Pokazywanie postów oznaczonych etykietą en français. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą en français. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 5 lutego 2012
O rewolucji francuskiej, nie tej z podręcznika
Przychodzi po cichu i niespodziewanie. Wkrada się tylnym wejściem, gdy Ty przy frontowych drzwiach oczekujesz czegoś zupełnie innego. Śmieje się z Ciebie, gdy analizujesz swoje życie i snujesz plany. I na ogół zjawia się wtedy, gdy najmniej na nią czekasz.
Zmiana.
Mnie też zaszła od tyłu. Nie spodziewałam się jej, nie przyjmowałam do wiadomości nawet wtedy, gdy już zamajaczyła w oddali, nie wiedziałam, czy i jak ją powitać.
Ale przyszła, i tak zrobiła swoje, cóż więc mogłam zrobić innego, niż się z nią zaprzyjaźnić?
No więc się zaprzyjaźniłam. Jeszcze pisząc poprzedniego posta siedziałam sobie wygodnie w Warszawie, dziś piszę do Was z Paryża, i tak będzie przez kilka najbliższych miesięcy. Mój blog ucierpiał wprawdzie na nagłej przeprowadzce, od grudnia nie zagościł to ani nowy wpis, ani jego autorka, ale teraz, gdy już zadomowiłam się w nowym miejscu, mam nadzieję wrócić do blogowania, choć od czasu do czasu – o jedzeniu, o piciu, i o Paryżu po prostu. Bo jak tu o nim nie pisać?
Nie miałam okazji złożyć Wam w tym roku życzeń Świątecznych ani Noworocznych, dlatego pozwalam sobie zrobić to teraz – życzę Wam w tym Roku Wszystkiego Najcudowniejszego, oby obfitował w ciepło, miłość, radość i spokój... no i w mnóstwo nowych, kulinarnych przygód, oczywiście!
Pozdrawiam Was serdecznie, à bientôt!
czwartek, 7 kwietnia 2011
O owocach morza po prostu. Rustykalna zupa z krewetek.
Oj, dawno już nie podzieliłam się z Wami żadnym nowym przepisem. Weekend spędziłam bardzo intensywnie (ale za to – pochwalę się – zainaugurowałam tegoroczny sezon rowerowy… robiąc ponad 40 km!), nie miałam więc niestety czasu, by usiąść i na spokojnie opowiedzieć Wam o kolejnym daniu.
Dziś również nie będzie na spokojnie (w końcu wieczory są krótkie, a spać też kiedyś trzeba), ale za to – trochę nostalgicznie. Potrawa, o której Wam dziś napiszę pochodzi z nie tak dawnych, choć minionych już lat studiów w dalekim kraju… Jednego z najpiękniejszych okresów, jakie pamiętam:)
A więc było tak: jak już Wam kiedyś wspominałam, kraj, w którym studiowałam, i miejsce, w który mieszkałam, nie sprzyjały studentom w realizowaniu ambitnego planu zdrowego odżywiania za niewielkie pieniądze. Wręcz przeciwnie, uwarunkowania prowadziły raczej prostą drogą do jedzenia byle czego, ale za to bardzo nieekonomicznie. Jedyny pobliski supermarket nie był wprawdzie drogi, ale nie powalał bogactwem asortymentu, a z kolei stołowanie się w lokalnych fast-foodach, choć szybkie, nie było ani zdrowe, ani sprzyjające naszym ówczesnym portfelom. Wyobraźcie więc sobie naszą ekscytację, gdy gruchnęła wieść, że w miejsce poczciwego lokalnego supermarketu ma otworzyć się Waitrose, jeden z najbardziej wylansowanych sieciowych supermarketów w kraju. Naszą ekscytację… ale i powątpiewanie, bo Waitrose, choć doskonale wyposażony we wszystkie najnowsze frykasy, nie bardzo plasował się na liście miejsc przyjaznych studentowi.
Osobiście doszłam jednak do wniosku, że lepiej mieć duży wybór i wysokie ceny i najwyżej czegoś nie kupić, niż nie mieć wyboru wcale. Postanowiłam więc korzystać z oferty Waitrose w stopniu takim, w jakim to było możliwe… a możliwości tych w rzeczy samej było wiele. Gdy sklep mieści się w samym sercu miasteczka studenckiego lekkomyślnością byłoby, gdyby nie przygotował tego, co każdy student lubi najbardziej – tzw. „ofert”. Oferty w naszym Waitrose były wszechobecne i ciągłe, a co najważniejsze – nigdy nie było wiadomo, na co akurat się trafi. Ekscytacja goniła więc ekscytację, gdy buszując między półkami po skończonych wykładach, chwytaliśmy z półek to, co akurat sklep był gotów sprzedać nam taniej… A że brytyjski student jest – powiedzmy sobie szczerze – trochę zblazowany, i oferta musiała być nie byle jaka. Polędwica, małże Św. Jakuba, francuskie sery, wspaniałe surowe szynki i świeże zioła – wszystko to dawało się czasem kupić w promocji, z czego niezwykle chętnie korzystaliśmy.
O ile dobrze pamiętam, to właśnie w czasie jednej z takich wypraw po spożywczą niewiadomą narodził się pomysł na zupę, na którą przepis znajdziecie poniżej. Owoce morza kupowałam w Anglii bardzo często, bo zawsze brakowało mi ich w Polsce, korzystałam więc z tak szerokiej ich gamy za granicą - niemniej jednak tego właśnie dnia uśmiechały się do mnie krewetki promocyjne, więc wzięłam je dla zasady (w końcu bycie studentem zobowiązuje, prawda?).
Owoce morza kupowałam na ogół bez pomysłu, zakładając, że gdy dojdę do domu, sposób przyrządzania sam przyjdzie mi do głowy. Tak było i tym razem. Nie wiem, skąd wzięłam oryginalny przepis. Właściwie zrobiłam tę zupę z głowy, jestem jednak pewna, że o podobnym daniu musiałam czytać już wcześniej, i że jest ono dość popularne we Francji. Co ciekawe, nie jest ono szczególnie wykwintne, choć bezsprzeczne pozostaje dla mnie PRZEPYSZNE – to raczej zupa, którą głodni rybacy w krajach śródziemnomorskich mogliby jeść w domu po całym dniu ciężkiej pracy.
Owoce morza kojarzą nam się na ogół z bardzo wysublimowanymi daniami, a przecież pierwotnie był to taki sam pokarm biednych rybaków i mieszkających nad morzem wieśniaków, co ryby czy gruntowe warzywa.
Dlatego i o owocach morza można pisać inaczej – nie z pompą, tylko „po prostu”. My zwykliśmy myśleć o nich jako o czymś szalenie wystawnym, tymczasem dla Francuzów czy Włochów jest to taki sam składnik podstawowego, masowego żywienia, jak dla Polaków wieprzowina lub drób.
Dlatego nie bójcie się owoców morza:) Są przepyszne, coraz częściej u nas dostępne i błyskawiczne w przygotowaniu!
Aha… jeszcze jedno. Uprzedzam, że poniższa zupa, niczym śródziemnomorska Bouillabaisse, jest raczej treściwa – pełna pływających w niej krewetek w skorupkach i dużych kawałków pomidorów. Jeśli nie lubisz wyławiać z talerza krewetek w pancerzykach podczas jedzenia, usuń je przed podaniem, a w ich miejsce udekoruj każdy talerz zupy kilkoma uprzednio podsmażonymi, obranymi krewetkami królewskimi lub tygrysimi.
Dla 4 osób:
35 dkg małych, nieobranych krewetek – świeżych lub rozmrożonych bezpośrednio przed gotowaniem
1 duża cebula, pokrojona w piórka
2 wyciśnięte przez praskę ząbki czosnku
1 posiekana papryczka chilli
1 łyżka słodkiej papryki
1 puszka pomidorów
750 ml bulionu rybnego lub drobiowego
1 kieliszek białego wina
oliwa z oliwek
sól
pieprz
garść posiekanej świeżej pietruszki + 4 łyżki śmietany – do dekoracji
W dużym rondlu rozgrzej oliwę i podsmaż na niewielkim ogniu cebulę, czosnek i chilli. Dodaj słodką paprykę i krewetki, pomieszaj. Dodaj wino, a po chwili także pomidory z puszki. Spróbuj i w razie potrzeby dodaj jeszcze odrobinę słodkiej papryki, tylko uważaj – wbrew pozorom (i nazwie) – w nadmiarze potrafi nadawać potrawom gorzkiego posmaku;) Następnie dodaj bulion i duś na małym ogniu przez ok. 20 minut. Zdejmij z ognia, w razie potrzeby dopraw solą i pieprzem. Zupę podawaj z kwaśną śmietaną, posypaną świeżą pietruszką, w towarzystwie chrupiącego, świeżego pieczywa.
środa, 30 marca 2011
Sałatka z karmelizowanych gruszek, bekonu i niebieskiego sera
Nareszcie przyszła do nas wiosna – tak naprawdę. W moim komputerze jeszcze wiele zdjęć zimowych dań, którymi nie zdążyłam się z Wami podzielić, a tu nagle zrobiło się ciepło i słonecznie – w sam raz na coś lekkiego i kolorowego:)
Ten weekend należał więc do sałaty (noooo, a w każdym razie niedziela należała – w przypływie wyrzutów sumienia po sobotnim łakomstwie;)). Już wiele lat temu we Francji i w Belgii odkryłam, że sałata jest podłożem do rewelacyjnych dań – smacznych, urozmaiconych, a przy tym błyskawicznych. Może być kanwą dla wielu ciekawych połączeń, także tych, które stosujesz również w innych potrawach. Dzisiejsza kompozycja też do takowych należy, bo ostry niebieski ser i słodkie owoce świetnie ze sobą współgrają niezależnie od tego, czy towarzyszy im sałata, czy nie. A mimo to – na sałacie gruszki, ser i bekon zyskują nowy wymiar zarówno pod względem tekstury, jak i smaku, mogą poza tym stanowić pełnowartościowe danie, którym wszyscy będą się zajadać w (nareszcie) cieplejsze dni.
Przygotowanie tej sałatki to dosłownie kilka naście minut, a dobre wrażenie wśród gości – murowane. Spróbujcie koniecznie:)
Dla 4 osób:
1 duża główka sałaty lodowej lub 1 opakowanie mieszanki sałat
20 dkg bekonu wędzonego, pokrojonego w kostkę
20 dk niebieskiego sera (najlepiej Gorgonzoli, Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert, sera Rokpol lub Lazur), pokruszonego na kawałki.
4 duże gruszki, pozbawione pestek i pokrojone w ćwiartki
2 łyżki miodu
1 łyżka słodkiego sosu chilli (opcjonalnie)
Dressing:
4 łyżki oliwy
sok z ½ cytryny
1 łyżka cukru
1 łyżka sherry (opcjonalnie)
Krem balsamiczny:
150 ml octu balsamicznego
75 ml miodu
1) Piekarnik nagrzej do 180° C. W żaroodpornym naczyniu umieść gruszki, zalej miodem, sosem chilli (opcjonalnie) i oliwą z oliwek. Wstaw całość do pieca na ok. 20 minut.
2) W misce połącz składniki dressingu, po czym dodaj sałatę i (najlepiej rękoma) całość wymieszaj.
3) Na patelni usmaż bekon, po czym odsącz go na ręczniku papierowym
4) Przygotuj krem balsamiczny: w garnuszku podgrzewaj wolno ocet balsamiczny i miód, cały czas mieszając, aż powstanie gęsty, słodki sos.
5) Rozłóż 4 talerze; na każdym zrób smugi z kremu balsamicznego, połóż sałatę, kilka kawałków gorącej gruszki, chrupiące kawałki bekonu i okruchy niebieskiego sera. Polej z wierzchu gęstym kremem balsamicznym.
6) Podawaj od razu ze świeżym pieczywem lub tostami czosnkowymi.
sobota, 19 marca 2011
Co na sobotnie śniadanie? Oeufs en cocotte.
Dawniej nie doceniałam śniadań. No, może poza wyśmienitymi, bardziej obfitymi niż obiad czy kolacja śniadaniami angielskimi. To naprawdę było coś! Do dziś chętnie je przyrządzam, choć przyznam, że rzadziej, niż bym chciała.
Dziś jest inaczej. Odkąd w tygodniu spieszę się rano do pracy, moje śniadanie to krótki, ale bardzo przyjemny element dnia – czas, kiedy mogę zrelaksować się i zebrać siły na cały dzień. To piękny, ważny moment. A w weekend? W weekend jest inaczej. Śniadanie to coś, co celebruję. Popijam toastami z pysznej, słodkiej herbaty lub intensywnej, świeżo parzonej kawy. Coś, co okraszam miłą, niespieszną rozmową z moimi domownikami lub lekkim, może i odrobinę głupawym (a co tam!) serialem lub programem w telewizji. Coś, co wyznacza ton na resztę weekendu – przyjemnego, zrelaksowanego, urozmaiconego miłymi akcentami. I teraz też, pisząc ten post, siedzę sobie na kanapie, popijam pyszną, słodką bawarkę, kątem oka podglądam TVN, czuję zapach karmelowego flapjack’a, który właśnie wyjęłam z pieca (a o którym napiszę Wam już niedługo) i z przyjemnością myślę o wieczornym wyjściu do teatru.
Weekend.
Spokój.
Relaks.
Moje dzisiejsze śniadanie też musiało więc być wyjątkowe. Nie, żeby było szczególnie pracochłonne – co to, to nie. Ale mimo wszystko, było inne, niż na co dzień. Was też namawiam do tego, byście celebrowali Wasz wolny czas, byście organizowali go tak, by móc cieszyć się każdą chwilą.
Zapraszam do kuchni. Zapraszam na Kokotki!
Dla 4 osób:
4-8 jajek (ja na ogół używam dwóch jajek na osobę)
8 łyżek kwaśnej śmietany
4 łyżeczki masła + 1 łyżka do nasmarowania miseczek
30 dkg posiekanego, wędzonego bekonu
1 duża cebula, drobno posiekana
1 garść listków świeżej bazylii
2 garście rukoli, posiekanej
sól
pieprz
Piekarnik rozgrzej o temperatury 180° C. Cztery małe, żaroodporne miseczki nasmaruj masłem, do każdej włóż posiekaną cebulę i bekon, po czym wymieszaj je i włóż miseczki do piekarnika na ok. 15-20 minut, aż bekon i cebula się przyrumienią. Wyjmij miseczki, do każdej dodaj bazylię i część posiekanej Rukli, a potem łyżkę śmietany. Następnie wbij po jednym lub dwóch jajkach. Posyp solą i pieprzem, na wierzch połóż jeszcze jedną łyżkę śmietany oraz łyżeczkę masła. Zmniejsz temperaturę piekarnika do 150° C i włóż do niego miseczki. Piecz przez ok. 10-12 minut, aż jajka się zetną, ale żółtka wciąż będą płynne. Wyjmij miseczki i każdą posyp świeżą rukolą. Podawaj od razu ze świeżym pieczywem.
poniedziałek, 7 lutego 2011
Crème brûlée, czyli fajny krem wczoraj upiekłam…
Pisałam Wam ostatnio o górze kulinarnych prezentów, które dostałam na urodziny. Znalazły się wśród nich także prześliczne, maleńkie, białe ceramiczne foremki do zapiekania. Zdaje się, że ich fachowa nazwa – ramekiny – byłaby tu bardziej na miejscu, ale jakoś za nią nie przepadam, kojarzy mi się ze skrzyżowaniem różnych nie przystających do siebie wyrazów, jak rekin, manekin, świecznik i rafineria… co kompletnie nie pasuje mi do słodyczy i jedwabistości tego, co miałabym do nich włożyć. Szczególnie ta rafineria wprowadza tu dla mnie posmak jakiegoś przemysłowego smaru, a przemysłowy smar to nie jest koniecznie to, co – nawet tylko w wyobraźni – chciałabym czuć w jedzeniu. Precz więc z ramekinami, przynajmniej na mój własny użytek – ceramiczne miseczki do zapiekania i już;)
A jak miseczki, to co w nich? Dla mnie odpowiedź była jasna – niejedno, ale póki co, na sam początek – koniecznie crème brûlée, który dotąd dane mi było jadać tylko w restauracjach, a który uważam za najpyszniejszy ze wszystkich pysznych kremów… za crème de la crème, po prostu;) Ale crème brûlée kocham za coś jeszcze – za cieniutką, szklistą warstewkę karmelu, którą zawsze rozbijam łyżeczką. Uwielbiam to robić, tak samo, jak ubóstwiam chodzić jesienią po suchych liściach i słuchać, jak trzeszczą, albo brodzić zimą po cienkim lodzie zmrożonych kałuż, i czuć, jak trzaska mi pod stopami:) To takie moje małe życiowe przyjemności, tak maleńkie, że prawie niezauważalne – a jednak bardzo dla mnie ważne.
Jakby na akord, odkąd dostałam te moje śliczne białe naczynka, przepisy na crème brûlée zaczęły wyskakiwać na mnie z każdego kulinarnego zakamarka. Wszyscy je piekli, wszyscy o nich mówili, a lutowy miesięcznik KUCHNIA zrobił z nich całe cover story. Na magazynowe przepisy skusić się wprawdzie nie dałam (coś strasznie dużo przy nich było zawracania głowy, a ja, jak Wam już nieraz pisałam, lubię sobie życie upraszczać), ale absolutnie zachwyciłam się przepisem na crème brûlée z gruszkami i czekoladą, który znalazłam u Anoushki. Czeka na wykonanie, a ja tymczasem zrobiłam wersję bardziej podstawową, według przepisu znalezionego przez moją Mamę na BBC Food – niedziela upłynęła więc pod bardzo waniliowo-kremowym znakiem:)
Jak obiecałam, moja pierwsza restauracyjna recenzja już niedługo, a póki co – naprawdę łatwy przepis na crème brûlée, czyli deser, który bardzo wysoko plasuje się w moim nektarowo-ambrozjowym rankingu.
Jest szybki z przygotowaniu, ale potrzeba na niego dużo czasu o tyle, że musi długo stać i zastygać. Dlatego, jeśli np. chcielibyście zrobić go jako deser na wieczorną kolację dla gości – przygotujcie i upieczcie masę w ciągu dnia, po czym wstawcie miseczki z zapieczonym kremem do lodówki i wyjmijcie na krótko przed podaniem, by skarmelizować wierzch.
Podaję proporcje na ok. 6 porcji kremu za przepisem na BBC Food (z malutkimi modyfikacjami w nawiasach):
500 ml słodkiej śmietanki 30% lub 36%
1 laska wanilii
100 g drobnego cukru + 4 kopiaste łyżeczki do posypania na koniec
6 żółtek
1 opakowanie cukru waniliowego (moja modyfikacja; według oryginalnych wskazówek krem był jak dla mnie za mało waniliowy)
1) Rozgrzej piekarnik do temperatury 150° C.
2) Do rondla wlej śmietankę. Laskę wanilii przekrój wzdłuż i wyskrob z niej ziarnka; dodaj je do śmietanki.
3) Resztę strączka wanilii pokrój w małe kawałki, po czym również dodaj do śmietanki.
4) Doprowadź śmietankę do granicy wrzenia, po czym maksymalnie zmniejsz ogień i podgrzewaj śmietankę przez ok. 5 min (ważne – staraj się, by nie wytworzyła się pianka!)
5) W osobnej misce utrzyj mikserem cukier, cukier waniliowy i żółtka, aż powstanie gęsty kogel-mogel.
6) Znów doprowadź śmietankę do punktu wrzenia, po czym cienkim strumieniem dodawaj ją do masy z żółtek, cały czas ubijając mikserem (tak, by masa się nie zwarzyła). Masa żółtkowa powinna odrobinę zgęstnieć.
7) Następnie przecedź masę przez drobniutkie sito i wlej do dzbanka, za pomocą którego będziesz napełniać ramekiny (aaaaah, znowu to słowo! ;)). Jeśli używasz większych naczynek (jak do mini-suflecików) wylej masę do mniej-więcej 2/3 ich wysokości; jeśli używasz bardzo płytkich miseczek, wypełnij je masą prawie po same brzegi.
8) Ostrożnie umieść naczynka z kremem na dużej blasze, po czym wypełnij ją gorącą wodą w taki sposób, by dochodziła od zewnątrz do połowy wysokości miseczek (ale oczywiście nie może przelać się do środka). Takie rozwiązanie nazywa się techniką bain-marie (czyli coś jakby kąpiel wodna, tylko troszkę inaczej i ładniej brzmi;))
9) Ostrożnie włóż blachę z miseczkami na środkową „półeczkę” w piekarniku i piecz przez ok. 40-45 min, albo do momentu, w którym krem już się w zasadzie zestali, ale jeszcze będzie odrobinę niedopieczony na środku.
10) Wyjmij blachę z piekarnika, odstaw naczynka z kremem, aż troszkę ostygną, po czym wstaw do lodówki aż do podania (wiele przepisów mówi o obowiązkowych kilku godzinach, ten nie stawia takich wymagań).
11) Wyjmij miseczki na kilka minut przed podaniem, po czym każdą posyp z wierzchu cukrem i skarmelizuj za pomocą palnika ręcznego (ja go nie posiadam, więc skarmelizowałam krem pod grillem, wstawiając blachę z miseczkami – już bez wody – na najwyższy poziom, na grzanie z góry w najwyższej temperaturze; co ważne – zostawiłam uchylone drzwiczki piekarnika, wtedy efekt jest lepszy).
12) Wyjmij miseczki z kremem z piekarnika, odstaw na chwilę, by odrobinę ostygły, po czym podawaj od razu.
piątek, 4 lutego 2011
Na Zielonej Sałacie II: Kalmary z delikatnym nadzieniem krewetkowo-cytrynowym
Dziś kolejne danie z cyklu „Na zielonej sałacie”, czyli szybkie, lekkie propozycje na lunch lub kolację, serwowane w towarzystwie pysznej zieleniny. Odkrycia takich ciepło-zimnych, momentalnie przygotowywanych posiłków dokonałam kiedyś w Belgii i Francji, i od tej pory nikt mi już nie wmówi, że dobre jedzenie musi powstawać godzinami – wręcz przeciwnie, czasem wystarczy pół godziny i dosłownie kilka składników, by stworzyć coś pysznego.
Dziś na zielonej sałacie coś dla wielbicieli owoców morza i owoców morza, czyli kalmary z delikatnym nadzieniem z krewetek, cytryny i pietruszki. Nie będę nawet próbowała przekonać Was, jak przepyszne, jak delikatne, jak subtelne jest to połączenie – musicie spróbować sami! Choć przepis wymyśliłam sama, inspirowałam się dwoma potrawami – tubami kalmarów nadziewanymi Black Pudding autorstwa Jamiego Olivera (obawiam się, że nie spróbowałabym takiego połączenia, ale jego widok w książce kucharskiej uświadomił mi, że korpusy kalmarów można z powodzeniem nadziewać!) oraz solą z delikatnym farszem z krewetek, którą miałam okazję spróbować kiedyś w jednej z warszawskich restauracji, a która okazała się absolutnie wyśmienita – delikatna, leciutka, wręcz maślana w smaku i konsystencji.
Ochotę na nadzianie kalmarów miałam od dawna, i gdy odkryłam, że w supermarketach można już kupić mrożone korpusy (tuby), a nie tylko krojone pierścienie – od razu postanowiłam mój pomysł wypróbować. Powstało coś naprawdę fenomenalnego, a przy tym bardzo szybkiego – niech dowodem na to będzie fakt, że udało mi się przygotować je w pół godziny, gotując równocześnie tony jedzenia na urodzinową imprezę, i podejmując w domu gości. To potrawa w sam raz na piątkową kolację, gdy zmęczeni po całym tygodniu pracy chcecie się zrelaksować i poprawić sobie humor, jedząc coś dobrego, ale jesteście zbyt zmęczeni, by godzinami to najpierw przygotowywać. To również świetna potrawa dla gości – upewnijcie się tylko, że lubią owoce morza, bo zważywszy na to, że jej podstawę stanowią i kalmary, i krewetki, wpadka może być w razie czego podwójna…;)
Przepis dla 4 osób:
Kalmary z nadzieniem krewetkowo-cytrynowym:
4 tuby kalmarów, oczyszczone i gotowe do użycia (jeśli kupilicie mrożone, powinny być oczyszczone, upewnijcie się tylko, by je na czas rozmrozić!)
250 g świeżych, obranych krewetek, najlepiej tygrysich lub królewskich
½ białej cebuli
sok z ½ cytryny
1 łyżka otartej skórki z cytryny (tylko z żółtej warstwy!)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1-2 łyżki majonezu
4 łyżki bułki tartej (orientacyjnie; może być potrzebne więcej!)
4 łyżeczki masła + 1 łyżka do nasmarowania naczynia (jeśli jesteś uczulony na nabiał, masło zastąp margaryną roślinną lub – najlepiej - oliwą z oliwek)
sól
pieprz
Przepis na sałatę jak tutaj, czyli:
1 główka sałaty, umytej i poszatkowanej, lub ok. 200 gramów liści sałat mieszanych
Dressing:
3 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego lub soku z cytryny,
1 rozgnieciony ząbek czosnku (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka musztardy,
sól
pieprz
Piekarnik nastaw na 180° C. Krewetki posiekaj i wrzuć do miseczki. Cebulę pokrój, po czym przetrzyj na papkę i dodaj (wraz z wytworzonym sokiem) do krewetek. Dodaj pozostałe składniki, bułkę tartą dorzucając na koniec. Starannie wymieszaj – bułka powinna zagęścić farsz na tyle, by stał się jednolitą masą; jeśli tak się nie stało, dodawaj po mału po łyżeczce bułki, aż nadzienie osiągnie pożądaną konsystencję. Spróbuj i w razie potrzeby dopraw do smaku.
Ostrym nożem ponacinaj delikatnie wierzch kalmarów w poprzeczne prążki, tak, by ładniej się przyrumieniły. Następnie ostrożnie nadziej je farszem i ułóż w żaroodpornym naczyniu natartym masłem lub polanym oliwą. Na każdym kalmarze ułóż łyżeczkę masła/margaryny roślinnej lub skrop oliwą. Piecz przez ok. 10-12 minut.
W tym czasie przygotuj sałatę: w miseczce zrób dressing, łącząc składniki i doprawiając do smaku. Liście wrzuć do miski, dodaj dressing i wymieszaj; najlepszy efekt uzyskasz, jeśli zwilżysz ręce oliwą i nimi wymieszasz sałatę z sosem.
Kalmary wraz z hojną porcją sałaty podawaj od razu po wyjęciu z piekarnika – nie zapomnij polać ich pysznym maślanym sosem, który wytworzył się w czasie pieczenia! Świetnie smakują ze świeżym pieczywem i ulubionym białym winem.
Et voilà!
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Na zielonej sałacie: Camembert zapiekany w miodzie i orzechach
Dziś taki zabiegany dzień, dlatego i danie będzie dość pośpieszne, a mimo to bardzo wykwintne. Przyrządza się je łatwo i błyskawiczne. Doskonałe na lekki lunch, elegancką kolację, a nawet (dla smakoszy o dużych apetytach) – na pyszną przystawkę. Przepis podpatrzony od zaprzyjaźnionej belgijskiej Rodziny, u której kiedyś spędziłam piękne wakacje (choć w oryginale zamiast camemberta występowały malutkie, twarde kozie serki, których w Polsce nie widuję, a ich nazwy – nie pamiętam). Tak czy siak, wersję podaną poniżej polecam z całym przekonaniem. Często ją robię, zawsze się sprawdza. Bon appétit!
Dla 4 osób:
4 sery camembert o wadze ok. 120 g każdy
4 łyżki miodu
garść orzechów pinii lub orzechów włoskich
oliwa
1 główka sałaty, umytej i poszatkowanej, lub ok. 200 gramów liści sałat mieszanych
4 sery camembert o wadze ok. 120 g każdy
4 łyżki miodu
garść orzechów pinii lub orzechów włoskich
oliwa
1 główka sałaty, umytej i poszatkowanej, lub ok. 200 gramów liści sałat mieszanych
Dressing:
3 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego lub soku z cytryny,
1 rozgnieciony ząbek czosnku (opcjonalnie)
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka musztardy,
sól
pieprz
Grzanki czosnkowe:
4 kromki ulubionego chleba lub bułki
1 rozgnieciony ząbek czosnku
masło lub oliwa
Piekarnik rozgrzej do temp. 180 stopni. Na blachę wlej 1 łyżkę oliwy i rozprowadź tam, gdzie położysz serki. Następnie umieść na blasze camemberty, każdy polej 1 łyżką miodu, skrop oliwą i posyp kilkoma orzeszkami. Wstaw do rozgrzanego pieca na 10 minut.
W tym czasie przygotuj sałatę: w miseczce zrób dressing, łącząc składniki i doprawiając do smaku, liście wrzuć do miski, dodaj dressing i wymieszaj; najlepszy efekt uzyskasz, jeśli zwilżysz ręce oliwą i nimi wymieszasz sałatę z sosem.
Przygotuj grzanki: każdą kromkę chleba posmaruj odrobiną rozgniecionego czosnku, następnie rozprowadź na nich masło lub oliwę. Wstaw do piekarnika na ok. 2-3 minuty przed wyjęciem serków.
Tuż przed podaniem włóż na 20 sekund do pieca 4 talerze, by się zagrzały (to ważne! Jeśli wyjmiemy z pieca gorące camemberty i umieścimy na zimnych talerzach, momentalnie się zetną, stracą roztopioną konsystencję i staną się gumowate), następnie wyjmij je i od razu wyłóż na nie sałatę, ser i czosnkową grzankę. Camembert powinien być złocisty od miodu i rozpływać się na talerzu:)
wtorek, 4 stycznia 2011
Quiche Lorraine
Słyszeliście o Quiche Lorraine? Teraz pewnie już tak, bo coraz częściej podają go w warszawskich kafejkach i kafeteriach. Ja pierwszy raz spotkałam się z nim pod koniec lat 80-tych jako zupełnie maleńka dziewczynka, i mogę śmiało powiedzieć, że był to zapewne jeden z pierwszych quiche’ów w Polsce:) Ponoć moja Mama zdobyła przepis od jakiejś Francuzki jeszcze w głębokim PRL-u, i tak trafił do naszej rodziny, robiąc furorę na wszystkich kolacjach, imprezach i przy innych ważnych okazjach.
Quiche jest naprawdę prze-pyszny. Co ciekawe, gdy mieszkałam za granicą, gdzie danie to można było kupić jako gotową przekąskę na piknik lub lunch, spotykałam się na ogół z wersją tarty zupełnie inną od tej z prawdziwie francuskim rodowodem, którą znałam z domu. Quiche’e napotykane w Anglii (a ostatnio wraz z nadejściem międzynarodowych sieci kawiarnianych – także w Polsce) miały na ogół bardzo grubą warstwę masy śmietanowo-jajecznej (podejrzewam, że dodaje się do niej ubite białka, choć pewności nie mam). Nie jest to zły patent, ale jak dla mnie, taki Quiche wychodzi troszkę za ciężki i zdecydowanie za mdły, bo we wszystkich tych pokładach śmietanowej masy dodatki po prostu giną. Nasz Quiche jest inny – niższy, ale o znacznie smaczniej wymierzonych proporcjach. Zanurzając się w nim, wyraźnie wyczuwamy wspaniałe aromaty wędzonego boczku, ostrego sera, masy jajecznej, tymianku… mmmmmm….
Wbrew tradycji, Quiche najlepiej smakuje moim zdaniem na cieście półkruchym, ale dziś podam Wam przepis klasyczny, czyli z francuskim spodem. Jeśli jednak macie chęć poeksperymentować, zdecydowanie polecam przygotowanie ciasta półkruchego.
Podobnie, jak tarta cebulowa, Quiche to prawdziwy hit wszystkich większych imprez i przyjęć, bo łatwo i szybko się go przygotowuje i jeszcze łatwiej i szybciej je;) Dziś podaję Wam klasyczny Quiche Lorraine z szynką i ostrym serem, ale tak naprawdę możecie włożyć do niego, co tylko Wam się podoba – świetnie smakuje np. ze szpinakiem i pleśniowym serem.
Na 1 blachę tarty potrzebujesz:
500 g ciasta francuskiego (jeśli kupujesz zamrożone - rozmraża się przez ok. 0.5 h)
Papier do pieczenia
Nadzienie:
0,5 kg boczku wędzonego, pokrojonego w kostkę
40 dkg ostrego tartego sera żółtego (oryginalnie dodaje się Gruyère, osobiście wolę Cheddar, ewentualnie ser Morski/Tylżycki)
Zalewa:
0,5 l kwaśnej śmietany
3 jajka
1 łyżeczka tartej gałki muszkatołowej
2 łyżki suszonego tymianku lub listki z kilku gałązek świeżego
Sól
Pieprz
Piekarnik nagrzej do temperatury 220°C. Na blasze połóż papier do pieczenia, następnie rozmrożone ciasto francuskie*, koniecznie zawijając do góry brzegi, by powstała krawędź. Ciasto nakłuj w wielu miejscach widelcem i wstaw do piekarnika na ok. 5-7 minut, aż się upiecze (przy tej okazji ciasto prawdopodobnie urośnie, ale to nie szkodzi). W tym czasie przygotuj zalewę: do miski wlej śmietanę, wbij jajka i całość wymieszaj widelcem, doprawiając gałką i tymiankiem, a także – do smaku – solą i pieprzem.
Wyjmij z piekarnika ciasto i delikatnie „ubij” widelcem, by opadło, następnie posyp równomiernie boczkiem i tartym serem. Całość ostrożnie pokryj zalewą (tak, by nie wylała się poza krawędzie), a potem ponownie włóż do piekarnika, przy czym zmniejsz temperaturę do 180°C i ustaw grzanie z góry. Piecz przez kolejne 20-25 minut, tak, by masa jajeczna się ścięła, a wierzch – podrósł i ładnie przyrumienił. Quiche możesz podawać na gorąco od razu po wyjęciu z piekarnika, ja jednak wolę go na zimno, więc na ogół zostawiam tartę do ostygnięcia. Jeśli przygotowujesz Quiche na imprezę, możesz zrobić go z wyprzedzeniem nawet 24 godzin – w czasie przechowywania musi jednak być dobrze przykryty i trzymany w chłodnym, choć absolutnie nie wilgotnym miejscu.
Et voilà!
* jeśli wykorzystujesz ciasto półkruche, po prostu wylep nim ułożony na blasze pergamin, ponakłuwaj widelcem i wstaw do piekarnika, aż się podpiecze – po wyjęciu nie musisz ubijać go widelcem, bo nie urośnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)