Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po polsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po polsku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2011

Domowy majonez i kilka słów o Czterdziestolatku


Wróciłam. Tyle się ostatnio działo, że nie miałam kiedy spokojnie usiąść przed laptopem, ba, nie miałam nawet kiedy gotować albo fotografować. Brakowało mi tych moich blogowych chwil i cieszę się na nie ponownie, tak samo, jak cieszę się na nadchodzące lato, słońce i szparagi;)

Ale dziś jeszcze o majonezie. I o Czterdziestolatku;) Pamiętacie taki odcinek, w którym do Madzi przyjeżdża z wizytą rodzina? Nosi tytuł „Obcy w domu” i jest chyba moim ulubionym odcinkiem w ogóle. Do Stefana Karwowskiego,  przyjeżdża jego szwagier-prywaciarz z piękną żoną pod pachą i zrzędliwym ojcem, byłym leśnikiem, dla którego wszystko co dobre odbyło się przed wojną, po wojnie zaś – nastały czasu, które skomentować można tylko w jeden sposób: ręce opadają – po prostu lipa i tyle.

Stefcio ma więc przechlapane – dla szwagra-prywaciarza jest frajerem, który za małe pieniądze zapracowuje się na państwowej budowie, zamiast – tak jak on – zrobić kasę na broilerach, królikach lub szklarniowych hodowlach. No a dla teścia – to już w ogóle szkoda gadać. Dla teścia jest może i ideowcem, ale stojącym po niewłaściwej stronie barykady, a do tego ideowcem całkowicie niezaradnym, bo na mikrej państwowej pensyjce; inaczej niż jego niedoszły zięć Bronek, dyrektor lasów państwowych, który kupił sobie piękne auto, postawił wspaniały dom i najlepiej w okolicy wychował dzieci.


No ale Madzia Karwowska, choć przez ojca i brata traktowana trochę bardziej ulgowo – w końcu to rodzina – też podpada szybko staremu leśnikowi. Czym? Ano, kupnym majonezem. - Czy majonez w tej salatce to kupny czy domowy? – pyta w serialu z wyraźnym wschodnim akcentem grający ojca Madzi Władysław Hańcza.
- Ano, kupny – odpowiada bezradnie jego córka.
- Iiiiii – krzywi się ojciec. – Wasza matka nigdy nie dopuścilaby do tego, żeby na jej stole pojawilo się coś kupnego.

Albo jakoś tak. Dla mnie ta właśnie scena przy stole, genialna w swej prostocie, wspaniale ukazuje polskie mechanizmy społeczne znane chyba każdemu: tarcia na styku teścia i zięcia, męża i szwagra (którzy trochę sobie dokuczają, ale trzymają po cichu sztamę) starszego i młodszego pokolenia, konserwatywnego i liberalnego podejścia…

Wracając zaś do majonezu, choć nigdy nie czuliśmy w domu wyrzutów sumienia z powodu obecności „kupnego” produktu w lodówce, to jednak z chwilą pojawienia się robota kuchennego postanowiliśmy zaryzykować domowy wyrób. I co? Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Majonez robi się błyskawicznie i bardzo łatwo, a smakuje o wiele lepiej, niż jakikolwiek produkt sklepowy. Ma lekki smak i wspaniałą, piankowo-kremową konsystencję.

A co najważniejsze – czujesz się jak prawdziwa Domestic Goddess, która przed nikim nie musi świecić oczami za to, że posiłkuje się wyrobami przemysłu spożywczego…;)



Domowy majonez z trzech żółtek
Porcja na 1 słoik

3 żółtka*
125 ml oleju roślinnego
1-2 łyżki ulubionej musztardy (do smaku)
1 łyżka cukru (do smaku)
sok z 1/2 cytryny
opcjonalnie: czosnek, kapary lub świeże zioła

Żółtka, musztardę i cukier wrzuć do blendera. Nastaw na średnie ubijanie i małą strużką dolewaj olej przez mały otworek na górze (wiele nowych robotów kuchennych ma specjalne dozowniki, do których wlewa się od razu cały olej, przelewający się następnie przez malutki otworek do wnętrza blendera). Gdy cały olej zostanie dodany a majonez osiągnie właściwą konsystencję i żółtą, kremową barwę, wyłącz blender, dodaj sok z cytryny i ewentualnie dopraw do smaku (opcjonalnie możesz wtedy dorzucić dodatki wspomniane wyżej). Miksuj jeszcze przez chwilę, by przyprawy dobrze się wchłonęły, po czym podawaj od razu lub przechowuj w pasteryzowanym słoiku.

* można ewentualnie użyć całych jajek, wtedy konsystencja majonezu będzie mniej ubita.


sobota, 23 kwietnia 2011

Życzenia Świąteczne… i Wielkanocne babeczki:)



Moi drodzy Blogerzy i Blogerki,

I znów przyszłą wiosna, znów świeci słońce (choć może nie dziś;)), znów cały dom wypełnia się zapachem świątecznych wypieków… Znów mamy Wielkanoc.

Dlatego życzę Wam dziś Zdrowych, Spokojnych, Wiosennych Świąt w rodzinnym gronie i ciepłej, serdecznej atmosferze, wielu wspaniałych smakołyków na stole i czasu, by w oderwaniu od codziennej bieganiny i stresu przystanąć na chwilę, usiąść z filiżanką pysznej herbaty i słodkiego drożdżowego ciasta, zastanowić się nad tym, co najważniejsze, a na co nieraz nie mamy czasu… i porozkoszować życiem, które przecież jest piękne – tak po prostu:)

Korzystając z okazji chciałam też podziękować Wam, że już od kilku miesięcy towarzyszycie mi w mojej kulinarno-blogerskiej podróży, że czytacie moje posty, okraszacie je komentarzami i wzbogacacie dobrymi radami…:)

Dziękuję i pozdrawiam:)

Marta (Delikatessen)

------------------------------


Mini biszkoptowe babeczki do Wielkanocnego Koszyka

 
Przepis na 2 babeczki*

2 jajka
4 łyżki mąki
4 łyżki cukru
4 łyżki oleju
1/2 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
Kilka kropel esencji waniliowej lub jedna saszetka cukru waniliowego.

Jajka ubij z cukrem na kogel-mogel (najlepiej mikserem). Wsyp mąkę i cukier, miksuj dalej. Gdy masa będzie gładka, dodaj proszek do pieczenia i olej. Pomieszaj jeszcze chwilę i wlej do natłuszczonych, posypanych mąką form do małych babek (powinny mieć u podstawy ok. 10-12 cm średnicy). Piecz w temp. 150°-160° C przez ok. 20 minut, aż ciasto podrośnie i się zrumieni. Następnie nakłuj babeczki patyczkiem by sprawdzić, czy ciasto jest upieczone (patyczek powinien wychodzić suchy). Gdy będą gotowe, wyłącz grzanie, uchyl drzwiczki piekarnika i zostaw babeczki w cieple do powolnego ostygnięcia – wtedy nie oklapną po wyjęciu.

Chłodne babeczki udekoruj lukrem – by go przygotować, pół szklanki cukru-pudru rozetrzyj z 2-3 łyżkami ciepłej wody.

* Bardzo łatwo zrobić więcej ciasta; należy po prostu zawsze utrzymywać następujące proporcje:

Na 1 jajko - po 2 łyżki mąki, cukru i oleju oraz ¼ łyżeczki proszku do pieczenia. Podany przepis możecie wykorzystać nie tylko do produkcji babeczek – tak przygotowany biszkopt wychodzi niezawodnie i ma wiele zastosowań, jak choćby jabłka w biszkopcie czy biszkopt ze śliwkami.


czwartek, 23 grudnia 2010

Korzenne śledzie w oleju, z gałką muszkatołową i tymiankiem


To nasze kolejne sztandarowe danie wigilijne – śledzie korzenne. Kiedyś robiliśmy zwykłe śledzie w oleju, ale pewnego dnia zorientowaliśmy się, że bardzo łatwo możemy nadać im zupełnie nową, lepszą jakość, dodając tymianek i gałkę. Nie zrozumcie mnie źle – nasze tradycyjne śledzie w oleju z cebulką to prawdziwy rarytas, ale na Wigilię, już i tak pełną szalenie tradycyjnych potraw, taka mała „wariacja na temat” pasuje w sam raz:)

Kiedyś śledzie w oleju układałam warstwowo tak samo, jak te w śmietanie: cebulka, śledź, przyprawy, olej, cebulka, śledź, przyprawy, olej… i tak dalej. Któregoś roku było jednak tak, że przygotowywałam je późną nocą (przed Wigilią to nic dziwnego;)), po tym, jak najpierw pracowicie i bardzo długo przyrządzałam śledzie w śmietanie. Byłam już zmęczona i dla ułatwienia sobie zadania postanowiłam po prostu wymieszać w misce wszystkie składniki – kawałki śledzia, cebulę, przyprawy i olej. Przyznam, że efekt był równie dobry – od tej pory trzymam się więc tej uproszczonej receptury. Od razu muszę Was jednak ostrzec, że ten sam zabieg nie sprawdza się niestety przy śledziach w śmietanie – wiem, bo kiedyś próbowałam;) Te muszą być robione jak trzeba, warstwowo.


Bardzo dziękuję mojemu bardzo utalentowanemu Bratu za te przepiękne zdjęcia (oraz za fotografie śledzi w śmietanie i risotta z owocami morza ). Choć przepyszny, śledź nie jest wdzięcznym obiektem estetycznym i niełatwo dobrze go pokazać – tym bardziej dziękuję! :)

Podaję przepis na 0,5 kg ryby:

0, 5 kg filetów śledziowych (jak już pisałam, od wielu lat używam filetów à la Matjas firmy Lisner, przeszły próbę czasu i wiele eksperymentów z innymi śledziowymi opcjami)
2 duże cebule
1 łyżeczka mielonej gałki muszkatołowej
1 łyżka tymianku
250 ml oleju (tak naprawdę można dodać trochę więcej, wedle uznania – co kto lubi;))

Filety śledziowe pokrój na kwadraciki lub romby i wrzuć do dużej miski (UWAGA! filetów wcześniej nie wymaczamy i nie odsalamy! – sól wyciągnie olej, gdy śledzie będą „dochodzić”). Cebulę drobno posiekaj i dorzuć do śledzia. Dodaj pozostałe składniki i dokładnie wymieszaj. Przełóż do słoika i szczelnie go zamknij (ewentualnie możesz pozostawić śledzie w misce, w której były mieszane – trzeba tylko szczelnie przykryć ją folią spożywczą). Włóż do lodówki na co najmniej 24 godziny przed podaniem (ale nie więcej, niż na 2-3 dni).


Babciny śledź w śmietanie


O śledziach nie trzeba się rozpisywać. Bronią się same, i to w każdej formie. Sposobu ich przyrządzania, który przedstawiam Wam poniżej, nauczyła mnie moja Babcia bardzo, bardzo dawno temu. Pierwszy raz przyrządziłam je sama jako mała dziewczynka – miałam wtedy pewnie jakieś dziesięć, no – góra dwanaście lat. Choć zawsze staramy się urozmaicać śledziowy repertuar wigilijny, ta właśnie propozycja to prawdziwy klasyk i cieszy się największym powodzeniem. Przyrządza się ją naprawdę łatwo i chyba nie można jej zepsuć, a smakowy efekt końcowy jest naprawdę fenomenalny. Sekret tego przepisu polega na dwóch ważnych zasadach: po pierwsze, na czasie „dochodzenia” śledzi w lodówce – należy je przygotować 24 godziny przed podaniem (absolutne minimum to 12 godzin). Po drugie – aż boję się to napisać – filetów NIE NALEŻY wcześniej moczyć ani odsalać (chyba, że naprawdę były niemiłosiernie słone). To właśnie śmietana wyciągnie z nich całą sól i złagodzi ich smak, a sos, który powstanie z mieszaniny cebuli, śmietany i soli smakuje wręcz rewelacyjnie.

Trzymajcie się tych dwóch zasad, a śledzie powinny niezawodnie wyjść pyszne!



Poniżej podaję przepis na porcję z 0,5 kg ryby, czyli podstawową – jak podejrzewam – wigilijną ilość. Ponieważ jednak w naszej bardzo śledziolubnej rodzinie wystarczyłoby to akurat na Wigilię dla ok. 6-8 osób (i to przy założeniu, że będą i inne potrawy ze śledzi), dla naszych potrzeb używam ok. kilograma ryby (dzięki temu mamy hojną porcję wigilijną i spory zapas na świąteczne przekąski).

0,5 kg filetów śledziowych (używam filetów à la Matjas firmy Lisner – doszłam do tego na drodze wieloletnich prób i błędów; z przekonaniem używa ich też moja Babcia, która dawniej kupowała śledzie z beczki)
2 duże cebule
400 ml śmietany 12%
1 łyżka octu
1 czubata łyżeczka cukru

Filety śledziowe pokrój poprzecznie na małe kwadraciki lub romby. Cebulę drobno posiekaj. Do śmietany dodaj ocet i cukier, wymieszaj. Dno słoika lub miski pokryj śmietaną, potem cienką warstwą cebuli, a potem warstwą śledzia. Następnie na śledzia połóż cebulę, zalej 1-2 łyżkami śmietany i od tej pory kładź warstwowo śledzia, cebulę a potem śmietanę – aż do wyczerpania zapasów. Na wierzchu powinna znaleźć się warstwa cebuli i śmietana. Słoik zamknij (jeśli robicie śledzie w  misce – szczelnie przykryjcie ją folią spożywczą) i odstaw do lodówki na 24 godziny.



wtorek, 21 grudnia 2010

Świąteczne pierniczki


Bożonarodzeniowe pierniki pieczemy i zdobimy w naszej rodzinie od wielu, wielu lat. Byłam jeszcze zupełnie malutką dziewczynką, gdy zrobiliśmy je po raz pierwszy. Robienie ciasta należało co prawda do mojej Mamy (no, właściwie dotąd troszkę tak jest;)), ale już wycinanie kształtów, pieczenie i lukrowanie było domeną nas, dzieci:) Zdobiliśmy je zawsze z moim Bratem dzień-dwa po upieczeniu, i nieodmiennie zapraszaliśmy wtedy Asię i Zbyszka – naszych przyjaciół z podwórka i nie tylko z podwórka:) No i potem zawsze było tak, że nasza czwórka gromadziła się przy kuchennym stole i małymi rączkami dekorowała pierniczki w najpiękniejszy – jak nam się wtedy wydawało – sposób. Krótko mówiąc, każde z nas nacierało na biedne małe ciasteczka, uszczęśliwiając je lukrem w trzech kolorach, rodzynkami, orzeszkami i – co najważniejsze – wielobarwną cukrową posypką. Dopiero wtedy pierniczki były naszym zdaniem wystarczająco „ładne”, i w ogóle nie przeszkadzał nam fakt, że były zdecydowanie za słodkie od całego tego lukru, i że od samego patrzenia na nie można było dostać oczopląsu;)
 
Jak widać lata lecą, ale w sumie nic się fundamentalnie nie zmienia. Może i zdążyliśmy dorosnąć, może nasze pierniczki są mniej polukrowane, a za to bardziej estetyczne – ale tak samo dekorujemy je wokół kuchennego stołu na kilka dni przed Wigilią. Nie było tylko A i Z (jeśli to czytacie, pamiętajcie – brakowało mi Was wczoraj, ale za to cały czas stawały mi przed oczami te nasze dziecięce piernikowe poczynania:)) Bardzo dziękuję artystom lukro-malarzom – w sumie najładniejsze pierniki wcale nie były moje:)


Pamiętajcie – jeszcze wcale nie jest za późno, bo zrobić świąteczne pierniczki! Poniższy przepis jest łatwy, prosty i - co najważniejsze – błyskawiczny. Od razu przyznam, że przygotowanie ciasta to przede wszystkim zasługa mojej Mamy – ja co prawda powiedziałam, co chciałabym do niego dodać, ale to Mama włączyła te moje postulaty do przepisu, który następnie zrealizowała:) W zakresie doboru przypraw inspiracją był dla nas przepis Agnieszki Kręglickiej, który zamieściła na swoim blogu Nina. Jeśli jednak chodzi o samo ciasto, użyłyśmy przepisu na kruche ciasteczka, by było szybciej i wygodniej. Rezultat – muszę przyznać – rewelacyjny, zwłaszcza, że w przedświątecznym ferworze możliwość uproszczenia receptury bez szwanku dla jakości potraw przydaje się bardziej niż kiedykolwiek.

Można dodatkowo uprościć sobie zadanie, wycinając kształty z gotowych foremek. W tym roku pożyczyłam naprawdę wypasione kształty od koleżanki i możecie zobaczyć je na zdjęciach (pochodzą z DUKA, ale nie widziałam ich już w sklepach od dobrego tygodnia). Natomiast wczoraj, już po upieczeniu pierników, natrafiłam w IKEI na zestaw, któremu nie mogłam się oprzeć. Naprawdę rozbroił mnie renifer, ale pozostałe kształty – wiewiórka, jeż, niedźwiadek i kilka innych – też są po prostu rozkoszne:) Jeśli wciąż nie kupiliście foremek, te z IKEI polecam bardzo gorąco – są przepiękne! Zresztą, co ja tu będę Was przekonywać – sami zobaczcie na zdjęciu:



Dlatego jeśli nie zrobiliście jeszcze pierniczków, albo nawet nie planowaliście ich robić – mimo wszystko upieczcie je koniecznie. Dla dzieci to wielka atrakcja (wiem, bo pamiętam, jak ważne było to dla mnie wiele lat temu), a dla dorosłych – to wspomnienia dzieciństwa, bajkowych Świąt i czasów, w których prezenty przynosił prawdziwy Święty Mikołaj, podjeżdżając pod dom saniami:)

Na ok. 80 pierników średniej wielkości:

60 dkg mąki pszennej
20 dkg masła lub (dla osób uczulonych na nabiał) 20 dkg smalcu, świeżo wytopionego ze słoniny)
2 jajka + 1 żółtko
20 dkg cukru
1 paczka przyprawy do pierników
2 łyżeczki mielonej gałki
1 łyżka mielonego imbiru
½ łyżeczki pieprzu
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
1 łyżka kakao
1 łyżka miodu
100 ml czerwonego wina

Lukier:

250 g cukru pudru
1 białko
gorąca woda (w razie potrzeby)

Piekarnik rozgrzej do temp. 180° C. Wino podgrzać z miodem, aż ten ostatni się rozpuści. Masło (lub smalec) zasyp mąką przesianą z proszkiem do pieczenia i rozetrzyj w rękach (jak przy kruchym cieście) aż całość przybierze konsystencję tartej bułki. Dosyp przyprawy, kawę i kakao. Dodaj jajka i żółtko i wyrabiaj, dodając wino z miodem. Jeśli po wyrobieniu masa jest zbyt wolna i lepka, podsyp mąką, aż ciasto przestanie się kleić do rąk (UWAGA! – mąkę dosypujcie bardzo małymi porcjami, bo na ogół wystarczy jej dodać bardzo niewiele). Wyrobione ciasto uformuj w kulę i odstaw w chłodne miejsce na pół godziny. Następnie od kuli odcinaj małe porcje i każdą cienko rozwałkuj na stolnicy, po czym foremkami lub nożem wycinaj dowolne kształty. Ogromną zaletą tego przepisu jest to, że ciasto nie będzie się rozpływać, więc spokojnie możesz tworzyć formy, jakie tylko Ci się podobają:) Wycięte pierniczki układać na blasze, wyłożonej uprzednio papierem do pieczenia. Piec przez ok. 5-10 minut. UWAGA – pierniczki stwardnieją dopiero po wystygnięciu, dlatego nie przejmujcie się, jeśli po wyjęciu będą bardzo miękkie – jeśli ciasto nie jest już surowe, to znaczy, że pierniczki są gotowe.

1-2 dni później dekoruj pierniczki orzeszkami, rodzynkami, kolorową posypką lub cukrowymi perełkami, a przede wszystkim – lukrem:) Cukier puder rozcieraj z białkiem (warto dosypywać go stopniowo, wtedy gładziej się rozetrze). Jeśli będzie zbyt gęsty – dodaj odrobinkę ciepłej wody. Dla uzyskania kolorowego lukru można dodać sok malinowy lub kilka kropel koncentratu buraczanego (róż), lub odrobinę soku ze szpinaku (zieleń).

Widzicie, jakie to proste?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...