Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce morza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce morza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

Singapurska laksa



Pogoda ostatnio różna, niby zapowiadają upały, ale póki co – różnie z tym bywa. Mam dla Was w zanadrzu kilka bardzo letnich przepisów, ponieważ jednak nasz klimat nie może się zdecydować – ja też póki co nie będę.

Dziś więc potrawa neutralna pogodowo – i na słońce, i na deszcz. Szybka, łatwa – jak prawie wszystko, co Wam proponuję – a przy tym bardzo efektowna i bardzo pyszna.

Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi z książki „Zupy” z serii Le Cordon Bleu, po próbach i doświadczeniach został przeze mnie zmodyfikowany – zamiast proponowanego 1 litra mleka kokosowego i 250 ml bulionu, daję 400 ml (1 puszkę) mleka kokosowego i 800 ml bulionu warzywnego lub drobiowego.



Dla 4 osób:

18 gotowanych, obranych krewetek królewskich lub tygrysich
4 dymki, posiekane
3 ząbki czosnku, posiekane
5 suszonych papryczek chilli (lub 3 świeże), pokrojonych
2 łodygi trawy cytrynowej (tylko białe części), pokrojone
3 łyżeczki mielonej kurkumy
1 łyżka pasty krewetkowej (pominęłam)
½ łyżeczki nasion kolendry
1 l mleka kokosowego (użyłam 400 ml mleka kokosowego i 800 ml bulionu)
2 łyżki oleju
2 łyżki cukru
500 g filetów z piersi kurczaka
250 ml bulionu drobiowego
250 g ulubionego makaronu azjatyckiego (ja używam stosunkowo cienkiego makaronu pszennego)

Do przybrania:

Listki mięty i/lub kolendru
1 porcja szczypioru sałatkowego, posiekana
1 papryczka chilli, posiekana
4 ćwiartki limonki


Szalotki i czosnek zmiksuj w malakserze na gładką masę. Dodaj paprykę chilli, trawę cytrynową, kurkumę, pastę krewetkową (opcjonalnie), kolendrę oraz 60 ml mleka kokosowego. Wszystkie składniki zmiksuj na gładką masę.

W średniej wielkości garnku rozgrzej olej, dodaj przyrządzoną pastę i smaż przez 1 minutę, cały czas mieszając. Dodaj pozostałe mleko kokosowe, bulion, cukier i 1 łyżeczkę soli. Mieszaj całość aż do momentu zagotowania. Zmniejsz ogień i gotuj przez kolejne 10 minut.

Do małego garnka włóż kurczaka, wlej do niego 250 ml bulionu (tak, aby przykryć mięso). Gotuj pod przykryciem przez 8 minut, następnie wyjmij i pokrój w kostkę.
Makaron ugotuj zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu i odcedź.

Makaron, krewetki i kurczaka rozdziel na 4 miseczki, następnie zalej gorącą zupą. Przybierz listkami świeżej mięty i kolendry, limonką, posiekanym szczypiorem i dymką. Podawaj od razu.

                                                                                    

czwartek, 7 kwietnia 2011

O owocach morza po prostu. Rustykalna zupa z krewetek.

Oj, dawno już nie podzieliłam się z Wami żadnym nowym przepisem. Weekend spędziłam bardzo intensywnie (ale za to – pochwalę się – zainaugurowałam tegoroczny sezon rowerowy… robiąc ponad 40 km!), nie miałam więc niestety czasu, by usiąść i na spokojnie opowiedzieć Wam o kolejnym daniu.

Dziś również nie będzie na spokojnie (w końcu wieczory są krótkie, a spać też kiedyś trzeba), ale za to – trochę nostalgicznie. Potrawa, o której Wam dziś napiszę pochodzi z nie tak dawnych, choć minionych już lat studiów w dalekim kraju… Jednego z najpiękniejszych okresów, jakie pamiętam:)

A więc było tak: jak już Wam kiedyś wspominałam, kraj, w którym studiowałam, i miejsce, w który mieszkałam, nie sprzyjały studentom w realizowaniu ambitnego planu zdrowego odżywiania za niewielkie pieniądze. Wręcz przeciwnie, uwarunkowania prowadziły raczej prostą drogą do jedzenia byle czego, ale za to bardzo nieekonomicznie. Jedyny pobliski supermarket nie był wprawdzie drogi, ale nie powalał bogactwem asortymentu, a z kolei stołowanie się w lokalnych fast-foodach, choć szybkie, nie było ani zdrowe, ani sprzyjające naszym ówczesnym portfelom. Wyobraźcie więc sobie naszą ekscytację, gdy gruchnęła wieść, że w miejsce poczciwego lokalnego supermarketu ma otworzyć się Waitrose, jeden z najbardziej wylansowanych sieciowych supermarketów w kraju. Naszą ekscytację… ale i powątpiewanie, bo Waitrose, choć doskonale wyposażony we wszystkie najnowsze frykasy, nie bardzo plasował się na liście miejsc przyjaznych studentowi.


Osobiście doszłam jednak do wniosku, że lepiej mieć duży wybór i wysokie ceny i najwyżej czegoś nie kupić, niż nie mieć wyboru wcale. Postanowiłam więc korzystać z oferty Waitrose w stopniu takim, w jakim to było możliwe… a możliwości tych w rzeczy samej było wiele. Gdy sklep mieści się w samym sercu miasteczka studenckiego lekkomyślnością byłoby, gdyby nie przygotował tego, co każdy student lubi najbardziej – tzw. „ofert”. Oferty w naszym Waitrose były wszechobecne i ciągłe, a co najważniejsze – nigdy nie było wiadomo, na co akurat się trafi. Ekscytacja goniła więc ekscytację, gdy buszując między półkami po skończonych wykładach, chwytaliśmy z półek to, co akurat sklep był gotów sprzedać nam taniej… A że brytyjski student jest – powiedzmy sobie szczerze – trochę zblazowany, i oferta musiała być nie byle jaka. Polędwica, małże Św. Jakuba, francuskie sery, wspaniałe surowe szynki i świeże zioła – wszystko to dawało się czasem kupić w promocji, z czego niezwykle chętnie korzystaliśmy.

O ile dobrze pamiętam, to właśnie w czasie jednej z takich wypraw po spożywczą niewiadomą narodził się pomysł na zupę, na którą przepis znajdziecie poniżej. Owoce morza kupowałam w Anglii bardzo często, bo zawsze brakowało mi ich w Polsce, korzystałam więc z tak szerokiej ich gamy za granicą  - niemniej jednak tego właśnie dnia uśmiechały się do mnie krewetki promocyjne, więc wzięłam je dla zasady (w końcu bycie studentem zobowiązuje, prawda?).

Owoce morza kupowałam na ogół bez pomysłu, zakładając, że gdy dojdę do domu, sposób przyrządzania sam przyjdzie mi do głowy. Tak było i tym razem. Nie wiem, skąd wzięłam oryginalny przepis. Właściwie zrobiłam tę zupę z głowy, jestem jednak pewna, że o podobnym daniu musiałam czytać już wcześniej, i że jest ono dość popularne we Francji. Co ciekawe, nie jest ono szczególnie wykwintne, choć bezsprzeczne pozostaje dla mnie PRZEPYSZNE – to raczej zupa, którą głodni rybacy w krajach śródziemnomorskich mogliby jeść w domu po całym dniu ciężkiej pracy.

Owoce morza kojarzą nam się na ogół z bardzo wysublimowanymi daniami, a przecież pierwotnie był to taki sam pokarm biednych rybaków i mieszkających nad morzem wieśniaków, co ryby czy gruntowe warzywa.

Dlatego i o owocach morza można pisać inaczej – nie z pompą, tylko „po prostu”. My zwykliśmy myśleć o nich jako o czymś szalenie wystawnym, tymczasem dla Francuzów czy Włochów jest to taki sam składnik podstawowego, masowego żywienia, jak dla Polaków wieprzowina lub drób.

Dlatego nie bójcie się owoców morza:) Są przepyszne, coraz częściej u nas dostępne i błyskawiczne w przygotowaniu!

Aha… jeszcze jedno. Uprzedzam, że poniższa zupa, niczym śródziemnomorska Bouillabaisse, jest raczej treściwa – pełna pływających w niej krewetek w skorupkach i dużych kawałków pomidorów. Jeśli nie lubisz wyławiać z talerza krewetek w pancerzykach podczas jedzenia, usuń je przed podaniem, a w ich miejsce udekoruj każdy talerz zupy kilkoma uprzednio podsmażonymi, obranymi krewetkami królewskimi lub tygrysimi.

 
Dla 4 osób:

35 dkg małych, nieobranych krewetek – świeżych lub rozmrożonych bezpośrednio przed gotowaniem
1 duża cebula, pokrojona w piórka
2 wyciśnięte przez praskę ząbki czosnku
1 posiekana papryczka chilli
1 łyżka słodkiej papryki
1 puszka pomidorów
750 ml bulionu rybnego lub drobiowego
1 kieliszek białego wina
oliwa z oliwek
sól
pieprz
garść posiekanej świeżej pietruszki + 4 łyżki śmietany – do dekoracji

W dużym rondlu rozgrzej oliwę i podsmaż na niewielkim ogniu cebulę, czosnek i chilli. Dodaj słodką paprykę i krewetki, pomieszaj. Dodaj wino, a po chwili także pomidory z puszki. Spróbuj i w razie potrzeby dodaj jeszcze odrobinę słodkiej papryki, tylko uważaj – wbrew pozorom (i nazwie) – w nadmiarze potrafi nadawać potrawom gorzkiego posmaku;) Następnie dodaj bulion i duś na małym ogniu przez ok. 20 minut. Zdejmij z ognia, w razie potrzeby dopraw solą i pieprzem. Zupę  podawaj z kwaśną śmietaną, posypaną świeżą pietruszką, w towarzystwie chrupiącego, świeżego pieczywa.

sobota, 5 marca 2011

Owoce morza w pomidorach i winie


Nigella nazwała ten przepis: Speedy seafood supper („szybka kolacja z owoców morza”). Tak po prostu. I rzeczywiście, muszę przyznać, że coś w tym jest. Dwie najbardziej charakterystyczne rzeczy, które można o tym daniu powiedzieć, to że składa się z frutti di mare i powstaje w przeciągu kilkunastu dosłownie minut.

Czy smaczne? Smaczne. Ale choć nawet oryginalny przepis zakładał użycie mrożonych owoców morza, śmiem twierdzić, że potrawa ta musi smakować o wiele lepiej wszędzie tam, gdzie wszelkie morskie stwory można kupić świeże. I wcale nie trzeba na to mieszkać nad samym morzem! W wielu krajach świeże frutti do mare sprzedawane jest „tak po prostu”, w sklepach rybnych albo supermarketach. Dlatego, choć sama Nigella wybrała tu drogę na skróty, jeśli zechcesz przygotować to danie, a masz dostęp do świeżej „morszczyzny” – skorzystaj z niego:)

Połączenie, które proponuje Nigella – pomidory, czosnek, białe wino, oliwa, a nawet kurkuma – świetnie komponuje się z owocami morza. Uważajcie tylko bardzo na czas – krewetek, małży czy kalmarów nie można gotować zbyt długo, inaczej zrobią się twarde i gumowate.

Przyznam uczciwie, że kolejne wykonanie tego dania zostawiłabym sobie na okazję, przy której mogłabym użyć „owoców” prosto z morza. Muszę niemniej przyznać, że potrawa ta świetnie i skutecznie przenosi nas z zimowej szarości na słoneczną plażę w jakiejś pięknej, włoskiej, rybackiej wiosce:) Spróbujcie jej, jeśli tęsknicie za śródziemnomorską beztroską – zaopatrzcie się tylko koniecznie w chrupiącą bagietkę, lekkie białe wino (u mnie troszkę słodkawe:)) i przyjemną, południowoeuropejską, gitarową muzykę :)



Dla 4 osób:

Szczypta nitek szafranu
250 ml świeżo zagotowanej wody (ja radziłabym dać pół tego)
4 łyżki oliwy czosnkowej (jeśli nie masz, użyj zwykłej i dodaj 1-2 ząbki czosnku)
6 dymek (ze szczypiorkiem), drobno posiekanych
½ łyżeczki mielonej kurkumy
125 ml wermutu lub białego wina (ja użyłam więcej, ok. 250 ml)
½ puszki pomidorów (ja użyłam całej, za to proponuję dać mniej gotowanej wody)
1 łyżka płatków soli morskiej lub ½ łyżeczki soli
400 g mrożonych owoców morza (dałam ok. 500-600 g; jeżeli możecie, użyjcie świeżych)
świeżo mielony pieprz – do smaku
świeże zioła własnego wyboru (u mnie pietruszka)
1 cytryna pokrojona w ćwiartki (moja modyfikacja)

Włóż do szklanki niteczki szafranu i zalej gorącą wodą. Na dużej patelni rozgrzej oliwę, dodaj dymki, posiekany czosnek (opcjonalnie) i kurkumę i smaż na średnim ogniu przez 1-2 minuty. Wlej wino lub wermut, wodę z szafranem, pomidory i połowę soli. Zwiększ ogień na duży, dodaj owoce morza, doprowadź do wrzenia. Następnie zmniejsz ogień i gotuj przez 3-4 minuty, aż owoce morza się ugotują, ale wciąż będą miękkie. Dodaj świeżo zmielony pieprz do smaku i – jeśli trzeba – więcej soli. Podawaj ze świeżymi ziołami i ćwiartkami cytryny.

* Przepis pochodzi z książki Nigelli Lawson KUCHNIA.

piątek, 4 lutego 2011

Na Zielonej Sałacie II: Kalmary z delikatnym nadzieniem krewetkowo-cytrynowym


Dziś kolejne danie z cyklu „Na zielonej sałacie”, czyli szybkie, lekkie propozycje na lunch lub kolację, serwowane w towarzystwie pysznej zieleniny. Odkrycia takich ciepło-zimnych, momentalnie przygotowywanych posiłków dokonałam kiedyś w Belgii i Francji, i od tej pory nikt mi już nie wmówi, że dobre jedzenie musi powstawać godzinami – wręcz przeciwnie, czasem wystarczy pół godziny i dosłownie kilka składników, by stworzyć coś pysznego.

Dziś na zielonej sałacie coś dla wielbicieli owoców morza i owoców morza, czyli kalmary z delikatnym nadzieniem z krewetek, cytryny i pietruszki. Nie będę nawet próbowała przekonać Was, jak przepyszne, jak delikatne, jak subtelne jest to połączenie – musicie spróbować sami! Choć przepis wymyśliłam sama, inspirowałam się dwoma potrawami – tubami kalmarów nadziewanymi Black Pudding autorstwa Jamiego Olivera (obawiam się, że nie spróbowałabym takiego połączenia, ale jego widok w książce kucharskiej uświadomił mi, że korpusy kalmarów można z powodzeniem nadziewać!) oraz solą z delikatnym farszem z krewetek, którą miałam okazję spróbować kiedyś w jednej z warszawskich restauracji, a która okazała się absolutnie wyśmienita – delikatna, leciutka, wręcz maślana w smaku i konsystencji.

Ochotę na nadzianie kalmarów miałam od dawna, i gdy odkryłam, że w supermarketach można już kupić mrożone korpusy (tuby), a nie tylko krojone pierścienie – od razu postanowiłam mój pomysł wypróbować. Powstało coś naprawdę fenomenalnego, a przy tym bardzo szybkiego – niech dowodem na to będzie fakt, że udało mi się przygotować je w pół godziny, gotując równocześnie tony jedzenia na urodzinową imprezę, i podejmując w domu gości. To potrawa w sam raz na piątkową kolację, gdy zmęczeni po całym tygodniu pracy chcecie się zrelaksować i poprawić sobie humor, jedząc coś dobrego, ale jesteście zbyt zmęczeni, by godzinami to najpierw przygotowywać. To również świetna potrawa dla gości – upewnijcie się tylko, że lubią owoce morza, bo zważywszy na to, że jej podstawę stanowią i kalmary, i krewetki, wpadka może być w razie czego podwójna…;)


Przepis dla 4 osób:

Kalmary z nadzieniem krewetkowo-cytrynowym:

4 tuby kalmarów, oczyszczone i gotowe do użycia (jeśli kupilicie mrożone, powinny być oczyszczone, upewnijcie się tylko, by je na czas rozmrozić!)
250 g świeżych, obranych krewetek, najlepiej tygrysich lub królewskich
½ białej cebuli
sok z ½ cytryny
1 łyżka otartej skórki z cytryny (tylko z żółtej warstwy!)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1-2 łyżki majonezu
4 łyżki bułki tartej (orientacyjnie; może być potrzebne więcej!)
4 łyżeczki masła + 1 łyżka do nasmarowania naczynia (jeśli jesteś uczulony na nabiał, masło zastąp margaryną roślinną lub – najlepiej - oliwą z oliwek)
sól
pieprz

Przepis na sałatę jak tutaj, czyli:

1 główka sałaty, umytej i poszatkowanej, lub ok. 200 gramów liści sałat mieszanych

Dressing:

3 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego lub soku z cytryny,
1 rozgnieciony ząbek czosnku (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka musztardy,
sól
pieprz

Piekarnik nastaw na 180° C. Krewetki posiekaj i wrzuć do miseczki. Cebulę pokrój, po czym przetrzyj na papkę i dodaj (wraz z wytworzonym sokiem) do krewetek. Dodaj pozostałe składniki, bułkę tartą dorzucając na koniec. Starannie wymieszaj – bułka powinna zagęścić farsz na tyle, by stał się jednolitą masą; jeśli tak się nie stało, dodawaj po mału po łyżeczce bułki, aż nadzienie osiągnie pożądaną konsystencję. Spróbuj i w razie potrzeby dopraw do smaku.

Ostrym nożem ponacinaj delikatnie wierzch kalmarów w poprzeczne prążki, tak, by ładniej się przyrumieniły. Następnie ostrożnie nadziej je farszem i ułóż w żaroodpornym naczyniu natartym masłem lub polanym oliwą. Na każdym kalmarze ułóż łyżeczkę masła/margaryny roślinnej lub skrop oliwą. Piecz przez ok. 10-12 minut.

W tym czasie przygotuj sałatę: w miseczce zrób dressing, łącząc składniki i doprawiając do smaku. Liście wrzuć do miski, dodaj dressing i wymieszaj; najlepszy efekt uzyskasz, jeśli zwilżysz ręce oliwą i nimi wymieszasz sałatę z sosem.

Kalmary wraz z hojną porcją sałaty podawaj od razu po wyjęciu z piekarnika – nie zapomnij polać ich pysznym maślanym sosem, który wytworzył się w czasie pieczenia! Świetnie smakują ze świeżym pieczywem i ulubionym białym winem.

Et voilà!

wtorek, 1 lutego 2011

Egg-fried rice: ryż smażony z jajkiem i krewetkami


Nie planowałam dziś wpisów… ba, co ja mówię – nie planowałam na dziś nawet większego  gotowania, po tym jak przez ostatnie dni wcinałam różne wspaniałe dania i o wiele zbyt pyszne tiramisu:) Tymczasem jednak czas mijał, a ja robiłam się głodna (zawsze tak jest, po prostu zawsze) i coraz cieplej myślałam o nie-tak-już-ciepłym ryżu, którego trochę za dużo wcześniej ugotowałam. Potem przypomniałam sobie o krewetkach w zamrażalniku, o podarowanej mi butelce sosu imbirowego i o nowiutkim woku, który również właśnie dostałam i o którym ostatnio Wam pisałam.... a potem wszystkie moje plany niejedzenia większej kolacji zostały porzucone na rzecz szybkiej decyzji, czego jeszcze mogłabym użyć i do owego śliczniutkiego nowego woka wsadzić.

Powstało orientalne danie w angielskiej terminologii nazywane na ogół egg-fried rice, czyli ryż smażony w woku z jajkiem i dodatkami. Bardzo go lubię, choć na ogół przyrządzam tylko wtedy, gdy zostało mi trochę wcześniej gotowanego ryżu. Oczywiście można potrawę przyrządzić od zera i specjalnie na jej potrzeby ugotować ryż, mnie jednak zawsze wydawało się to zbytnim zawracaniem głowy – dlatego, o ile nie jesteście ogromnymi fanami smażonego ryżu, i Wam proponuję wypróbowanie tej potrawy przede wszystkim wtedy, gdy zostanie Wam go trochę:) Z tym, że –  UWAGA – choć sama nie mam takich doświadczeń, słyszałam, że niewłaściwie przetrzymany ryż może poważnie zaszkodzić (z góry oświadczam, że nie wiem, czy to prawda…), dlatego należy go przechowywać w bezpieczny sposób i nie nazbyt długo!
                       
Ważna informacja dla wegetarian – ja dodałam do ryżu krewetki, bo je akurat miałam, ale spokojnie możecie je pominąć – danie będzie równie smaczne. Można też wzbogacić je większą ilością warzyw, np. papryką, kiełkami soi czy zielonym groszkiem.

A więc – woki i pałeczki w dłoń… i do dzieła!


Ryż smażony z jajkiem i krewetkami

Dla 4 osób:

2 szklanki ryżu
1 duża cebula, posiekana w piórka
1 papryczka chilli, posiekana (opcjonalnie)
1 posiekany ząbek czosnku (opcjonalnie, ja nie dałam i też było pyszne!)
2 łyżki posiekanego imbiru
1 pęczek szczypioru sałatkowego, posiekany
1 łyżeczka przyprawy „5 smaków”
4 jajka
ok. 25 krewetek tygrysich
2 łyżki oleju
1 łyżka masła (opcjonalnie)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka słodkiego sosu chilli lub innego słodkiego dodatku

Ryż ugotuj i ostudź (ja użyłam ryżu wcześniej ugotowanego). W woku dobrze rozgrzej olej i masło, dodaj chilli, imbir i szczypior sałatkowy, smaż przez ok., 20 sekund. Dodaj krewetki i przyprawę „5 smaków”, smaż przez 1 minutę, po czym wyjmij krewetki i odstaw. Do woka dodaj cebulę i smaż przez 1-2 minuty, aż zmięknie i zacznie się brązowić, po czym warzywa przesuń na boczne ścianki, na dno wbij jajka i zacznij szybko rozbełtywać, po czym odczekaj chwilę, znów zacznij rozbełtywać, znowu odczekaj, a gdy masa się zetnie, rozdrobnij ją szybko szpatułką (chodzi po to, by uniknąć powstania jajecznicy – powinien wytworzyć się taki ścięty, rozdrobniony na małe kawałeczki, przyrumieniony omlet). Dodaj ryż i smaż przez ok. 2-3 minuty, aż się nagrzeje i przejdzie smakiem dodatków, po czym dodaj krewetki, przypraw do smaku podanymi sosami, wymieszaj i podawaj od razu:) Jeśli chcesz, postaw na stole buteleczki z azjatyckimi sosami, by w miarę chęci i potrzeby każdy mógł doprawić sobie jeszcze ryż wedle własnego uznania:)

I tak oto pyszne i szybkie danie gotowe!


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Risotto z owocami morza


Należę do ludzi, którzy uwielbiają czytać książki kucharskie dla inspiracji, ale nie lubią dokładnie kopiować przepisów – no chyba, że dana potrawa spodoba mi się dokładnie w takiej formie, w jakiej została zaprezentowana, lub jeśli tak dalece nie mam doświadczenia w gotowaniu jakiegoś dania, że pełna pokory wypełniam wszystkie wskazówki niczym uczeń wykonujący pierwsze w życiu doświadczenie na lekcji chemii.

Gdy robiłam risotto po raz pierwszy (pamiętam je do dziś – było to risotto z gorgonzolą, jabłkiem i orzechami z książki Cook with Jamie), pieczołowicie wypełniałam wszystkie wskazówki Jamiego, starając się nie uchybić nawet najmniejszemu szczegółowi. Ale gdy raz załapałam zasadę gotowania potrawy tak się rozbisurmaniłam, że zaczęłam patrzeć na przepisy nowym, krytycznym okiem. Co prawda do dziś chcąc zrobić inną wersję tego wyśmienitego ryżowego dania sprawdzam przepisy, by załapać myśl przewodnią stojącą za konkretnymi jej wariacjami, ale chętnie czytam kilka różnych opisów, zbieram inspiracje, zostawiam te składniki, które mi pasują, a wyrzucam te, które mnie nie przekonują, dodaję nowe elementy i bez skrupułów rezygnuję z tego, co moim zdaniem trudno kupić lub wykonać. Jak już Wam kiedyś napisałam, bardzo cenię sobie prostotę wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe;)

Z poniższym przepisem było podobnie. Wymyśliłam sobie na kolację risotto z owocami morza ,ale kompletnie nie wiedziałam, jak dokładnie powinno smakować i co powinno w nim być (poza owocami morza, oczywiście:)). Poszperałam więc w internecie i na mojej ulubionej stronie Jamiego, a potem skleciłam coś, co wydawało mi się szybkie, łatwe i smaczne. Przepisowi Jamiego zawdzięczam dodanie pomidorów i kopru włoskiego – hmmmmmm, polecam zdecydowanie, nie tylko w risotcie ale w połączeniu z owocami morza generalnie. Tak samo – jeśli macie przypadkiem w domu – proponowałabym Wam dodanie dosłownie łyżeczki alkoholu anyżowego: absyntu, Pernod lub Ricard’a – w małych ilościach świetnie pasuje do frutti di Mare:)

Muszę przyznać, że risotto z owocami morza jest najlepszym, jakie miałam okazję jeść lub gotować. Chilli, pomidory, czosnek, oliwa, małże, krewetki, ośmiornice, cytryna… (prawie) wszystkie najlepsze smaki w jednym garnku. Jeśli tylko lubicie ostre smaki i frutti di Mare – wypróbujcie koniecznie!


Risotto z owocami morza

Dla 4 osób:

400 g ryżu Arborio
250 g mieszanych owoców morza (ale zdecydowanie można dać więcej;)) – jeśli używacie mrożonych, należy najpierw je rozmrozić – najlepiej umieścić je na sicie i przelać wrzątkiem
1 cebula
1 bulwa kopru włoskiego
½  jednego pędu selera naciowego
1 papryczka chilli
2 ząbki czosnku (opcjonalnie)
3 duże pomidory
1 kieliszek białego wina + ok. 1 kieliszka do dolewania w trakcie gotowania
1 l bulionu rybnego lub drobiowego
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 łyżeczka Pernod, Ricard’a lub absyntu (opcjonalnie)
sól
pieprz
maggi
Sok z ½ cytryny

Do przybrania:

1 cytryna, pokrojona na ćwiartki
natka pietruszki
oliwa z pierwszego tłoczenia

Pomidory pokroić w kostkę (jeśli wolicie, możecie najpierw usunąć z nich skórki wkładając je na kilka minut do garnka z wrzątkiem – ja je na ogół zostawiam, bo i tak rozgotowują się w czasie przygotowywania risotta). Cebulę, czosnek i koper włoski drobno posiekać (zielone listki kopru można odłożyć na bok i użyć do dekoracji gotowego dania), selera zetrzeć na tarce. Chilli drobno posiekać, usuwając lub zostawiając pestki – w zależności od tego, czy wolicie łagodniejsze, czy ostrzejsze smaki. Rozgrzać oliwę i masło, dodać posiekane chilli i czosnek i dusić przez chwilę na małym ogniu, tak, by się nie przypaliły, ale wydzieliły wspaniały, ostry, intensywny aromat. Dodać cebulę, koper włoski i starty seler naciowy i dusić na tłuszczu, by warzywa zmiękły i się zeszkliły, ale nie – przyrumieniły.



Zwiększyć ogień, dodać pomidory i smażyć przez 1-2 minuty, następnie dodać ryż i smażyć przez kolejną minutę, cały czas mieszając. Gdy płyn z pomidorów zacznie wyparowywać, dodać wino i gotować na małym ogniu przez 1 minutę, cały czas mieszając. Zmniejszyć ogień, dodać 1 szklankę bulionu i – opcjonalnie – 1 łyżeczkę alkoholu anyżkowego. (Uwaga – ma bardzo silny aromat, dlatego dokładnie odmierzcie 1 łyżeczkę, a jeśli chcielibyście dać więcej – najpierw spróbujcie;)). Mieszać, aż płyn wyparuje, następnie dodać chochlę bulionu i dalej gotować, cały czas mieszając, aż płyn się ulotni. Znów dodać 1 chochlę bulionu i mieszać; proces powtarzać, aż ryż zrobi się miękki (w zależności od jakości ryżu zajmie to od 15 minut do ok. pół godziny). W czasie dolewania bulionu warto też dodawać od czasu do czasu kilka kropel białego wina. Gdy ryż będzie miękki doprawić go do smaku solą, pieprzem i maggi i upewnić się, że jest wystarczająco wilgotny (jeśli nie – wlać jeszcze odrobinkę bulionu lub gorącej wody). Zdjąć z ognia. Dodać sok z ½ cytryny i dokładnie wymieszać; owoce morza wypłukać pod zimną wodą i dodać do risotta. Przykryć i zostawić na 2 minuty, by smaki się przegryzły, a ryż „doszedł”. Zdjąć pokrywkę, wymieszać. Podawać w głębokich talerzach lub miseczkach razem z ćwiartką cytryny, posypane natką pietruszki i polane oliwą z pierwszego tłoczenia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...