wtorek, 1 lutego 2011

Egg-fried rice: ryż smażony z jajkiem i krewetkami


Nie planowałam dziś wpisów… ba, co ja mówię – nie planowałam na dziś nawet większego  gotowania, po tym jak przez ostatnie dni wcinałam różne wspaniałe dania i o wiele zbyt pyszne tiramisu:) Tymczasem jednak czas mijał, a ja robiłam się głodna (zawsze tak jest, po prostu zawsze) i coraz cieplej myślałam o nie-tak-już-ciepłym ryżu, którego trochę za dużo wcześniej ugotowałam. Potem przypomniałam sobie o krewetkach w zamrażalniku, o podarowanej mi butelce sosu imbirowego i o nowiutkim woku, który również właśnie dostałam i o którym ostatnio Wam pisałam.... a potem wszystkie moje plany niejedzenia większej kolacji zostały porzucone na rzecz szybkiej decyzji, czego jeszcze mogłabym użyć i do owego śliczniutkiego nowego woka wsadzić.

Powstało orientalne danie w angielskiej terminologii nazywane na ogół egg-fried rice, czyli ryż smażony w woku z jajkiem i dodatkami. Bardzo go lubię, choć na ogół przyrządzam tylko wtedy, gdy zostało mi trochę wcześniej gotowanego ryżu. Oczywiście można potrawę przyrządzić od zera i specjalnie na jej potrzeby ugotować ryż, mnie jednak zawsze wydawało się to zbytnim zawracaniem głowy – dlatego, o ile nie jesteście ogromnymi fanami smażonego ryżu, i Wam proponuję wypróbowanie tej potrawy przede wszystkim wtedy, gdy zostanie Wam go trochę:) Z tym, że –  UWAGA – choć sama nie mam takich doświadczeń, słyszałam, że niewłaściwie przetrzymany ryż może poważnie zaszkodzić (z góry oświadczam, że nie wiem, czy to prawda…), dlatego należy go przechowywać w bezpieczny sposób i nie nazbyt długo!
                       
Ważna informacja dla wegetarian – ja dodałam do ryżu krewetki, bo je akurat miałam, ale spokojnie możecie je pominąć – danie będzie równie smaczne. Można też wzbogacić je większą ilością warzyw, np. papryką, kiełkami soi czy zielonym groszkiem.

A więc – woki i pałeczki w dłoń… i do dzieła!


Ryż smażony z jajkiem i krewetkami

Dla 4 osób:

2 szklanki ryżu
1 duża cebula, posiekana w piórka
1 papryczka chilli, posiekana (opcjonalnie)
1 posiekany ząbek czosnku (opcjonalnie, ja nie dałam i też było pyszne!)
2 łyżki posiekanego imbiru
1 pęczek szczypioru sałatkowego, posiekany
1 łyżeczka przyprawy „5 smaków”
4 jajka
ok. 25 krewetek tygrysich
2 łyżki oleju
1 łyżka masła (opcjonalnie)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka sosu imbirowego (opcjonalnie)
1 łyżka słodkiego sosu chilli lub innego słodkiego dodatku

Ryż ugotuj i ostudź (ja użyłam ryżu wcześniej ugotowanego). W woku dobrze rozgrzej olej i masło, dodaj chilli, imbir i szczypior sałatkowy, smaż przez ok., 20 sekund. Dodaj krewetki i przyprawę „5 smaków”, smaż przez 1 minutę, po czym wyjmij krewetki i odstaw. Do woka dodaj cebulę i smaż przez 1-2 minuty, aż zmięknie i zacznie się brązowić, po czym warzywa przesuń na boczne ścianki, na dno wbij jajka i zacznij szybko rozbełtywać, po czym odczekaj chwilę, znów zacznij rozbełtywać, znowu odczekaj, a gdy masa się zetnie, rozdrobnij ją szybko szpatułką (chodzi po to, by uniknąć powstania jajecznicy – powinien wytworzyć się taki ścięty, rozdrobniony na małe kawałeczki, przyrumieniony omlet). Dodaj ryż i smaż przez ok. 2-3 minuty, aż się nagrzeje i przejdzie smakiem dodatków, po czym dodaj krewetki, przypraw do smaku podanymi sosami, wymieszaj i podawaj od razu:) Jeśli chcesz, postaw na stole buteleczki z azjatyckimi sosami, by w miarę chęci i potrzeby każdy mógł doprawić sobie jeszcze ryż wedle własnego uznania:)

I tak oto pyszne i szybkie danie gotowe!


poniedziałek, 31 stycznia 2011

Śródziemnomorska sałatka z warzyw w balsamiczno-oliwnej zalewie


Dobrze mieć urodziny. Dostaje się piękne prezenty i wszyscy są TACY mili:) Gotowanie zawsze było moją wielką pasją, ale odkąd założyłam bloga, również kolekcjonowanie różnych kulinarnych gadżetów okazało się niezłą frajdą. I chyba dlatego wśród ton przepięknych prezentów, które się u mnie zjawiły, znalazły się urocze foremeczki małe i duże, nóż szefa kuchni, nowiutki WOK, wspominana już przeze mnie KUCHNIA Nigelli Lawson, książka Historia Smaku, którą ponoć pochłania się jednym tchem (dziewczyny, jeszcze raz dziękuję, zdam relację wkrótce!), dwukolorowy likier kawowo-śmietankowy, prawdziwe i absolutnie PRZEPYSZNE tiramisu z dużą ilością kawy i amaretto, kilka kulinarnych świeczek i cała torba egzotycznych różności, znanych i nieznanych, z których będę starała się skomponować ciekawe potrawy (jeśli ktoś z Was zna jakieś dobre przepisy z użyciem owocu drzewa bochenkowego – dajcie znać;))

No ale najpiękniejszym prezentem była dla mnie obecność tylu ludzi, którym chciałam podziękować, gotując coś smacznego. Co prawda wspomniane już przeze mnie kiedyś żeberka Nigelli trochę się przypaliły (a i tak znalazły amatorów!), ale generalnie prawie wszystko się zjadło, mam więc nadzieję, że nie było źle;) W najbliższym czasie będę Wam podawać przepisy na to, co tam wymyśliłam, nieraz – nie ukrywam – zainspirowana pomysłami z innych blogów lub kulinarnych stron, dziś jednak chciałam wspomnieć o czymś dla mnie wyjątkowym, potrawie skomponowanej przeze mnie w moich pięknych, zagraniczno-studenckich latach, czyli o śródziemnomorskiej sałatce z pieczonych warzyw w oliwno-balsamicznej zalewie.

Nieraz obijały mi się o uszy zachwyty nad pieczonymi warzywami. A to ktoś wspomniał, że gdzieś takie jadł i były wyśmienite, a to co i rusz z jakiejś mniej lub bardziej znanej książki kucharskiej wyskakiwał ciekawy przepis, a to wreszcie zdarzało mi się czasem samej spróbować bakłażana i paprykę, upieczone i zamarynowane w oliwie – może nie idealne, ale w każdym razie z dużym potencjałem.

A potem pojechałam na studia za granicę i w kraju słynącym z wysokich cen i niekorzystnego kursu wymiany musiałam jakoś radzić sobie z gotowaniem na dobrym poziomie. Region, w którym studiowałam słynie wręcz z niezdrowego żywienia wśród lokalnych mieszkańców, i rzeczywiście dało się to zauważyć, obserwując zawartość niejednego wózka w supermarkecie. Ja tak nie chciałam. Nie chciałam żywić się mrożoną pizzą, burgerami i fabrycznymi frytkami, albo kupować wędliny, w których zawartość mięsa wynosiła zapewne jakieś 5% albo niewiele więcej. Kraj, w którym żyłam oferował niezwykłe wręcz możliwości kulinarne, a ja bardzo chciałam z nich skorzystać – i skorzystałam. Choć gotować lubiłam od zawsze, to właśnie tam rozwinęłam się kulinarnie i stworzyłam swój własny styl. Tam również nauczyłam się, że gotowanie tego, co smaczne i zdrowe nie wymaga nie wiadomo jakich nakładów finansowych, choć wielu twierdzi, że to niemożliwe. I dlatego zawsze śmieszyło mnie, gdy stałam w kolejce do kasy, przede mną ktoś wyładowywał wózek pełen chipsów i puszek, a potem ja, studentka, podchodziłam z moją malowniczą kolekcją frykasów, na ogół zresztą płacąc za nią niewiele. W tworzeniu naprawdę dobrych potraw za niewielkie pieniądze zawsze byłam mistrzynią, trochę z konieczności, bo żyłam przecież na studenckim kieszonkowym, a wystarczyć musiało też na ciuchy, kosmetyki, wyjścia i oczywiście książki:)

I wtedy właśnie, poproszona o ugotowanie czegoś jako dodatek na kolację dla 15 osób, postanowiłam zrobić tę właśnie sałatkę. Było lato, szczyt sezonu, warzywa tanie i niezwykle wręcz apetyczne… pomyślałam – czemu by nie spróbować? Zrobiłam – i się nią zachwyciłam, a ze mną wspomniane już 15 osób. Odtąd sałatka ta towarzyszy mi przy każdej imprezie, już nie dlatego, że można ją łatwo zrobić, ale dlatego, że jest wyjątkowo wręcz pyszna, a do tego można przygotować ją wcześniej. Czasem robię ją też latem, w mniejszej ilości, jako dodatek do włoskich wędlin i serów na lekką kolację na balkonie – nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Moi goście bardzo ją lubią, a dla mnie łączy się z tyloma pięknymi wspomnieniami tych niezapomnianych, szalonych lat…:) Spróbujcie jej koniecznie!



Śródziemnomorska sałatka z pieczonych warzyw, porcja imprezowa:)

3 duże czerwone papryki
1 duża papryka żółta
1 duża papryka zielona
3-4 nieobrane ze skórki bakłażany, pokrojone w grube „zapałki”
5 pomidorów
1 słoik karczochów w oleju
2 czubate łyżki kaparów
1 opakowanie filecików anchois (opcjonalnie)
oliwa z oliwek

Zalewa:

4 łyżki oliwy
1 łyżka zalewy z anchois
2-3 łyżki oliwy balsamicznej
2 ząbki czosnku
1 łyżka miodu
1 łyżka cukru
1 łyżeczka sambal oelek (opcjonalnie)
2 łyżki wódki lub innego mocnego alkoholu
Sól
Pieprz

Do przybrania:

Garść orzeszków pinii
Garść listków bazylii

Piekarnik nastaw na 180° C. Na blasze ułóż umyte, całe papryki i pomidory, skrop oliwą i dobrze wymieszaj. Włóż do piekarnika i piecz przez ok. 30 min,, aż skórka na warzywach stanie się ciemna i pomarszczona. Wyjmij blachę i zostaw do ostygnięcia.

W tym samym czasie na innej blasze ułóż pokrojonego bakłażana, również skrop oliwą i wymieszaj, po czym wstaw do piekarnika i piecz, aż bakłażan ładnie się przyrumieni.

W misce przygotuj zalewę, łącząc wszystkie składniki.

Z papryk i pomidorów zdejmij skórkę (powinna łatwo odchodzić), papryki pozbaw gniazd nasiennych, pokrój w paseczki i przełóż do dużego naczynia, po czym zrób podobnie z pomidorami (można rozdrobnić je w rękach) i również dodaj je do naczynia. Dodaj bakłażana, odsączone karczochy, kapary, anchois przekrojone na mniejsze kawałki, po czym wlej zalewę i całość wymieszaj. Spróbuj i w razie czego dopraw do smaku. Odstaw do lodówki, najlepiej co najmniej na kilka godzin (maksymalnie na 24 godziny), po czym podawaj na dużym płaskim naczyniu, posypane orzeszkami pinii i listkami bazylii.

środa, 26 stycznia 2011

Frittata z mozzarellą i bekonem


Przepyszne, lekkie danie, idealne na lunch lub kolację, świetnie smakuje w towarzystwie zielonej sałaty lub (na zimno) z pajdą dobrego, rumianego chleba – tak, jak podają je we włoskich barach i kafejkach. Frittatę można też przygotować jako jedną z potraw na miły, duży obiad w stylu śródziemnomorskim, gdzie stół ugina się od wielu różnych potraw – pysznych, choć prostych w przygotowaniu.

Przepis pochodzi ze wspominanej już przeze mnie, nowej książki Nigelli Lawson – KUCHNIA. Nigella zamiast bekonu użyła cienko pokrojonej, włoskiej mortadeli z pistacjami. Ponieważ nie miałam jej w lodówce, a danie przygotowywałam „na szybko” – zastąpiłam mortadelę bekonem, ale jeśli możecie łatwo kupić włoską mortadelę (dostępną w większości supermarketów i delikatesów) – użyjcie jej, bo smakuje naprawdę dobrze.

Moja jedyna uwaga – frittata Nigelli jest pyszna, ale dosyć mdła. Ja akurat podałam ją z pikantną zupą z krewetek, więc łagodny smak mi nie przeszkadzał, ale generalnie sugerowałabym urozmaicenie smaku przez dodanie np. chilli, pieczonej słodkiej papryki lub po prostu sporej ilości pieprzu.


Dla 3-4 osób:

6 jajek
150 g cienko pokrojonego bekonu lub włoskiej mortadeli
125 g pokrojonej w kostkę mozzarelli (ja dałam więcej, bo lubię roztopiony ser;))
1 kopiata łyżka tartego parmezanu
1 kopiata łyżka pietruszki + drugie tyle do posypania na koniec
Sól
Pieprz
1 łyżka oliwy, najlepiej czosnkowej
1,5 łyżki masła

Piekarnik ustaw na opcję „grill” (grzanie od góry) i rozgrzej do temperatury 180° C. Jajka wbij do miski i roztrzep widelcem. Dodaj pokrojoną mozzarellę i bekon, delikatnie wymieszaj. Dodaj parmezan, natkę pietruszki oraz – do smaku – sól i pieprz.

Na patelni (przystosowanej do wkładania do pieca) o średnicy ok. 25 cm, lub w szklanym okrągłym naczyniu żaroodpornym rozgrzej oliwę i masło, po czym ostrożnie wylej na nią masę jajeczną i smaż na niewielkim ogniu (bez mieszania!) przez ok. 5 minut. Spód frittaty powinien się w tym czasie ściąć i nabrać złocistego koloru.

Zdejmij frittatę z ognia i wstaw do piekarnika na ok. 20-30 minut (tak naprawdę to czas orientacyjny… Nigella pisze, by trzymać frittatę w piecu, aż cała masa się zetnie, a wierzch nabierze złocistego koloru… i każe cały czas jej pilnować;)) Wyjmij frittatę z pieca i odstaw na kilka minut, by troszkę opadła, następnie posyp posiekaną pietruszką i podawaj na gorąco lub – po ostygnięciu – na zimno z chlebem, w formie kanapki.


wtorek, 25 stycznia 2011

Biała czekolada i pomarańcze, czyli ambrozja w cieście


Zastanawialiście się kiedyś, jak smakowały nektar i ambrozja? Ja myślę o tym bardzo często.

Mitologia grecka niewiele o nich mówi, poza tym, że były godne podniebienia olimpijskich bogów i dawały im nieśmiertelność. Ja wyobrażam je sobie jako lekkie, z lekka kremowe, kwiatowo-owocowe i delikatnie, acz wyraziście słodkie. Choć tak naprawdę trudno natknąć się na coś, co właśnie tak by smakowało. Ja więc moich kandydatów na olimpijski pokarm typuję empirycznie – czasem po prostu próbuję czegoś i myślę sobie – o! Tak mogłoby właśnie smakować to, co wedle starożytnych Greków Zeus czy Atena jadali na śniadanie:) Przyznam, że niewiele takich smaków póki co odkryłam, a nawet – by pokusić się o większą precyzję – odkryłam ich dokładnie dwa. Jeden to deserowe wino Moscatel – słodkie (acz zadziwiająco lekkie), z wyraźną nutą miodu, kwiatów, owoców, i czegoś jakby… no właśnie, jakby kremowego lub śmietankowego (choć oczywiście ani krzty nie ma w nim ani śmietany, ani masła). To jeden z najcudowniejszych, najpiękniejszych, najlepiej skomponowanych smaków, jakie kiedykolwiek miałam w ustach… i nieraz myślę, że jakoś tak właśnie musiał smakować nektar.

A ambrozja? Ambrozja to dla mnie smak białej czekolady – słodkiej, ale lekkiej, śmietankowo-kremowej, rozkosznie innej niż wszystko, czego zdarzyło mi się próbować… i takiej niby-kwiatowej, choć kwiatów w niej przecież nie uświadczysz. Ale biała czekolada to nie wszystko – w ambrozji powinna być jeszcze dla mnie wyraźnie owocowa nuta, najlepiej taka świeża, cytrusowa…taka biała czekolada „z czymś”. I tym czymś są dla mnie właśnie pomarańcze.

Gdy więc zobaczyłam u Moniki przepis na ciasto z białą czekoladą i pomarańczami, wiedziałam, że muszę jak najszybciej je upiec. I upiekłam. Wyszło… naprawdę rewelacyjnie. Robi się je łatwo i szybko, a smakuje… po prostu…CUDOWNIE.

Upieczcie razem ze mną, a sami się przekonacie:)


Ciasto z białą czekoladą i syropem pomarańczowym (przepis z małymi modyfikacjami):

185 g masła
1 szklanka mleka
¾ szklanki cukru
2 małe opakowania cukru waniliowego
150 g białej czekolady
2 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka

Syrop:

1 szklanka soku z pomarańczy
½ szklanki cukru
skórka z 1/2 pomarańczy, pozbawiona białych części i pokrojona w cieniutkie paseczki

Nagrzej piekarnik do 180° C. W rondelku podgrzej na malutki ogniu masło, mleko i czekoladę, aż składniki się rozpuszczą i połączą (ale nie powinny zacząć wrzeć!). Zdejmij z ognia i odstaw, aż masa lekko ostygnie. Do dużej miski przesiej mąkę i dodaj proszek do pieczenia, następnie wbij jajka i odrobinę masy czekoladowej. Miksuj całość na niewielkich obrotach, stopniowo dolewając czekoladową substancję, aż wszystkie składniki się połączą powstanie równomierna masa. Dodaj cukier (zwykły i waniliowy) i miksuj jeszcze przez chwilę, do całkowitego wymieszania składników. Masę przełóż do formy wyłożonej papierem do pieczenia (to ważne, bo potem ciasto trzeba będzie zalać syropem, i dzięki pergaminowi nie przyklei się do formy) i wstaw do piekarnika na ok. 70 minut, po czym wyjmij, sprawdź, czy się upiekło, do końca wbijając w nie patyczek (jeśli patyczek wyjdzie suchy, ciasto jest gotowe, jeśli obklejony – ciasto potrzebuje jeszcze dopieczenia). Jeśli ciasto wciąż nie będzie gotowe, przykryj je z góry papierem, po czym ponownie wstaw do piekarnika na ok. 20 min., by się dopiekło (czas podaję orientacyjny, w rzeczywistości może to zająć odrobinę krócej lub dłużej, wiec monitoruj sytuację na bieżąco).

W międzyczasie przygotuj syrop. Do rondelka wlej sok z pomarańczy, dodaj cukier i skórkę z cytryny, po czym podgrzewaj na niewielkim ogniu, w razie potrzeby co jakiś czas mieszając, aż cukier się rozpuści, a syrop stanie się przezroczysty. Zdejmij z ognia i odstaw do ostygnięcia.

Gdy ciasto będzie gotowe, równomiernie i głęboko ponakłuwaj je nożem. Skórką z syropu udekoruj wierzch ciasta, następnie równomiernie zalej je pomarańczowym płynem (oryginalny przepis zakładał zalanie ciasta połową syropu i podanie drugiej połowy w sosjerce, by każdy mógł dodać sobie syropu na talerzu wedle uznania; ja od razu zalałam całością, ale decyzja należy do Was:)) Ciasto podawaj po ostygnięciu.


Miłego smakowania!


piątek, 21 stycznia 2011

Zupa-krem z brokułów i sera Roquefort


Dziś po raz kolejny coś błyskawicznego, a przy tym przepysznego - moja (dostosowana do warunków polskiego zaopatrzenia ) wersja angielskiej Broccoli & Stilton Soup. Nie wiem, czy mieliście okazję spróbować sera Stilton, ale jeśli takowa się nadarzy – skosztujcie go koniecznie! Jest ostry (tak, jak ostry bywa ser, a nie chilli!), a przy tym szalenie aromatyczny – coś jakby połączenie serów cheddar i roquefort, ale – co ciekawe – mimo wyraźnie widocznych kanalików pleśni, ma konsystencję stosunkowo twardego sera żółtego, a nie np. kremowej Gorgonzoli. No i ta skórka… (którą Anglicy, z korzyścią dla mnie, o mijają na ogół szerokim łukiem). Skórka jest najlepsza ze wszystkiego.

W serze Stilton jestem głęboko zadurzona. Nieraz w chwilach głębokiego kryzysu naukowego, gdy była 2 w nocy, a rano egzamin, zdarzało mi się podjadać go razem z konfiturą cebulową dla dodania sobie chęci do pracy:) Niestety w Polsce jest bardzo trudno dostępny (poprawka – w ogóle chyba jest niedostępny, bo nigdy go jeszcze nie widziałam…:/), więc nauczyłam się zastępować go w potrawach innymi serami – wspomniałam o Roqueforcie, ale tak naprawdę świetnie do tej roli nadaje się też Bleu d’Auvergne, Fourme d’Ambert, Danish Blue, czy nawet nasz poczciwy Rokpol albo Lazur (najlepiej zielony). A swoją drogą – jeśli ktoś z Was wie, czy i gdzie w Polsce można kupić angielski Stilton – proszę, dajcie mi znać:) Nawet nie wiecie, jaki uśmiech wywołałoby to na mojej buzi:)

Zupa jest na rach ciach ciach, świetnie nadaje się jako przystawka albo danie samo w sobie! Polecam szczególnie na zimowy, intensywny dzień, gdy mamy ochotę na coś rozgrzewającego, ale mamy zbyt mało czasu i energii, by bawić się w skomplikowane gotowanie:)

Dla 2-3 osób:

1 opakowanie mrożonych brokułów (ok. 450g) – można oczywiście użyć świeżych, ale wtedy musisz mieć ich więcej, by 450 g otrzymać po odcięciu twardych części
2 duże cebule, posiekane w piórka
1 l bulionu warzywnego lub drobiowego
ok. 150 g sera Roquefort lub innego mocnego sera niebieskiego (patrz notatka powyżej), pokrojonego w kostkę
1-2 łyżki kwaśnej śmietany, wedle uznania
1,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżka cukru
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
sól
pieprz

Do podania:

Śmietana
Kilka listków mięty lub innych świeżych ziół
Kilka kostek niebieskiego sera (jeśli zostanie)

Jeśli używasz świeżych brokułów, umyj je i odetnij twarde części. W dużym rondlu rozgrzej oliwę i masło, następnie dodaj cebulę i duś przez ok. 5-10 minut, by cebula stała się szklista i słodkawa. Dodaj cukier i gałkę muszkatołową, przemieszaj, następnie wrzuć brokuły (jeśli używasz mrożonych, nie musisz niczego z nimi robić; wrzuć je do bezpośrednio z paczki do garnka) i zalej bulionem. Gotuj przez ok. 15-20 minut, aż warzywa staną się bardzo miękkie. Dorzuć ser i całość zmiksuj na krem. Dodaj śmietanę, a także sól i pieprz do smaku. Zupa powinna być ostra od sera, ale równocześnie słodkawa od cebuli, no i (ma się rozumieć), niezwykle brokułowa od brokułów;).

Zupę podawaj z kleksem śmietany, listkami mięty i – jeśli zostanie Ci nadprogramowa ilość – odrobiną pokruszonego niebieskiego sera.

czwartek, 20 stycznia 2011

Brukselkowy misz-masz, czyli coś dobrego, coś szybkiego


Rzadko zdarza mi się oglądać programy Marthy Stewart, ale gdy już to robię, mam na ogół mieszane uczucia. Po pierwsze: trudno mi uwierzyć, że naprawdę widzom jak Ameryka długa i szeroka trzeba tłumaczyć, jak nakrywać stół, albo dlaczego jedzenie domowych potraw za pomocą prawdziwych sztućców i z normalnych talerzy jest lepsze od pochłaniania wprost z kartonowych pudełek fast-food’owych dań na wynos. Może nawet rzeczywiście z przestrzeganiem elementarnych zasad przy stole jest w USA raczej krucho i Martha robi świetną robotę, próbując pokazać, że można inaczej i ładniej. Ale i tak jakoś trudno mi się do tych ciągłych nauk dostroić.

Po drugie: nie do końca potrafię wczuć się w ten gawędziarsko-gwiazdorski klimat, w którym Martha zaprasza do studia sławy większego i mniejszego formatu, po czym przeprowadza z nimi rozmowę niby-to o jedzeniu, ale bardziej pod hasłem „zobaczcie-jacy-jesteśmy-fajni”, a zachwycona widownia co chwile bije brawo na wzmiankę o kimś znanym lub w reakcji na kiepski dowcip. Samo w sobie właściwie by mi to nie przeszkadzało (każdy lubi się trochę powozić), ale jakoś tak nie bardzo pasuje mi do programu kulinarnego. Być może dlatego, że w całym tym gadaniu o najmodniejszych trendach dekorowania kubków i ulubionych potrawach kasowych aktorek nie wyczuwa się prawdziwej pasji do gotowania albo chociaż jedzenia, tak bardzo obecnej wszędzie tam, gdzie normalnie się o jedzeniu mówi. Nie ma tego, że ślinka leci Ci na sam widok przedstawianych potraw, bo też i nie czujesz, by sami prezentujący byli do nich szczególnie przekonani. Mogą sobie być naprawdę pyszne, ale jeśli nawet autorzy mają do nich stosunek dość obojętny – tym bardziej trudno się nimi zachwycać z odległości tysięcy kilometrów i to mając na podorędziu jedynie nic nie mówiącą o smakach czy zapachach taflę telewizora.

Z tego też powodu nieczęsto oglądam program Marthy, a gdy już to robię, na ogół niczego szczególnego się nie spodziewam. Wyobraźcie więc sobie moje przyjemne zaskoczenie, gdy kiedyś zobaczyłam w programie przepis, który o razu powalił mnie na kolana swoją prostotą i harmonią smaków: brukselki zapiekane na blasze z bekonem i jabłkiem. Kroisz, przyprawiasz, wstawiasz i zapominasz. A gdy zadzwoni alarm, by Ci o nich przypomnieć, triumfalnie wyciągasz z pieca złocistą, zielono-jabłkową extravaganzę kolorów i aromatów.

Tak przygotowaną brukselkę można zjeść na lekki lunch lub jako dodatek do dań, ponieważ jednak chciałam zrobić z niej szybką, ale solidną kolację, wzbogaciłam ją jeszcze o angielskie kiełbaski, które zawsze staram się mieć w zamrażalniku. Wybieram je, ponieważ charakter potrawy – warzywa zapiekane na blasze – sam w sobie jest bardzo angielski (nawet, jeśli danie zobaczyłam w amerykańskim programie!). Spokojnie jednak można zastąpić je innymi ulubionymi kiełbaskami: frankfurterkami, dobrej jakości parówkami, białą lub wędzoną kiełbasą. Ogromną zaletą tego dania jest błyskawiczne przygotowanie – wszystko (nawet zamrożone) wrzucasz niedbale na blachę, skrapiasz oliwą, przyprawiasz, mieszasz – i czekasz:)

Dla 2-3 osób:

450 g świeżej, umytej brukselki (lub 1 opakowanie brukselki mrożonej)
2-3 jabłka (ja nie obieram), umyte, pozbawione pestek i pokrojone w kostkę
30 dkg pokrojonego w kostkę bekonu
6 (lub więcej;)) Twoich ulubionych kiełbasek
2 łyżki miodu
1 łyżka słodkiego sosu chilli (opcjonalnie)
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Piekarnik rozgrzej do ok. 180°C.  Brukselkę, bekon i jabłka ułóż na blasze lub żaroodpornym naczyniu. Polej miodem, sosem chilli i oliwą z oliwek, dodaj do smaku sól i pieprz. Całość wymieszaj (najlepiej rękoma) i wstaw do piekarnika na ok. 40 minut. (UWAGA! Jeśli używasz cienkich parówek, dodaj je dopiero w trakcie pieczenia, by się nie spaliły!). Podawaj od razu, posypane świeżo zmielonym pieprzem.

 

wtorek, 18 stycznia 2011

Kokosowa zupa tajska z kurczakiem


Kilka tygodni temu zostałam obdarowana nową książką Nigelli Lawson – „KUCHNIA” (książka jest fenomenalna – dziękuję! :)) Wkrótce napiszę o niej więcej (choć podejrzewam, że wiele z Was ma ją już na swoich półkach;)), dziś chciałabym opowiedzieć Wam o pierwszym przepisie z tej publikacji, który udało mi się zrealizować – o cudownie żółtej od kurkumy, tajskiej zupie kokosowej z kurczakiem i ryżowym makaronem vermicelli.

Jak już Wam nieraz pisałam, do zup azjatyckich mam prawdziwą słabość. Es eł a be o ś ć. Dlatego nic dziwnego, że w zbiorze prawie dwustu cudnych przepisów w pierwszej kolejności wrzuciłam się właśnie na ten. Jest zdecydowanie inny, niż pozostałe – bardzo kokosowy, ale też szalenie… kurkumowaty. Tak. To jest właściwe określenie. Smakuje przez to trochę, jak malezyjska laksa. Po całej sekwencji mleka kokosowego z dodatkiem pasty curry, które okazuje się na ogół najszybszą wersją z tajskich potraw, to danie było prawdziwym powiewem świeżości. Jest kokosowo-kremowe, to fakt, ale przy tym głęboko imbirowe – może i na swój sposób pikantne, ale bardziej właśnie, jak imbirowy napar, niż nawet jak wspomniany przeze mnie kurczak w pięciu smakach. Oryginalny przepis zawiera oczywiście chilli i ja wiernie go dodaję, ale jeśli wolelibyście, by potrawa była mniej ostra – nie dawajcie go. Imbir i tak zrobi swoje, ale powinien stworzyć rodzaj pikantności, która nie tyle piecze, co rozgrzewa.

Bardzo ciekawa jest też konsystencja zupy, pełnej chrupiących jeszcze warzyw i sprężystego, ryżowego makaronu. Jeśli lubicie smaki Azji (lub nie boicie się ich po raz pierwszy spróbować) – ugotujcie ją koniecznie!

Jedna mała uwaga: oryginalny przepis Nigelli zakłada użycie rozdrobnionych kawałków pieczonego kurczaka. Jeśli macie takie kurczakowi resztki, oczywiście możecie je w ten sposób spożytkować; ja jednak użyłam pokrojonych piersi kurczaka, które wcześniej zamarynowałam w azjatyckich sosach.


Kokosowa zupa tajska z kurczakiem, na 2-3 porcje:

1 litr bulionu drobiowego
150 g vermicelli ryżowego lub sojowego (do tej potrawy wolę ryżowy)
400 ml mleka kokosowego (w oryginale jest 200 ml, ale puszka ma 400 i wygodniej było mi dać wszystko… moim zdaniem, ze świetnym rezultatem)
kawałek kłącza imbiru o długości ok. 3-4 cm, obrany i posiekany
2 łyżki sosu rybnego
1 chilli, pozbawione pestek (ja zostawiam) i posiekane
1 łyżeczka kurkumy (dałam 1,5 łyżeczki)
1 łyżeczka pasty z tamaryndowca (pominęłam)
1 łyżeczka cukru, najlepiej brązowego
2 łyżki soku z limonki
250g mieszanki warzyw do stir-fry, w moim wypadku były to:
1 zielona papryka, posiekana w długie cienkie paski
1 opakowanie kiełków sojowych

2 piersi z kurczaka
Marynata: 1 łyżka sosu sojowego, 1 łyżka słodkiego sosu chilli, 1 łyżka sosu chilli-czosnek
Garść kolendry lub mięty (do posypania)

  
Piersi z kurczaka umyj, oczyść z błonek i chrząstek i pokrój w małe kawałki. Włóż do miski, dodaj wszystkie składniki marynaty; całość wymieszaj i odstaw.

W garnku zagrzej bulion. W osobnej misce przygotuj makaron, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu (UWAGA! najlepiej sprawdź te instrukcje, zanim przystąpisz do gotowania zupy. Cienkie makarony, choć podobne, potrafią znacząco różnić się pod względem czasu i sposobu przygotowania, a ważne, by był gotowy w tym samym momencie, co zupa).

Do bulionu dodaj wszystkie składniki poza makaronem, kurczakiem*, warzywami i kolendrą/miętą, i całość zagotuj. Gdy zupa dobrze się zagrzeje, dodaj kurczaka i warzywa. Po jakichś dwóch-trzech minutach, czyli gdy tylko kurczak się ugotuje, a warzywa zagrzeją, zupa będzie gotowa.

Gotowy makaron dodaj do zupy lub rozłóż bezpośrednio w miseczkach. Podawaj ze świeżą kolendrą lub miętą.

Miłego smakowania:)

* Jeśli, jak Nigella, używasz już upieczonego kurczaka, dodaj go do bulionu od razu, razem z innymi składnikami.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...