedle uznania.
Pomidory, bazylię i gorgonzolę przełóż do dużej miski. Dolej sos i grzanki, całość wymieszaj.
Podawaj w głębokich talerzach, z dodatkiem mascarpone (1 łyżka na osobę).

sobota, 3 grudnia 2011

Nie tak dawno temu...

Piszę z "pożyczonego" komputera, daleko od domu, w zupełnie innym trybie...:) Już wkrótce powrót do rzeczywistości (i do nowych przepisów), ale dziś jeszcze inny, powolny świat.

Jak Wam wspominałam, jeszcze nie tak dawno temu wygrzewałam się we włoskim słońcu i włóczyłam po zaułkach Rzymu i Florencji (no i może jeszcze po kilku sklepach w Mediolanie...;)). Dziś, gdy za oknem ciemno i zimno, publikuję kilka zdjęć z podróży - nie tak dalekiej, ale jakże innej klimatycznie!

niedziela, 27 listopada 2011

Korzenna zupa z pieczonej dyni i gruszek



Ach, jak wspaniałe rzeczy działy się ostatnio w moim domu! Jak nareszcie zapachniało Świętami, i nawet zapadające w środku dnia ciemności nie są w stanie popsuć mi humoru, bo w końcu wczesne wieczory to zapowiedź Bożego Narodzenia:)

Wczoraj wieczorem urządziliśmy w domu rodzinną kolację z okazji Święta Dziękczynienia. Może i nie polska to tradycja, ale jednak tradycja bardzo piękna i nie widzę, czemu jej nie powielić – bo warto raz do roku spotkać się i podziękować za to wszystko, co mamy w życiu, za kolejny dobrze spędzony rok. Na co dzień żyjemy w takim pędzie, że nawet nie ma kiedy przystanąć i zastanowić się, ile dobrego przychodzi do nas każdego dnia – dobrego, które wydaje się nieraz trywialne, a jednak to ono powoduje, że robi nam się ciepło w środku. Wspólnie zjedzony posiłek, czyjeś miłe słowo, list od przyjaciółki, która mieszka daleko, kubek gorącej herbaty, gdy na dworze zimno i ciemno, kęs ciasta, które jest pyszne – oj, jakie pyszne, nowa książka – tak ciekawa, że nie można się oderwać… to dzięki takim miłym akcentom na naszych buziach pojawia się uśmiech, to dzięki nim dzień należy do udanych. Nieraz w oczekiwaniu na wielkie zdarzenia pozwalamy, by wiele tych pięknych chwil minęło niepostrzeżenie, zamiast zrozumieć, że to właśnie umiejętność znajdywania niezwykłości w codzienności pozwala nam budować długotrwałe szczęście.

Cieszyć się z rzeczy małych. Doceniać to, co dookoła.

Smakować życie.


Korzenna zupa z pieczonej dyni – przepis mojej Mamy :)

Na 8 porcji potrzebujesz:

3 kg dyni
4-5 gruszek
1 l bulionu warzywnego
korzeń świeżego imbiru (ok. 8-10 cm)
1-2 łyżeczki imbiru w proszku
1-2 łyżeczki proszku curry
sól
sok z 2 pomarańczy
2 łyżeczki masła
3 łyżki śmietany + po jednej łyżeczce do przybrania
prażone pestki dyni lub migdałów – do przybrania



Gruszki obierz i przekrój na pół, wytnij gniazda nasienne. Ugotuj do miękkości w niewielkiej ilości lekko posłodzonej wody (2-3 łyżeczki cukru). Gdy zmiękną, odcedź i odstaw. W czasie, gdy gruszki się gotują, nastaw piec na temperaturę 200º C.

Dynię pokrój w grube części w taki sam sposób, w jaki kroisz arbuza. Nie odcinaj z nich skórki, natomiast wytnij i wyrzuć włóknisty środek z pestkami Następnie kawałki dyni połóż na blasze skórką do dołu i wstaw je do piekarnika na ok. 30-40 minut, aż będą zupełnie miękkie i przypieczone. Dynię wyjmij, ostudź i łyżką oddziel miąższ od skóry, co po upieczeniu powinno być bardzo łatwe. Skórę wyrzuć, miąższ przełóż do blendera lub garnka, w którym będziesz rozcierać zupę. Dorzuć ugotowane gruszki i zmiksuj na jednolitą masę. Wlej 0,5 l bulionu warzywnego i cały sok z pomarańczy, wetrzyj korzeń imbiru. Zagotuj pod przykryciem. Zupa powinna mieć konsystencję gęstego kremu. Jeśli jest za gęsta – dodaj więcej bulionu. Możesz też użyć wody, w której gotowały się gruszki.

Po ok. 10 minutach zdejmij zupę z ognia i dopraw proszkiem curry, sproszkowanym imbirem i solą. Całość powinna mieć korzenny, orzeźwiający smak. Dodaj śmietanę. Na patelni zrumień na 2 łyżeczkach masła pestki dyni lub płatki migdałowe i osusz je na papierowym ręczniku. Przy podawaniu, każdy talerz zupy ozdób kleksem śmietany i szczyptą prażonych pestek.

* Zupę możesz przygotować tuż przed podaniem, ale jeśli możesz, spróbuj zrobić ją nawet dzień wcześniej – dzięki temu smaki się zintensyfikują.

środa, 23 listopada 2011

O przymiotach angielskiego śniadania


No i znowu miałam mały przestój. W moim życiu wiele się działo, laptopa zdążył już pokryć kurz, a mnie do tego wszystkiego udało się wyjechać na krótkie wakacje do Włoch. Relacja z podróży już wkrótce, a dziś kolejny wpis na temat kulinariów brytyjskich, który dołączam do akcji Festiwal Kuchni Brytyjskiej.

Było już o herbacie i nieodłącznych jej ciasteczkach maślanych, było o karmelowych flapjacks – teraz pora na kiełbaski i jajka sadzone.

Niektórzy twierdzą, że angielski sposób żywienia jest obrzydliwy i że „tego wszystkiego, co Anglicy serwują sobie na śniadanie, nie sposób zjeść z samego rana”. Właściwie coś w tym jest. Nie trzeba jednak długo mieszkać w UK, by dojść do pewnej gorzkiej życiowej obserwacji: że niejednokrotnie te właśnie nazbyt treściwe poranne posiłki to najlepsze, na co można liczyć w ciągu całego dnia. Tę przygnębiającą prawdę odkrywa się szczególnie wtedy, gdy mieszka się w akademiku lub gdy z jakiegokolwiek innego powodu jest się skazanym na jedzenie, które nie jest domowe. Stołówka, ready-meal z supermarketu, pizza na telefon… wszystko fajnie, ale na dłuższą metę ciężko to wytrzymać.

Że niby Włosi jedzą na śniadanie złociste, świeże ciastka z owocami i popijają je malowniczym cappuccino przy stoliku w ogródku pachnącej kawą kafejki? Może i tak, ale Włosi wiedzą, że to dopiero początek, mało znacząca uwertura przed całą operą kulinarnych wspaniałości: makaronów, pieczonych mięs i warzyw, słodkich, leciutkich deserów.

A na co niby mają się cieszyć Anglicy? Na ciapkowaty Shepherd’s Pie i ciasto, na które składa się suchy jak wiór biszkopt i gruba jak pierzyna warstwa słodkiego, twardego lukru? Żeby była jasność – jak już Wam pisałam, angielska kuchnia, gdy dobrze przyrządzona, jest naprawdę rewelacyjna. Niestety jednak w dobie galopującej postmodernistycznej mega-nowoczesności, która króluje na Wyspach, o taką dobrze przyrządzoną kuchnię bardzo trudno, bo nikt już za bardzo nie umie gotować… a jeśli nawet umie, to na gotowanie nie ma czasu – lub nie chce go mieć.

W takich okolicznościach – zapewniam Was – nic nie cieszy człowieka bardziej, niż perspektywa solidnego śniadania, które zrekompensuje wszelkie kulinarne niedociągnięcia na pozostałych etapach dnia. No bo jednak chrupiący bekon to chrupiący bekon, sadzone jajka to sadzone jajka, a pieczone pomidory to pieczone pomidory. Oczywiście i je także można zepsuć, jeśli się ktoś bardzo postara, ale powiedzmy sobie szczerze – nie jest to częste, zaryzykować można. Pozostają co prawda elementy sporne, jak scrambled eggs, czyli jajecznica z jajka rozbełtanego z mlekiem (osobiście nigdy nie byłam w stanie jej zjeść) czy fasolka w sosie pomidorowym, na którą przepis ogranicza się do dwóch prostych czynności: 1) kupić pomidorową fasolkę w puszce firmy Heinz; 2) przelać ją do rondelka i podgrzać, aż będzie gorąca.

Generalnie jednak angielskie śniadanie to naprawdę jest COŚ. Kiedyś stanowiło fundament brytyjskiego żywienia, dziś praktykowane jest w kilku dosłownie sytuacjach:

1)      Gdy stanowi najatrakcyjniejszy element dnia dla kogoś, kto musi polegać na szeroko pojmowanym angielskim masowym żywieniu;
2)      W hotelach, pubach i restauracjach – obowiązkowo! Niektóre puby reklamują się wręcz tym, że serwują tradycyjne śniadanie przez cały dzień – co ma właściwie sens.
3)      W weekendowe poranki na wielu angielskich stołach – jako ekstrawagancja w stylu „jest weekend – zaszalejmy!”
4)      Wszędzie tam, gdzie ludzie pozostają nieodpowiedzialni i wcale nie chcą się odchudzać, liczyć kalorii i rezygnować z licznych przysmaków na rzecz musli i odtłuszczonego mleka.

W pozostałych wypadkach na stołach króluje raczej to, co zdrowe i lekkie – tosty, owoce, płatki i jogurty.

W ramach eksperymentów kulinarnych warto jednak spróbować zrobić kiedyś w domu to „prawdziwe” angielskie śniadanie – szczególnie w weekendowy poranek, gdy zamiast wczesnego i ekspresowego śniadania można sobie pozwolić na trochę późniejszy, leniwy brunch:)

Przyznaję, że poniższe zestawienie nie zawiera wszystkich elementów angielskiego śniadania, bo inaczej chyba byśmy wszyscy pękli! Niektóre pozycje wyszły już użycia, na przykład smażony śledź – you’ve got to draw a line somewhere. Inne stosowane są wymiennie – jajka albo w formie „scrambled eggs” (wspomniana już jajecznica z mlekiem, która nie cieszy się moją sympatią), „poached eggs” (jajka w koszulkach), „fried eggs” (jajka sadzone) lub hard-boiled eggs (jajka na twardo).

Ja proponuję Wam dziś jajka sadzone, plasterki smażonego bekonu, angielskie kiełbaski, pieczone połówki pomidorów i tosty smażone w maśle (jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadłam). Na fasolkę w sosie pomidorowym nie starczyło mi już energii, zresztą przepis podałam Wam już wyżej (to nie był żart! ;)). Częstym elementem angielskich śniadań są też smażone pieczarki, tzw. waffles (rodzaj gofrów, słodkich lub wytrawnych), oraz hash browns – przepyszne krokiety ziemniaczane odrobinę przypominające rösti.

Angielskie śniadanie zawsze dzieli się na dwie części – słoną i słodką. Swoisty śniadaniowy „deser” oznacza u Anglików gorące tosty z masłem i marmoladą lub z lemon/orange curd – wspaniałym słodkim kremem o smaku cytrynowym lub pomarańczowym. Ja także proponuję Wam słodkie zakończenie posiłku, pozwala doskonale przełamać zbytnią obfitość i wytrawność wcześniejszego etapu śniadania.

Spróbujcie sami! :)

A więc:

1)      Najlepiej zacząć od kiełbasek i pomidorków. Angielskie kiełbaski możecie kupić w Brytyjskim Sklepie na ul. Koszykowej w Warszawie, o czym dowiedziałam się dzięki uprzejmości mojej znajomej L. (dziękuję za cynk:)). Sprzedaż także on-line; szczegóły na końcu. Jeśli nie macie lub nie lubicie angielskich kiełbasek, możecie zastąpić je Waszymi ulubionymi kiełbaskami polskimi: frankfurterkami, parówkami lub cieniutkimi białymi kiełbaskami przypominającymi bawarską odmianę Weißwurst.
2)      Piekarnik nastaw na 200ºC. Pomidorki przekrój w poprzek i ułóż w płaskim żaroodpornym naczyniu. Każdą połówkę posyp solą. W małym kubeczku wymieszaj 1 łyżkę oliwy, 1 łyżeczkę octu balsamicznego i 2 łyżeczki cukru. Tak powstałą marynatą polej wierzch każdego z pomidorków – dzięki temu ładnie się zrumienią i nabiorą słodyczy. Jeśli akurat masz pod ręką świeży tymianek, na każdej połówce możesz ułożyć jego gałązkę.
3)      W tym samym naczyniu, na środku, ułóż kiełbaski. Delikatnie nasmaruj je oliwą oraz odrobiną słodkiego sosu chilli lub miodu – dzięki temu kiełbaski ładnie się zrumienią.
4)      Naczynie z pomidorkami i kiełbaskami wstaw do piekarnika na ok. 20 min, ewentualnie na trochę krócej, jeśli używasz innych kiełbasek.
5)      Rozgrzej patelnię. Gdy już będzie gorąca, dodaj 2-3 łyżki oleju i na gorący tłuszcz wrzuć cienkie plasterki bekonu lub boczku (ja zakładam ok. 2-3 na osobę). Gdy bekon się zrumieni, zdejmij go z ognia i osusz na papierowym ręczniku.
6)      Ponownie rozgrzej patelnię, nie usuwając oleju ze smażenia bekonu. Gdy olej będzie już gorący, wbij jajka (1-2 szt. na osobę, w zależności od apetytu:)). Każdy ma swoją metodę smażenia jajek tak, by białko się ścięło, a żółtko pozostało płynne Mój sposób polega na tym, że wrzucam jajka na bardzo gorący tłuszcz, po czym po ok. 20 sekundach przykrywam patelnię i smażę jeszcze przez ok. 15-20 sekund, aż białko się zetnie. Sekret polega na tym, że pod przykryciem tworzy się gorąca para, która bardzo szybko ścina białko od góry. Polecam:)
7)      W tym samym czasie na malutkiej patelni rozgrzej 1 łyżkę oleju z 3 łyżkami masła. Gdy są już gorące, wrzuć na nie kromki białego chleba (najlepiej użyć chleba tostowego lub bagietki) i obsmażaj z obu stron, aż chleb się zarumieni – taki butter bread to jeden z najlepszych elementów angielskiego śniadania!
8)      Na talerzach ułóż kromki butter bread, na nich połóż jajka sadzone. Następnie wyłóż na talerzu kiełbaski, pomidorki i bekon. Podawaj od razu!
9)      Gdy najecie się już bekonem i pomidorkami, czas na śniadaniowy „deser: :) W tosterze lub piekarniku zrumień kromki chleba (najlepiej oczywiście tostowego), po czym podawaj gorące z masłem i wspaniałymi słodkościami do wyboru: cierpką angielską marmoladą cytrusową (absolutny brytyjski hit!), kwaskowatym lemon curd lub orange curd, albo masłem orzechowym lub czekoladowym.



Gdzie dostaniecie angielskie specjały:

1)      The British Shop na ul. Koszykowej 30 w Warszawie: http://www.britishshop.pl. Sklep prowadzi także sprzedaż on-line, a jeśli mielibyście możliwość wybrania się tam osobiście, czeka na Was także prawdziwy angielski bar z Fish & Chips. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla L., która pierwsza powiedziała mi o tym wspaniałym sklepie! Jego wielką zaletą jest to, że poza artykułami spożywczymi znajdziecie to także wyroby garmażeryjne: kiełbaski, sery Cheddar i Stilton, a nawet prawdziwe angielskie ready-meals.
2)      Spożywcze części Marks & Spencer. Nie każdy polski M & S je posiada, w Warszawie możecie napotkać je w Arkadii, a przede wszystkim w najnowszym Marksie na ul. Marszałkowskiej. Ofertę (choć niepełną) znajdziecie też na stronie internetowej sklepu.
3)      W powyższych sklepach dostaniecie też marmoladę i Lemon Curd, natomiast gdybyście chcieli te ostatni przygotować sami – polecam przepis Doroty, który znajdziecie tutaj.
4)      Angielskie sery dostaniecie też w La Fromagerie – sklepie z serami na ul. Burakowskiej, o którym wiele pisała swego czasu Lo.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...