Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2011

Korzenna zupa z pieczonej dyni i gruszek



Ach, jak wspaniałe rzeczy działy się ostatnio w moim domu! Jak nareszcie zapachniało Świętami, i nawet zapadające w środku dnia ciemności nie są w stanie popsuć mi humoru, bo w końcu wczesne wieczory to zapowiedź Bożego Narodzenia:)

Wczoraj wieczorem urządziliśmy w domu rodzinną kolację z okazji Święta Dziękczynienia. Może i nie polska to tradycja, ale jednak tradycja bardzo piękna i nie widzę, czemu jej nie powielić – bo warto raz do roku spotkać się i podziękować za to wszystko, co mamy w życiu, za kolejny dobrze spędzony rok. Na co dzień żyjemy w takim pędzie, że nawet nie ma kiedy przystanąć i zastanowić się, ile dobrego przychodzi do nas każdego dnia – dobrego, które wydaje się nieraz trywialne, a jednak to ono powoduje, że robi nam się ciepło w środku. Wspólnie zjedzony posiłek, czyjeś miłe słowo, list od przyjaciółki, która mieszka daleko, kubek gorącej herbaty, gdy na dworze zimno i ciemno, kęs ciasta, które jest pyszne – oj, jakie pyszne, nowa książka – tak ciekawa, że nie można się oderwać… to dzięki takim miłym akcentom na naszych buziach pojawia się uśmiech, to dzięki nim dzień należy do udanych. Nieraz w oczekiwaniu na wielkie zdarzenia pozwalamy, by wiele tych pięknych chwil minęło niepostrzeżenie, zamiast zrozumieć, że to właśnie umiejętność znajdywania niezwykłości w codzienności pozwala nam budować długotrwałe szczęście.

Cieszyć się z rzeczy małych. Doceniać to, co dookoła.

Smakować życie.


Korzenna zupa z pieczonej dyni – przepis mojej Mamy :)

Na 8 porcji potrzebujesz:

3 kg dyni
4-5 gruszek
1 l bulionu warzywnego
korzeń świeżego imbiru (ok. 8-10 cm)
1-2 łyżeczki imbiru w proszku
1-2 łyżeczki proszku curry
sól
sok z 2 pomarańczy
2 łyżeczki masła
3 łyżki śmietany + po jednej łyżeczce do przybrania
prażone pestki dyni lub migdałów – do przybrania



Gruszki obierz i przekrój na pół, wytnij gniazda nasienne. Ugotuj do miękkości w niewielkiej ilości lekko posłodzonej wody (2-3 łyżeczki cukru). Gdy zmiękną, odcedź i odstaw. W czasie, gdy gruszki się gotują, nastaw piec na temperaturę 200º C.

Dynię pokrój w grube części w taki sam sposób, w jaki kroisz arbuza. Nie odcinaj z nich skórki, natomiast wytnij i wyrzuć włóknisty środek z pestkami Następnie kawałki dyni połóż na blasze skórką do dołu i wstaw je do piekarnika na ok. 30-40 minut, aż będą zupełnie miękkie i przypieczone. Dynię wyjmij, ostudź i łyżką oddziel miąższ od skóry, co po upieczeniu powinno być bardzo łatwe. Skórę wyrzuć, miąższ przełóż do blendera lub garnka, w którym będziesz rozcierać zupę. Dorzuć ugotowane gruszki i zmiksuj na jednolitą masę. Wlej 0,5 l bulionu warzywnego i cały sok z pomarańczy, wetrzyj korzeń imbiru. Zagotuj pod przykryciem. Zupa powinna mieć konsystencję gęstego kremu. Jeśli jest za gęsta – dodaj więcej bulionu. Możesz też użyć wody, w której gotowały się gruszki.

Po ok. 10 minutach zdejmij zupę z ognia i dopraw proszkiem curry, sproszkowanym imbirem i solą. Całość powinna mieć korzenny, orzeźwiający smak. Dodaj śmietanę. Na patelni zrumień na 2 łyżeczkach masła pestki dyni lub płatki migdałowe i osusz je na papierowym ręczniku. Przy podawaniu, każdy talerz zupy ozdób kleksem śmietany i szczyptą prażonych pestek.

* Zupę możesz przygotować tuż przed podaniem, ale jeśli możesz, spróbuj zrobić ją nawet dzień wcześniej – dzięki temu smaki się zintensyfikują.

środa, 5 października 2011

I to już jesień… zupa z pieczonej pietruszki i fenkułu


Gdy lato mija i nastaje jesień, chętnie sięgam po przepisy kuchni brytyjskiej – niedocenianej, a tymczasem naprawdę prześwietnej. Jest z nią dokładnie ten sam problem, co z kuchnią polską – wbrew pozorom nie tak łatwo dobrze przyrządzić potrawy z jej kanonu, ale gdy już się to zrobi – smakują rewelacyjnie, choć nieraz bazują na bardzo prostych składnikach i rozwiązaniach.

Przez dania kuchni brytyjskiej przemawia solidność i komfort – tak bardzo nam potrzebne, szczególnie jesienią. Nieraz zastanawiałam się, skąd właśnie u Anglików (którzy wcale nie przepadają za jedzeniem) takie pyszne, poprawiające humor rozwiązania, i mam swoją teorię na ten temat. Powód jest – moim  zdaniem – bardzo prosty: potworne, wszechobecne zimno, przed którym nie ma ucieczki, ale które za to przeszywa Cię do kości. Żeby była jasność – w Anglii zimno jest nie tylko zimą czy jesienią, ale przez cały rok. Nie z powodu temperatur – te wbrew pozorom są bardzo przyjemne, a i deszczy jest tam o wiele mniej, niż podaje obiegowa opinia. Nie nie, geneza Wielkiego Chłodu jest zupełnie inna – Anglicy nie wierzą ani w centralne ogrzewanie, ani w izolację ścian, ani tym bardziej w uszczelnianie okien. Stąd często cieplej jest na zewnątrz, niż w środku. Coś jak na południu Hiszpanii, tylko… wyjściowe temperatury nie te same…

No ale jak już sobie urządzisz życie, w którym non stop jest zimno, to musisz się w nim jakoś odnaleźć. I dlatego właśnie – by przetrwać – Anglicy opanowali sztukę przyrządzania całej gamy rozgrzewających potraw. Odkryli też wiele innych sposobów (bynajmniej nie romantycznych) na pokonywanie tego swojego Wielkiego Chłodu, ale o tym kiedy indziej. Teraz dodam tylko, że o jednym z nich – czyli o wszechobecnej gorącej herbacie – już Wam kiedyś pisałam przy okazji przepisu na maślane ciasteczka.

A póki co zapraszam na jeden z rozgrzewających specjałów kuchni brytyjskiej – zupę z pieczonej pietruszki i fenkułu. Brzmi dziwnie? Może i tak. Ale smakuje naprawdę dobrze:)


1 kg korzeni pietruszki
1 duża cukinia
1 fenkuł
1 litr bulionu warzywnego
3 łyżki kwaśnej śmietany + trochę do dekoracji
1 doniczka świeżej natki pietruszki (lepsza, niż pietruszka sprzedawana w pęczkach), posiekana
8 plastrów szynki Serrano (opcjonalnie)
2 łyżki whisky (opcjonalnie)
1 łyżka Ricard lub Pernod
sól
pieprz

Grzanki
4 kromki ulubionego chleba
8 plastrów ostrego sera, np. (cheddar, bursztyn lub ser morski)


Korzenie pietruszki obierz i przekrój wzdłuż. Wrzuć do wrzątku i gotuj, aż warzywa będą miękkie. Dorzuć fenkuł i gotuj jeszcze przez 5-6 minut. Wyjmij warzywa z garnka, zachowując wodę z gotowania.

Cukinię pokrój w grube plastry. Jeśli jest młoda i jej skórka jest cienka, nie musisz cukinii obierać (w przeciwnym wypadku – należy to zrobić). Pietruszkę i fenkuł oraz kawałki cukinii umieść na blasze, skrop oliwą i całość wymieszaj rękoma. Wstaw do pieca i piecz w temperaturze 180º C, aż warzywa staną się złociste.

Następnie przełóż wszystko do blendera, dodaj bulion i wodę z gotowania. Przetrzyj na gładką masę, dodając w razie potrzeby odrobinę wody. Dopraw do smaku solą i pieprzem, dodaj whisky i Ricard (lub Pernod), natkę pietruszki i śmietanę.

Podawaj z kawałkami szynki Serrano (wegetarianie mogą naturalnie pominąć ten element:)), grzankami serowymi i kleksem śmietany, posypane pietruszką i świeżym pieprzem.

środa, 16 lutego 2011

Schab z bekonem i rozmarynem duszony w czerwonym winie


Och, tyle do zrobienia, a czasu na wszystko zawsze za mało! Dlatego dziś proponuję Wam potrawę w  sam raz na niedzielny obiad lub dobrą kolację, która świetnie smakuje, a przygotowań przy niej naprawdę niewiele – schab w czerwonym winie ze świeżym rozmarynem i bekonem. To naprawdę pyszna, wytrawna potrawa o dużej smakowej głębi i zróżnicowaniu, a co najważniejsze - gdy raz wstawisz ją do piekarnika, piecze się sama:). Świetnie smakuje nawet po prostu z ryżem/makaronem i sałatą, choć przy bardziej odświętnych okazjach podaję ją z domowymi gnocchi podsmażonymi na oliwie, bazylii i pomidorach, oraz z guacamole własnej roboty. Tym razem zrobiłam wersję ze schabem, bardzo dobra jest też karkówka – bardziej soczysta, choć też niestety bardziej tłusta – decyzja należy więc do was…;)

Miłego wieczoru!


Dla 4-6 osób:

1,2 kg schabu lub karkówki, pokrojona w plastry
20 dkg bekonu w średniej grubości plastrach
3-4 gałązki świeżego rozmarynu
1 puszka pomidorów
3/4 butelki półsłodkiego czerwonego wina
2 ząbki czosnku, przekrojone na kilka mniejszych kawałków
1 posiekana papryczka chilli (opcjonalnie)
2 łyżki cukru
sól
pieprz
mąka (do panierowania)
oliwa (do smażenia)

Marynata do mięsa:

3 łyżki octu balsamicznego
sól
pieprz
2 przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku

Plastry mięsa dobrze pobij. Przełóż je do miski, dodaj składniki marynaty i całość dobrze wymieszaj. Odstaw na min. 1 godzinę, a najlepiej na całą noc.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180° C. Na patelni rozgrzej oliwę. Podsmaż boczek, po czym zdejmij i odsącz go na ręczniku papierowym. Plastry mięsa obtaczaj w mące i smaż z obu stron, aż będą rumiane. W miarę smażenia przekładaj je do dużego żaroodpornego naczynia, na każdą warstwę kotletów kładź plastry bekonu i kawałki rozmarynu. Gdy skończysz, dodaj do naczynia pomidory, wino, cukier, sól i pieprz do smaku. Przykryj naczynie pokrywką lub folią aluminiową. Piecz przez ok. 40-60 minut (co jakiś czas sprawdzając, czy potrawa się nie przypala), aż mięso będzie kruche, a sos nabierze brązowo-złocistego koloru. Przed podaniem całość możesz posypać świeżymi ziołami i orzeszkami pinii.


czwartek, 3 lutego 2011

Meksykańska zupa z fasolą, chipsami z tortilli i serem


Gdzie się nie ruszę, tam potrawy z fasoli lub innych strączkowych nasion. W połączeniu z szarugą za oknem, tęsknotą do wiosny i przejmującym zimnem na dworze, lektura fasolowych przepisów mogła nasunąć mi tylko jeden wniosek: czas na pikantną meksykańską zupę z czerwonymi kidney beans, bo jak nie teraz, to kiedy? Wkrótce (oj, oby już niedługo!) lody stopnieją, mrozy ustąpią i talerz pysznej, treściwej, rozgrzewającej zupy nie będzie jawił się nam aż tak atrakcyjnie, jak teraz, gdy jest świetnym antidotum na zimowego blues’a i mróz za oknem.

Tę rozgrzewającą zupę zjadłam po raz pierwszy jesienią w meksykańskiej restauracji na krakowskim rynku. Wcześniej, choć kuchnię Tex-Mex bardzo lubię i nieraz jadam, potrawę tę jakoś omijałam na rzecz innych ostrych, ociekających topionym żółtym serem kulinarnych propozycji z tego regionu, jak chociażby moje ulubione quesadillas (a o dwóch wspaniałych meksykańskich restauracjach w Warszawie, The Mexican i El Popo, napiszę kiedyś szerzej!). Ale wtedy było chłodno, czuło się już nadciągającą zimę i postanowiłam właśnie zupą poprawić sobie humor. Poprosiłam o wersję pikantną i raźno zabrałam się do jedzenia. Ponieważ zupa była gęsta, wyjadałam ją łyżeczką jak crème brûlée, szybko konstatując z rozbawieniem, że – jak to często – „pikantny” oznacza zaledwie „lekko ostrawy”. I wszystko było dobrze, aż na dnie talerza natrafiłam na coś zielonego… coś, co – gdy spróbowałam odrobinkę – zaczęło tak niemiłosiernie palić mi język, że nie pomogły ani kolejne szklanki wody, ani cały stojący przede mną koszyczek tortilli – musiałam się poddać. Okazało się, że owa zielona maź była ni mniej, ni więcej, tylko musem ze zmiksowanych papryczek jalapeño w najczystszej postaci, i że to, co powinnam była zrobić, to albo wymieszać na początku zupę, albo w taki sposób nabierać ją łyżką, by do każdej porcyjki dostawała się dosłownie odrobinka zielonego musu.


Choć powiedziałam sobie, że na przyszłość zawsze porządnie „zajrzę” na dno talerza, nim zabiorę się do wcinania tej właśnie zupy, we własnym domu oszczędziłam sobie konfuzji i dodałam po prostu posiekaną papryczkę w trakcie gotowania, tak, by jej ostry smak równomiernie przeszedł całość. Jeśli jednak nie lubicie ostrych przypraw, papryczkę chilli możecie pominąć – wprawdzie w Meksyku nie spotkałoby się to pewnie z dużym zrozumieniem, ale zupa i tak jest szalenie pyszna i esencjonalna.

Ważna z kolei informacja dla wegetarian – choć w moim (i w tradycyjnym) przepisie dodaję mielone mięso, nie stanowi ono tak naprawdę raison d’être tej potrawy – możecie więc je pominąć, w takim wypadku jednak podwójcie ilość czerwonej papryki i fasoli, by zupa była odpowiednio treściwa.


Meksykańska zupa z fasolą, dla 3-4 osób:

0,5 kg mielonej wołowiny lub wieprzowiny (opcjonalnie; jeśli nie jadasz mięsa, nie dodawaj, i tak będzie dobre!)
1 duża cebula (lub dwie mniejsze), posiekana
2 papryczki chilli, posiekane
400 g (1 puszka) czerwonej fasoli (800 g w wersji wegetariańskiej)
2 duże czerwone papryki (4 w wersji wegetariańskiej), pokrojone w dużą kostkę
1 puszka pomidorów (400 g – latem możecie użyć świeżych!)
2 łyżki oliwy
750 ml bulionu mięsnego
1 kieliszek czerwonego wina (jakie masz pod ręką;) – ja dodałam resztki słodkiej Sangrii)
1 łyżka mielonej słodkiej papryki
1 łyżka suszonego oregano lub bazylii
sól – do smaku
cukier – do smaku (opcjonalnie)
150 g ostrego, dobrze topiącego się sera (np. Cheddar, Manchego, Gruyere lub Bursztyn)
garść posiekanej, świeżej kolendry
4 łyżki śmietany

Nachos – pikantne chipsy z tortilli


2-3 duże tortille
1 łyżka oliwy
1 łyżka sosu chilli

W dużym garnku rozgrzej oliwę. Dodaj cebulę i papryczkę chilli; smaż, aż cebula zmięknie i lekko się przyrumieni. Dodaj świeżą paprykę i podsmażaj przez kilka minut, po czym – jeśli dodajesz – dorzuć mielone mięso i smaż, aż się ugotuje i lekko przyrumieni. Dodaj czerwoną fasolę, zioła i słodką paprykę w proszku, po czym całość wymieszaj. Dolej wino, a po chwili pomidory i bulion. Gotuj na małym ogniu przez 20-30 minut, po czym dopraw do smaku solą i – jeśli trzeba – odrobiną papryki lub cukru.

W międzyczasie zrób nachos. Piekarnik rozgrzej do temp. 180° C. Tortille pokrój na małe kawałki, najlepiej trójkąciki lub kwadraciki, i wyłóż na dużym, płaskim, żaroodpornym naczyniu. W miseczce wymieszaj oliwę z sosem chilli, po czym zalej nimi tortille i delikatnie wymieszaj rękoma, tak, by mieszanka pokryła każdy kawałek nachos. Piecz przez ok. 7-10 min., aż tortille staną się przyrumienione i chrupiące.

Zupę podawaj posypaną serem, nachos i świeżą kolendrą (jeśli zostanie trochę chipsów, wyłóż je na stół w koszyczku do pochrupywania;)). W miseczce obok podaj śmietanę (nie dawaj jej bezpośrednio na talerze, bo obniży temperaturę zupy, zanim ser zdąży się rozpuścić.


piątek, 21 stycznia 2011

Zupa-krem z brokułów i sera Roquefort


Dziś po raz kolejny coś błyskawicznego, a przy tym przepysznego - moja (dostosowana do warunków polskiego zaopatrzenia ) wersja angielskiej Broccoli & Stilton Soup. Nie wiem, czy mieliście okazję spróbować sera Stilton, ale jeśli takowa się nadarzy – skosztujcie go koniecznie! Jest ostry (tak, jak ostry bywa ser, a nie chilli!), a przy tym szalenie aromatyczny – coś jakby połączenie serów cheddar i roquefort, ale – co ciekawe – mimo wyraźnie widocznych kanalików pleśni, ma konsystencję stosunkowo twardego sera żółtego, a nie np. kremowej Gorgonzoli. No i ta skórka… (którą Anglicy, z korzyścią dla mnie, o mijają na ogół szerokim łukiem). Skórka jest najlepsza ze wszystkiego.

W serze Stilton jestem głęboko zadurzona. Nieraz w chwilach głębokiego kryzysu naukowego, gdy była 2 w nocy, a rano egzamin, zdarzało mi się podjadać go razem z konfiturą cebulową dla dodania sobie chęci do pracy:) Niestety w Polsce jest bardzo trudno dostępny (poprawka – w ogóle chyba jest niedostępny, bo nigdy go jeszcze nie widziałam…:/), więc nauczyłam się zastępować go w potrawach innymi serami – wspomniałam o Roqueforcie, ale tak naprawdę świetnie do tej roli nadaje się też Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert, Danish Blue, czy nawet nasz poczciwy Rokpol albo Lazur (najlepiej zielony). A swoją drogą – jeśli ktoś z Was wie, czy i gdzie w Polsce można kupić angielski Stilton – proszę, dajcie mi znać:) Nawet nie wiecie, jaki uśmiech wywołałoby to na mojej buzi:)

Zupa jest na rach ciach ciach, świetnie nadaje się jako przystawka albo danie samo w sobie! Polecam szczególnie na zimowy, intensywny dzień, gdy mamy ochotę na coś rozgrzewającego, ale mamy zbyt mało czasu i energii, by bawić się w skomplikowane gotowanie:)

Dla 2-3 osób:

1 opakowanie mrożonych brokułów (ok. 450g) – można oczywiście użyć świeżych, ale wtedy musisz mieć ich więcej, by 450 g otrzymać po odcięciu twardych części
2 duże cebule, posiekane w piórka
1 l bulionu warzywnego lub drobiowego
ok. 150 g sera Roquefort lub innego mocnego sera niebieskiego (patrz notatka powyżej), pokrojonego w kostkę
1-2 łyżki kwaśnej śmietany, wedle uznania
1,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżka cukru
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
sól
pieprz

Do podania:

Śmietana
Kilka listków mięty lub innych świeżych ziół
Kilka kostek niebieskiego sera (jeśli zostanie)

Jeśli używasz świeżych brokułów, umyj je i odetnij twarde części. W dużym rondlu rozgrzej oliwę i masło, następnie dodaj cebulę i duś przez ok. 5-10 minut, by cebula stała się szklista i słodkawa. Dodaj cukier i gałkę muszkatołową, przemieszaj, następnie wrzuć brokuły (jeśli używasz mrożonych, nie musisz niczego z nimi robić; wrzuć je do bezpośrednio z paczki do garnka) i zalej bulionem. Gotuj przez ok. 15-20 minut, aż warzywa staną się bardzo miękkie. Dorzuć ser i całość zmiksuj na krem. Dodaj śmietanę, a także sól i pieprz do smaku. Zupa powinna być ostra od sera, ale równocześnie słodkawa od cebuli, no i (ma się rozumieć), niezwykle brokułowa od brokułów;).

Zupę podawaj z kleksem śmietany, listkami mięty i – jeśli zostanie Ci nadprogramowa ilość – odrobiną pokruszonego niebieskiego sera.

czwartek, 20 stycznia 2011

Brukselkowy misz-masz, czyli coś dobrego, coś szybkiego


Rzadko zdarza mi się oglądać programy Marthy Stewart, ale gdy już to robię, mam na ogół mieszane uczucia. Po pierwsze: trudno mi uwierzyć, że naprawdę widzom jak Ameryka długa i szeroka trzeba tłumaczyć, jak nakrywać stół, albo dlaczego jedzenie domowych potraw za pomocą prawdziwych sztućców i z normalnych talerzy jest lepsze od pochłaniania wprost z kartonowych pudełek fast-food’owych dań na wynos. Może nawet rzeczywiście z przestrzeganiem elementarnych zasad przy stole jest w USA raczej krucho i Martha robi świetną robotę, próbując pokazać, że można inaczej i ładniej. Ale i tak jakoś trudno mi się do tych ciągłych nauk dostroić.

Po drugie: nie do końca potrafię wczuć się w ten gawędziarsko-gwiazdorski klimat, w którym Martha zaprasza do studia sławy większego i mniejszego formatu, po czym przeprowadza z nimi rozmowę niby-to o jedzeniu, ale bardziej pod hasłem „zobaczcie-jacy-jesteśmy-fajni”, a zachwycona widownia co chwile bije brawo na wzmiankę o kimś znanym lub w reakcji na kiepski dowcip. Samo w sobie właściwie by mi to nie przeszkadzało (każdy lubi się trochę powozić), ale jakoś tak nie bardzo pasuje mi do programu kulinarnego. Być może dlatego, że w całym tym gadaniu o najmodniejszych trendach dekorowania kubków i ulubionych potrawach kasowych aktorek nie wyczuwa się prawdziwej pasji do gotowania albo chociaż jedzenia, tak bardzo obecnej wszędzie tam, gdzie normalnie się o jedzeniu mówi. Nie ma tego, że ślinka leci Ci na sam widok przedstawianych potraw, bo też i nie czujesz, by sami prezentujący byli do nich szczególnie przekonani. Mogą sobie być naprawdę pyszne, ale jeśli nawet autorzy mają do nich stosunek dość obojętny – tym bardziej trudno się nimi zachwycać z odległości tysięcy kilometrów i to mając na podorędziu jedynie nic nie mówiącą o smakach czy zapachach taflę telewizora.

Z tego też powodu nieczęsto oglądam program Marthy, a gdy już to robię, na ogół niczego szczególnego się nie spodziewam. Wyobraźcie więc sobie moje przyjemne zaskoczenie, gdy kiedyś zobaczyłam w programie przepis, który o razu powalił mnie na kolana swoją prostotą i harmonią smaków: brukselki zapiekane na blasze z bekonem i jabłkiem. Kroisz, przyprawiasz, wstawiasz i zapominasz. A gdy zadzwoni alarm, by Ci o nich przypomnieć, triumfalnie wyciągasz z pieca złocistą, zielono-jabłkową extravaganzę kolorów i aromatów.

Tak przygotowaną brukselkę można zjeść na lekki lunch lub jako dodatek do dań, ponieważ jednak chciałam zrobić z niej szybką, ale solidną kolację, wzbogaciłam ją jeszcze o angielskie kiełbaski, które zawsze staram się mieć w zamrażalniku. Wybieram je, ponieważ charakter potrawy – warzywa zapiekane na blasze – sam w sobie jest bardzo angielski (nawet, jeśli danie zobaczyłam w amerykańskim programie!). Spokojnie jednak można zastąpić je innymi ulubionymi kiełbaskami: frankfurterkami, dobrej jakości parówkami, białą lub wędzoną kiełbasą. Ogromną zaletą tego dania jest błyskawiczne przygotowanie – wszystko (nawet zamrożone) wrzucasz niedbale na blachę, skrapiasz oliwą, przyprawiasz, mieszasz – i czekasz:)

Dla 2-3 osób:

450 g świeżej, umytej brukselki (lub 1 opakowanie brukselki mrożonej)
2-3 jabłka (ja nie obieram), umyte, pozbawione pestek i pokrojone w kostkę
30 dkg pokrojonego w kostkę bekonu
6 (lub więcej;)) Twoich ulubionych kiełbasek
2 łyżki miodu
1 łyżka słodkiego sosu chilli (opcjonalnie)
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do ok. 180°C.  Brukselkę, bekon i jabłka ułóż na blasze lub żaroodpornym naczyniu. Polej miodem, sosem chilli i oliwą z oliwek, dodaj do smaku sól i pieprz. Całość wymieszaj (najlepiej rękoma) i wstaw do piekarnika na ok. 40 minut. (UWAGA! Jeśli używasz cienkich parówek, dodaj je dopiero w trakcie pieczenia, by się nie spaliły!). Podawaj od razu, posypane świeżo zmielonym pieprzem.

 

piątek, 7 stycznia 2011

Angielska zupa cebulowa z szałwią i serem cheddar, czyli pochwała wyspiarskiej kuchni


Z jakiegoś powodu panuje na świecie przekonanie, że kuchnia brytyjska jest paskudna. Ba – co tam paskudna! Po prostu niejadalna.

Nic bardziej błędnego. To tak, jakby ktoś zjadł w szkolnej stołówce suchą jak podeszwa „pieczeń” z sosem w kolorze burej ścierki, a potem na tej podstawie utrzymywał, że kuchnia polska jest po prostu do niczego. A przecież prawda jest taka, że nasze rodzime potrawy są naprawdę pyszne, POD WARUNKIEM, że zostaną odpowiednio przygotowane, przyrządzone i przyprawione, nieraz co prawda kosztem dłuższego czasu ich gotowania, ale za to z korzyścią dla wszystkich, którzy będą je następnie wcinać.

Tak samo jest z kuchnią brytyjską. Odpowiednio przygotowana jest naprawdę smaczna i – co ciekawe – w swoim zamyśle dość podobna do naszych rodzimych smaków i kulinarnych schematów. Dziś podam Wam przepis na jedno ze sztandarowych dań brytyjskiej kuchni, czyli na zupę cebulową, którą zrobiłam według receptury Jamiego Olivera z książki Jamie at Home. W Polsce – słusznie i niesłusznie – zupę cebulową kojarzymy właściwie z Francją, a nie z Wielką Brytanią. Słusznie o tyle, że rzeczywiście, potrawa ta również we Francji jest jednym ze sztandarowych dań narodowych; niesłusznie zaś, bo francuska wersja zupy cebulowej absolutnie nie jest jedyną. Francuska zupa smakuje specyficznie – jest bardzo alkoholowa i bardzo, bardzo wytrawna.. Też smaczna – ale mimo wszystko inna.

Angielskie wydanie zupy bazuje natomiast przede wszystkim na słodyczy, którą cebule wytwarzają podczas długiego, powolnego duszenia i na maślanej, jedwabistej wręcz konsystencji, której danie nabiera. I dlatego tak mi smakuje, bo –  jak Wam już swego czasu pisałam – w pieczonych i smażonych cebulach jest coś tak przepysznego – jakby melasowego czy karmelkowego – że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko je uwielbiać. I podobnie jest z tą zupą. Ma w sobie coś takiego… jest po prostu… a zresztą, nie. Nie powiem Wam, bo żadne słowa tego nie opiszą. Spróbujcie sami, i to koniecznie. KONIECZNIE:)

Na 4 porcje zupy potrzebujesz:

Różne rodzaje cebul (w sumie ok. kilograma). Czyli np.:
5 cebul czerwonych
2-3 duże cebule białe
3 szalotki
300 g pora

6 wyciśniętych ząbków czosnku (ja dodałam 2)
garść świeżej szałwii
1,5 l bulionu warzywnego lub drobiowego
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka gałki muszkatołowej (Jamie nie dodaje, ale moim zdaniem warto)
Sól
Pieprz
Sos Worcestershire (opcjonalnie)
Oliwa z oliwek
2 łyżki masła
8 kromek czerstwego chleba lub bułki
200 g utartego sera cheddar (można zastąpić polskim ostrym serem, np. Carskim lub Bursztynem)

Piekarnik rozgrzej do temp. 200º C. Wszystkie cebule i pora posiekaj na piórka. Odłóż na bok ok. 4-8 listków szałwii, resztę z grubsza posiekaj. W garnku o grubym dnie i nieprzywierającym spodzie rozgrzej oliwę i masło; gdy się rozpuszczą, zmniejsz ogień do minimalnego płomienia. Dodaj szałwię i czosnek i duś przez chwilę na małym ogniu, po czym dodaj cebule, sól i pieprz i mieszaj przez chwilę, tak, by wszystkie pokryły się tłuszczem. Następnie częściowo przykryj garnek pokrywką i duś (ciągle na maleńkim ogniu!) przez ok. 30 minut, po czym zdejmij pokrywkę i duś jeszcze przez 20 minut, tak, by cebula nabrała złotawego koloru. W czasie tych 50 minut co jakiś czas sprawdzaj i mieszaj cebulę, by nie przywarła do dna ani się nie przypaliła. Takie cierpliwe duszenie jej na małym ogniu może wydawać się irytujące, ale naprawdę warto – puści prze-prze-pyszny, maślano-słodki sos i nabierze niezwykłego aromatu, którego nie miałaby, gdyby ją po prostu szybko usmażyć w wysokiej temperaturze. Dlatego – warto pozwolić cebuli na taką powolną „kąpiel” w maśle, tym bardziej, że jeśli temperatura będzie niska, cebula nie powinna nazbyt przywierać i nie trzeba cały czas przy niej stać, a tylko doglądać i od czasu do czasu zamieszać.

Po upływie 50 minut dodaj cukier i gałkę, przemieszaj, a potem zalej bulionem i gotuj na małym ogniu przez ok. 10-15 minut. Jeśli trzeba – dopraw do smaku solą i pieprzem. Gotową zupę rozlej do żaroodpornych miseczek.

W piekarniku przyrumień z obu stron kromki chleba, następnie wyjmij, porwij na mniejsze kawałki i ułóż na zupie. Grzanki posyp tartym serem i pieprzem, polej kilkoma kroplami sosu Worcestershire (opcjonalnie) i przystrój odłożonymi na bok listkami szałwii. Każdą miseczkę skrop odrobinką oliwy, następnie postaw na blasze, całość wstaw do piekarnika i piecz z górnym grzaniem, aż ser się roztopi i zacznie ładnie rumienić:) Ostrożnie wyjmij blachę z miseczkami zupy i podawaj je od razu, tylko uwaga – będą baaaardzo gorące!

Enjoy!



czwartek, 6 stycznia 2011

Kurczak w pięciu smakach na lekkim imbirowym bulionie


Wiecie, za co tak uwielbiam obrazy impresjonistów? (Bo naprawdę za nimi przepadam, mówiłam Wam już o tym?) Za to, że z plątaniny niewiele nam mówiących plam i pacnięć pędzlem wyłania się obraz czegoś, co ma sens. Niby to tylko Impresja, ale jednak Wschód Słońca właśnie taki, jaki byśmy zobaczyli, gdybyśmy wraz z Claude’m Monet’em stali na brzegu tamtego mglistego, szarawego jeszcze poranka.

Z kuchnią – a w każdym razie, na pewno z moją kuchnią – właśnie tak jest, a przynajmniej chciałabym, żeby było. Wiele różnych smaków i tekstur, które pozornie nijak mają się do siebie, a mimo to – razem mają sens, tworzą prawdziwą całość.

Tak właśnie jest też z kuchnią azjatycką – tu nic nie jest takie, jakie powinno być, a mimo to – smakuje pysznie. Słodkie z pikantnym, słone ze słodkim, chrupiące z mokrym – niby dziwne, a jednak nie aż tak bardzo.

To po prostu ma sens.

O moim wielkim afekcie dla orientalnych zup pisałam Wam już wcześniej (także tutaj), nie będę się więc powtarzać, po raz kolejny stwierdzę tylko, że je uwielbiam. Uwielbiam i basta. Zdążyłam Wam chyba dodać, że mam takich azjatyckich przepisów w zanadrzu sporo, dziś pora więc na kolejny z serii. To lekka, szybka w przygotowaniu potrawa, przy której bawimy się nie tylko smakiem, ale i teksturą, zestawiając przysmażoną, mocno przyprawioną pierś kurczaka z leciutkim, choć bardzo aromatycznym, przejrzystym bulionem. Z góry muszę Was ostrzec, że to danie bardzo ostre, ale jeśli lubicie odrobinę pikanterii – powinno Wam smakować. Szczególnie teraz, zimą, gdy zmagamy się z mrozami:) To niezwykle rozgrzewająca potrawa, choć – uprzedzam – imbir i chilli wiercą nie tylko w gardłach, ale i w nosach;)


Dla 4 osób:

Kurczak:

2 piersi kurczaka
3 łyżki sproszkowanej przyprawy „5 Smaków”
4-5 łyżek oleju

Bulion:

1,5 l bulionu warzywnego
1 papryczka chilli
obrany ze skóry kawałek imbiru długości ok. 5 cm
1 łyżka sosu sojowego
250 g (1 paczka) świeżego szpinaku
1 puszka kasztanów wodnych, czyli water chestnuts (waga po odsączeniu: ok. 280 g); jeśli nie zdołacie dostać kasztanów, dodajcie inne chrupiące warzywo, np. mange tout lub szparagi
200 g azjatyckiego makaronu Vermicelli (ryżowego lub sojowego – ja wolę sojowy, jest bardziej przejrzysty i sprężysty)

Kurczaka umyj, pozbaw chrząstek/ścięgien i pokrój wzdłuż w długie paski o szerokości ok. 2,5 cm. Przełóż do miski, dodaj przyprawę „5 Smaków”, po czym starannie i równomiernie obtocz w niej mięso, najlepiej rękami. Na patelni rozgrzej olej i gdy będzie już bardzo gorący, połóż na nim paski kurczaka. Smaż na dużym ogniu przez ok. 4 minuty z jednej strony, następnie przewróć mięso na drugą stronę i smaż jeszcze przez ok. 2-3 minuty. (UWAGA! – czas smażenia zależy od tego, jak bardzo rozgrzewa się Twoja patelnia i w jakiej temperaturze smażysz mięso. Generalnie chodzi o to, by wierzch usmażył się na złoto i chrupiąco, a środek był delikatny i kruchy, ale koniecznie ugotowany. Uważaj jednak bardzo, by z kolei nie przesmażyć mięsa – pierś kurczaka szybko twardnieje, jeśli jest gotowana zbyt długo.) Usmażone mięso zdejmij z patelni, pokrój na mniejsze kawałki i odstaw.

W garnku rozgrzej bulion. Posiekaj chilli (usuwając lub zostawiając pestki w zależności od tego, czy potrawa ma być mniej, czy bardziej pikantna) i dodaj do płynu, następnie wetrzyj imbir (ja ścieram go na małych ząbkach tarki). Dodaj sos sojowy i gotuj pod przykryciem, na małym ogniu, przez ok. 10 minut, po czym dodaj odsączone kasztany wodne i szpinak. Gdy warzywa się zagrzeją, a szpinak przywiędnie i zmniejszy objętość – bulion będzie gotowy.

W międzyczasie w osobnej misce lub garnku przygotuj makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu (UWAGA! czas przygotowywania warto sprawdzić przed rozpoczęciem gotowania, bowiem bardzo różni się w zależności od typu makaronu i producenta).

Makaron przecedź i rozłóż w miseczkach lub na głębokich talerzach, następnie każdą porcję hojnie zalej bulionem z warzywami i posyp kawałkami kurczaka (ważne, by robić to w tej kolejności, bo w momencie podania potrawy kurczak nie powinien pływać w zupie – każdy sam powinien bowiem móc zdecydować, czy chce zanurzyć go w bulionie, by zmiękł, czy też jak najdłużej zachować rozdzielność tekstur i smaków:))

Gotowe!

wtorek, 14 grudnia 2010

"Smak i zapach pomarańczy", czyli zimowa herbata


Moje przyjaciółki i ja mamy taki zimowy rytuał: regularnie spotykamy się w towarzystwie grzanego wina i specjalnej, wyśmienitej, słodko-kwaskowej, pachnącej goździkami herbaty – właśnie takiej, jaka kojarzy się z lekko baśniową, przedświąteczną atmosferą listopada i grudnia. Gdy więc niedawno zaprosiłam dziewczyny do siebie uznałam, że tradycji musi stać się zadość i nie obejdzie się bez naszego sztandarowego zimowego napoju. Świetnie popija się go przy kominku lub świecach, gdy na dworze mróz i śnieżyca, a w domu ciepło i przytulnie… no i jeszcze ten świąteczny zapach pomarańczy, unoszący się w całym mieszkaniu…:)

Moje drogie Dziewczyny, ten przepis dedykuję Wam – tym bardziej, że z powodu różnych logistycznych zawirowań nie udało nam się spotkać na naszą herbatkę ani w tym, ani nawet w zeszłym tygodniu... A dla Was wszystkich, którzy trafiliście na ten wpis mam piękną, bardzo „pomarańczową” piosenkę Tadeusza  Woźniaka, którą z pewnością znacie, a która szumi mi w głowie od kilku dni, czyli odkąd śpiewałam ją ostatnio na całe gardło w baaaaardzo wesołej atmosferze:)



Herbata zimowa, dla 4 osób:

1 l gorącej czarnej herbaty dobrej jakości i gotowej do wypicia (nie esencji!)
2 pomarańcze
2 jabłka
12 suszonych goździków
120 ml syropu malinowego

Pomarańcze pokroić na plasterki lub pół-plasterki, koniecznie prostopadle do ich „osi”, tak, by miały ładny wygląd. Usunąć pestki. Jabłka pokroić w pół-plasterki, usunąwszy gniazda nasienne. Przygotować 4 szklanki, do każdej wlać po 30 ml soku, następnie ostrożnie zalać herbatą do trochę ponad ¾ wysokości naczynia, tak, by herbata nie zmieszała się z sokiem, a podział między nimi był wyraźny. Do każdej szklanki wsypać 3 goździki i włożyć kilka kawałków pomarańczy i jabłka. Podawać z długiiiiimi łyżeczkami, koniecznie na spodeczkach, na które Wasi goście będą odkładać goździki i skórki po starannie wyjedzonych pomarańczach;) Do herbaty świetnie pasują imbirowe lub cynamonowe ciasteczka – jeśli je macie, koniecznie postawcie na stole!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...